Finały NBA od kuchni, czyli zaginiony tekst z wyprawy do Toronto cz.2

“Tunel, tunelem, ale przecież jest też szatnia, a nawet dwie. Ale o nich w drugiej części”…drugiej części, czyli teraz.

No właśnie. Szatnie. To miejsce jest świętością w NBA. Są ściśle określone pory, w czasie których można je odwiedzać. Jest też cała lista zakazów oraz nakazów, jak przedstawiciele mediów winni zachowywać się w szatniach. Przede wszystkim nie można robić zdjęć. Materiał wideo można kręcić tylko w ramach wywiadu, zatem jedynie w obrębie twarzy danego gracza. Nie można “rozglądać się” z kamerą. W ogóle sam fakt, że jest możliwość wejścia do szatni przed meczami, gdy pierwszy raz się o tym dowiedziałem, był dla mnie czymś niesamowitym. I nadal jest. Ja bym tego zabronił. Móc patrzeć, jak zawodnicy przygotowują się do zawodów – fizycznie i mentalnie. Coś nie do opisania! Za każdym razem mam wrażenie, że wchodzę w czyjąś strefę bardzo prywatną i z jednej strony nie chcę tego robić, ale z drugiej chcę, bo przecież to są ci goście z NBA.
Jedni gracze siedzą ze słuchawkami na uszach i odcinają się od świata. Inni po prostu siedzą i się koncentrują. Jeszcze inni coś jedzą. Są tacy, którzy przeglądają telefony lub czytają prawdziwe książki albo gazety, choć akurat ci ostatni są w mniejszości. Jedni przychodzą, inni wychodzą. Każdy swoją przedmeczową rzutówkę odbywa o różnych porach. Zawodnicy mają swoje własne rutyn i ściśle się ich trzymają. Ci, którzy są poza rotacją, dają sobie w kość i wracają do szatni mocno spoceni. Gwiazdy i gracze ważni podchodzą do tego bardzo energooszczędnie.
Każda ekipa ma swojego człowieka od kontaktów z mediami. Ta osoba daje sygnał, kiedy można spróbować wejść w kontakt z graczami, oraz kiedy zbierać się do zadawania ostatniego pytania. Zawodnicy w szatni nie mają obowiązku rozmawiać przez zawodami. Niektórzy nawet nie szukają kontaktu wzrokowego, inni zapraszają na rozmowę po meczu. Wszystko odbywa się delikatnie, po cichu, wręcz szeptem, jak w kościele. Każdy zdaje sobie sprawę z tego, że jesteśmy tam tylko gośćmi, że ci ludzie są w pracy. I to jakiej! Na tablicach zapisane są najważniejsze punkty strategii na dany mecz – ten zawodnik rywali lubi iść na lewą rękę, tamtemu nie skaczcie do pump fake’ów i tak dalej. Jedynymi mediami, które wyjęte są spod gorsetu nakazów i zakazów, są rzecz jasna media związane bezpośrednio z NBA oraz te, które płacą lidze najwięcej. Ci mogą praktycznie wszystko. Sami zawodnicy też traktują ich nieco inaczej.
W szatniach NBA królują rzadko spotykane perfumy, drogie ciuchy oraz…balsamy do ciał i kanapki z dżemem i masłem orzechowym. Balsamy do ciał funkcjonują na porządku dziennym, jak ręczniki czy chusteczki. Tu akurat gracze korzystają z produktów najbardziej podstawowych, najbardziej znanych marek w tym segmencie. Po wziętym prysznicu, balsamuje się raczej każdy. Co do kanapek, to sięgają po nie zarówno gracze, jak i trenerzy oraz ludzie związani z drużynami. Ekipy przyjezdne mają prawo zamówić sobie posiłek, który serwowany jest im w szatni, bezpośrednio po meczu. W zależności od tego, jak wygląda ich grafik na kolejny dzień, zawodnicy albo jedzą na miejscu, albo zabierają jedzenie ze sobą, w pudełkach.

Jak do Finałów przygotowywali się Warriors? Spokojnie, po cichu, skupieni. Przynajmniej w tej części, którą mogłem oglądać na własne oczy.
Byłem świadkiem sceny z Klay’em Thompsonem, którą można by zatytułować “Klay Thompson na jednym obrazku.” Po zrobieniu prasówki z prawdziwej gazety, Klay zamknął ją i złożył w pół, następnie odrzucił w stronę półki, która stała obok niego. Gazeta wylądowała w idealnym stanie i kształcie. Następnie zebrał gumowe taśmy, które kilka chwil wcześniej pomagały mu w rozciąganiu stóp i łydek. Rzucił je do oddalonego o kilka metrów plastikowego kosza na tego typu sprzęty. Oczywiście trafił. Na koniec, być może na fali dobrej serii, rzucił do tego samego, plastikowego kosza mała piłką z logo Warriors. Rzut oczywiście był celny. Sekwencja trzech z rzędu celnych rzutów, trzema różnymi przedmiotami, sprawiła mu sporo radości. Cały Klay!
Byłem też świadkiem tego, jak wypłacane są “delegacje” w wysokości $129 za mecz, podczas spotkań wyjazdowych. To trochę zabawny przepis, zważywszy na gaże zawodników. Pracownik klubu, w tym przypadku Warriors, wręczał zawodnikom koperty podpisane ich nazwiskami. Przezabawna scena.

Steph Curry jest niesamowity na żywo. Widywałem go i jego kolegów z kadry USA codziennie w 2014 roku w Hiszpanii, podczas Mistrzostw Świata, ale on z wtedy i on z dziś to dwaj różni ludzie. To, jak przygotowuje się do meczów, jak trafia z absurdalnych pozycji i odległości, jak inne od wszystkich wykonuje ćwiczenia przed meczami i na treningach, jak piłka współgra z jego dłońmi. To jest poezja w ruchu. Poza tym, telewizja nie oddaje tego, jak mocno jest zbudowany.
Jeśli mówimy o dobrze zbudowanych, to Andre Iguodala mógłby coś powiedzieć na temat fit życia. Iggy był bohaterem pewnej zabawnej sceny. Czekaliśmy na otwarcie drzwi do szatni Warriors. W grupie 7-10 osób, oprócz mnie było paru Włochów. Gdy otworzyły się drzwi pierwszy wyszedł z nich Iguodala, który akurat szedł porzucać. Spojrzał na jednego z Włochów, wskazał na niego palcem i krzyknął “Ej, przecież Ty wyglądasz jak Rob Pelinka!” Scena była zabawna, bo wyglądała jak wyreżyserowana.

Raptors, mimo że pierwszy raz w Finałach, też wyglądali na spokojnych. Wiadomo dlaczego. Mieli lidera, który w NBA widział już wszystko. Stojąc w pobliżu Kawhi’ego, czuje się bijącą od niego siłę. Przynajmniej ja tak to odbieram. Szerokie ramiona, umięśnione bicepsy, gigantyczne dłonie, potężnie mięśnie nóg. Kawhi ma 201 centymetrów wzrostu, ale jest szeroki, barczysty, silnie zbudowany (zobacz TO). Robi naprawdę duże wrażenie. Ten spokój momentami przemienia się wręcz w ślamazarność. I to też jest niesamowite, bo widzisz gościa, który czasem wstydzi się (?) patrzeć ludziom w oczy, gdy mówi, a potem idzie na parkiet i niszczy. Skorzystam z okazji i raz jeszcze przypomnę, że Leonard poza boiskiem lekko utyka.

Moim nominalnym miejscem do oglądania meczów, była jak zwykle, tak zwana gondola, która znajduje się pod sufitem hali. Miejsce to ma szereg plusów. Żeby tam się dostać, trzeba zwiedzić spory kawałek hali. Można przy okazji przejść się obok ekskluzywnych boxów, w których finansjera Toronto, ważni ludzie z NBA oraz inni ważni i bogaci tego świata, oglądają sobie mecze, a jednocześnie dobrze bawią się przy wyszukanych potrawach i trunkach. Można odnieść wrażenie, że w obrębie meczów, rozgrywają się równolegle inne gry. Można też poznać trochę historii obiektu. Na ścianach wiszą zdjęcia byłych zawodników Raptors i Maple Leafs.
Ale miejsce to ma swoją jedną wadę…słabo widać. Perspektywa jest dość interesująca, bo ma się wrażenie, że jest się niemal dokładnie nad parkietem. Ale to jest wiele metrów ponad areną wydarzeń. Więc jak już napawasz się tą perspektywą, a trwa to maksymalnie sześć minut, to chcesz zejść na dół.

Mecz pierwszy obejrzałem w miejscu, które jest już moim miejscem w hali Raptors. Z kolei mecz drugi obejrzałem…w sektorze zarezerwowanym dla osób związanych z drużyną Warriors, kilka rzędów nad ławką gości z Oakland. Znalazłem się tam przypadkowo. Czekałem na moment, że w końcu ktoś przyjdzie i upomni się o swoje siedzenie, ale na szczęście dla mnie, ten moment nigdy nie nadszedł. Kilka metrów na lewo ode mnie siedział Seth Curry, ze swoją dziewczyną (teraz już żoną), która prywatnie jest córką Doca Riversa. Trzy rzędy pode mną siedzieli rodzice Stepha (i Setha). Tuż nade mną, zaraz za mną, siedziała partnerka Draymonda Greena. Z tak wygadanym chłopem, może być tylko podobnie wygadana baba. I tak było w czasie meczu. Co chwilę krzyczała coś na cały głos w stronę ławki Dubs. Pomyślałem sobie, że w Polsce by to nie przeszło. Tutaj muszę sparafrazować cytat pana Radosława Hyżego – za takie zachowanie, jak to partnerki Greena, w innych okolicznościach, można by dostać w papę. Ale przecież to jest Toronto.
Był jeden atut z siedzenia w jej pobliżu. Przed meczem, na każdym siedzeniu umieszczono okolicznościowe koszulki upamiętniające game 2. Myśl, że będę mógł zdobyć jedną z nich narodziła się w mojej głowie w trakcie meczu. Po ostatnim gwizdku odwróciłem się do pani Green (tak ją nazwijmy) i zapytałem czy ma zamiar zabrać swoją koszulkę, a jeśli nie, to czy ewentualnie ja będę mógł ją dostać. Bez mrugnięcia okiem, bez chwili zastanowienia, powiedziała, że mogę ją zabierać…oraz drugą, z miejsca, gdzie siedziała jej koleżanka. Tak też zrobiłem.

Jurassic Park to było zjawisko na niespotykaną skalę. Ludzie ustawiali się w gigantyczną kolejkę, na wiele godzin przed rozpoczęciem meczu. Kolejka otulała całą halę. Ciągnęła się niemal od stacji metra. Według szacunków policji, liczba ludzi, która oglądała game 1 na ekranie, przed halą Scotiabank Arena, przekroczyła 10000!


Za każdym razem, gdy wychodziłem z hali Raps, lub innego budynku, gdzieś tam podświadomie spodziewam się buchnięcia potężnego zimna, do czego przyzwyczaiłem się w czasie moich poprzednich, zimowych wypraw do Kanady. Tym razem, na przełomie maja i czerwca, jedyne buchnięcie, jakiego doświadczałem to był buch, buszek marihuany. Powiedziałbym, że od czasów legalizacji, czyli od jesieni 2018 roku, jest to jedna z charakterystycznych rzeczy w Toronto. Jej specyficzny zapach jest bardziej lub mniej odczuwalny prawie w każdym zakątku miasta.

Na kilkanaście godzin przed tym, jak z kuzynem zanurzyliśmy się w jacuzzi, odbył się event w ramach NBA Cares. Raptors we współudziale NBA, otworzyli coś w rodzaju centrum dla młodzieży w różnym wieku, gdzie w założeniu będzie można pograć w koszykówkę, pouczyć się, pobawić, skorzystać z komputerów. Słowem produktywnie i bezpiecznie spędzić czas. Na uroczyste otwarcie tej placówki zaproszono też nas, media. Była to bardzo ciekawa impreza. Taka na luzie, półoficjalnie. Przynajmniej ja się tak czułem. Raps reprezentowali Chris Boucher, Marc Gasol, Danny Green, Jeremy Lin, Kyle Lowry i Pascal Siakam oraz coach Nick Nurse i Masai Ujiri. Ligę reprezentowali m.in. Adam Silver i Michelle Roberts.
Zaproszone dzieci wzięły udział w pokazowym treningu prowadzonym przez coacha Nurse’a i graczy Raptors oraz wypróbowały każdą inną atrakcje, jakie to miejsce oferuje. Media miały prawo chodzić, rozglądać się, rozmawiać. Nikt niczego nie musiał, ale za to wiele mógł. Gasol i Siakam grali z dziećmi na konsoli oraz grę zwaną Jenga.

Ujiri brał udział w zajęciach z rysowania. Do każdego można było podejść, porozmawiać. Oczywiście trzeba było robić to z wyczuciem. Trochę można było się poczuć, jak na domówce – dużo ludzi, dużo różnych zajęć, jedzenie, picie, dobra zabawa. Na długie dyskusje nie było za bardzo czasu, ani miejsca, ale można było na przykład skomentować jakieś zagranie Siakama na konsoli, co on z kolei kwitował śmiechem, albo jakąś kąśliwą ripostą. Można było podać piłkę Lowry’emu, albo samemu dostać podanie. Chyba nigdy wcześniej nie byłem na żadnej imprezie spod parasola NBA, która byłaby tak miła, luźna, bez napinki.
Między kawałkiem ciasta, a układaniem domków z klocków (dosłownie), udało mi się złapać coacha Nurse’a. Dołączył do mnie gość z Izraela, wcześniej zapytawszy czy nie będzie problemu, jak on też zrobi sobie materiał. Nurse zapytał nas skąd jesteśmy. Powiedział, że odwiedził oba kraje jako trener.

Ludzie często zastanawiają się, co będą robić za 5-10 lat, jak będą wyglądać ich życia. Czy Ty, powiedzmy 10 lat temu, kiedy na przykład przyjechałeś do Polski grać mecz, myślałeś że tak może potoczyć się Twoja trenerska kariera, że staniesz przed szansą grania o tytuł w NBA?

Dobre pytanie. Powiedziałbym, że trochę tak. Wiele lat wstecz, wsiadałem w samochód, w swoim rodzinnym Iowa, i jeździłem do Chicago oglądać Bulls i Michaela Jordana. Marzyłem, żeby kiedyś móc, w jakieś formie, być częścią NBA. Ale uwielbiałem wszystkie miejsca, w których pracowałem i byłem na swojej drodze, żeby tu się dostać.

Czy miałeś takie momenty, kiedy przez głowę przeszła Ci myśl, że być może wybrałeś złą pracę?

Tylko raz, na początku mojej trenerskiej kariery. To było w Anglii, zostałem trenerem Birmingham Bullets. Miałem 26 lat. Moja drużyna była 8:8 po szesnastu meczach sezonu, a ja zastanawiałem się, czy znajduję radość w tym, co robię, czy jestem w tym dobry, czy jestem stworzony do tej pracy. Trochę się odsunąłem od trenowania. Zająłem się kilkoma innymi rzeczami. Ale bardzo szybko zrozumiałem, że to były gówniane zajęcia, przynajmniej dla mnie. Powiedziałem do sobie – jeśli nie chcesz do nich wrócić i zostać na całe życie, to lepiej zacznij się starać w pracy trenera i podnoś swoje kwalifikacje (śmiech).

Nie bałeś się wyprawy do Europy, do pracy w tak młodym wieku?

Raczej nie. Chciałem przeżyć przygodę. Nigdy wcześniej nie byłem w Anglii. Dopiero co skończyłem studia. Ktoś zadzwonił do mnie w środę i powiedział, że jeśli biorę tę posadę, to muszę być w pracy w sobotę. Wsiadłem w samolot. W niedzielę już graliśmy.

Miałbym jeszcze dużo pytań do Nurse’a, kolega z Izraela pewnie też, ale nagle pojawiła się przy nas pewna pani, która powiedziała, że coach Raptors musi teraz iść pobawić się trochę z dziećmi.
Po skończonej imprezie, elegancki autobus dla mediów, zabrał nas z powrotem w okolice hali Raps, czyli do miejsca, z którego ruszyliśmy.

Nie mogłem też nie odwiedzić miejsca, które stało się obiektem niemal kultowym w play-offach. Sklep OD Toronto, miejce z szeroko rozumianą modą uliczną. Sławne stało się dzięki muralom, które ktoś wykonał na cześć maszerujących po tytuł Raptors.

Któregoś dnia, w korytarzu, lub raczej pawilonie, między halą a stacją Union, zobaczyłem taki obrazek. Bezdomny w bluzie Warriors pod plakatem graczy Raptors. Symboliczny widok, pomyślałem. Raps nie mogli nie wygrać tych Finałów.

No i wygrali. Napisałem na ten temat parę słów. Rzuć sobie okiem, jak masz chęć.
I to chyba byłoby na tyle, jeśli chodzi o moją pierwszą przygodę z Finałami NBA.
Ufam, że moja relacja choć trochę Cię zaciekawiła. Jeśli nie, to nie ma problemu…

4 comments on “Finały NBA od kuchni, czyli zaginiony tekst z wyprawy do Toronto cz.2

  1. QUBERT

    Dziś mniej koszykarsko,ale za to otoczka-czyli coś co my,kibice nie bedziemy mieli okazji sami zobaczyć. Bardzo ciekawe❗

    Reply
  2. BiggusDickus

    Myśle ze Twoje relacje „od kuchni” są tak dobre ( i właśnie te reportaże lubie najbardziej), bo robisz je z perspektywy prawdziwego kibica a nie dziennikarza( i tak trzymaj). Nie obchodzi mnie co kto powiedział po meczu bo to przeczytam wszędzie- tego co opisujesz nie przyczytamy nigdzie. Dzięki po raz kolejny.

    Reply
  3. Tato

    Swietne teksty Kraolu i dobry wywiad z Nurse’m (chcialoby sie wiecej oczywiscie!) – robi wrazenie bardzo sympatycznego i “normalnego” goscia.

    Reply

Pozostaw odpowiedź Tato Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.