NBA Paris 2020. Relacja z wyjazdu

Nie było gorzej. Nie było też lepiej.* Było po prostu inaczej. Tak w jednym zdaniu mógłbym opisać tegoroczny mecz NBA w stolicy Francji, pierwszy raz po przenosinach z Londynu, w ramach sezonu regularnego.
24 stycznia, w piątek, w hali AccorHotels Arena starły się ze sobą drużyny Charlotte Hornets i Milwaukee Bucks. Był to już dziesiąty w historii mecz sezonu regularnego NBA w Europie. Ósmy ze mną na pokładzie. Nie mam na swoim koncie tylko dwumeczu Raptors-Nets z roku 2011, który zapoczątkował tę tradycję na naszym kontynencie.
W skali globalnej był to 33 mecz o punkty, rozgrywany poza granicami USA i Kanady. 12 tego typu spotkań ma na swoim koncie Japonia (po dwa mecze w latach 1990, 1992, 1994, 1996, 1999 oraz 2003), 11 Meksyk (1997, 2014, 2015, cztery mecze w 2017, dwa w 2018 oraz dwa w 2019) , 9 Anglia (dwa w 2011, potem po jednym w latach 2013-2019) no i od stycznia jedno Francja.
To, czego co roku mi brakowało w Londynie, a odbyło się na przykład raz w Manchesterze, w ramach preseason 2013-14 (76ers-Thunder), to tak zwana strefa kibica. Dobrze wspominam tamto miejsce i tamten wyjazd. Wygrałem konkurs rzutów za trzy punkty, a Dikembe Mutombo był moim trenerem. W tym roku, w Paryżu pomyślano o tym. Nazwano to miejsce NBA House. Bardzo mi się tam podobało. Ogólnie lubię tego typu miejsca. Można było kupić tam produkty NBA, pograć w gry wideo, pograć w prawdziwą koszykówkę, prawdziwymi piłkami NBA, z linią za trzy punkty z odległości NBA, ogólnie miło spędzić czas w koszykarskim klimacie. Miejsce to odwiedzali przedstawiciele NBA m.in. Tony Parker i Adam Silver i wiele innych ważny dla koszykówki postaci.
Swoje stoisko w NBA House miała marka Tissot, która już czwarty sezon współpracuje z NBA.

* Nie było lepiej? Oczywiście, że było lepiej. Najlepiej! Zadałem przecież pytanie Michaelowi Jordanowi!
Gdy dostałem od NBA maila z planem dnia na czwartek (dzień treningów) i piątek (dzień meczu), pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłem uwagę, było nazwisko Jordana. Od wielu miesięcy myślałem o tym i miałem nadzieję, że jako właściciel klubu Hornets, zjawi się w Paryżu, ale nie było żadnej pewności, czy będzie w jakimś zakresie dostępny dla mediów.

W 2016 roku w Toronto, gdy odbierał honory gospodarza Weekendu Gwiazd, pojawił się nie wiadomo skąd i równie tajemniczo zniknął. I tyle go widzieliśmy. Na korytarzach ACC można było wtedy spotkać naprawdę wiele legend NBA. Jednych mijało się w jakimś przejściu, z innymi trafiało się jechać tą samą windą. Byli na wyciągnięcie ręki i nie stronili od ludzi. Wszyscy oprócz Jordana.
W mailu od NBA napisane było, że Jordan wyda w Paryżu krótkie oświadczenie, ale nigdzie nie było podane, czy będzie odpowiadał na pytania. Szczerze w to wątpiłem. Myślałem, że powie kilka kurtuazyjnych zdań, coś w stylu, że cieszy się że jego drużyna zagra przed europejską publicznością, a on sam po raz pierwszy od 23 lat (!) zagości oficjalnie w Paryżu. Nie miałem więc zaplanowanego pytania, ale powiem szczerze, że chodziło mi po głowie, że może jednak nadarzy się taka możliwość. Ale tak, jak napisałem wcześniej nawet sama komórka NBA od kontaktów z mediami nie była pewna tego, w jakim zakresie i w jakiej formie Jordan będzie dostępny.

Przedmeczową konferencję zaczął Adam Silver, który na wstępie obiecał, że NBA wróci do Paryża za rok. Następnie, jak to on, podzielił się z nami statystykami świadczącymi o tym, że liga ma się dobrze. Później mikrofon dostał Marc Lasry, współwłaściciel Bucks, który zaskoczył wszystkich, bo swoje oświadczenie wydał po francusku. Na koniec głos dostał On, the GOAT! Na sali zrobiło się cicho. Słychać było tylko błyskające flesze aparatów. Ludzie spoglądali porozumiewawczo na siebie, jakby chcieli się upewnić, że to faktycznie się dzieje. Dzieliliśmy jeden pokój z Michelem Jordanem. Chyba nie do końca do nas to docierało. Takie było moje wrażenie. Nigdy nie widziałem takiej frekwencji na konferencjach prasowych. Łącznie z Finałami NBA. Sala była wypełniona do ostatniego miejsca. Byli też ludzie, którzy stali przy ścianach. Tego chyba nie było widać podczas transmisji w NBA TV. Żeby usiąść w drugim rzędzie, przyszedłem prawie dwie godziny przed rozpoczęciem konferencji. Spodziewałem się, że tak będzie. Ale nie ma co się dziwić. Michael Jordan występujący w mediach, to niezwykła rzadkość. Nawet w obrębie samej ligi jest praktycznie nieuchwytny. Dlaczego? To jest pytanie na osobne rozważanie. Pytałem o to Sama Perkinsa dzień przed meczem. Temat ciekawy i można do niego podchodzić na wielu różnych płaszczyznach. Jedną z nich na pewno jest to, że sam Jordan zdaje sobie sprawę z tego, kim jest dla koszykówki, kim jest dla sportu, dla szeroko rozumianej popkultury. Wie doskonale, że jego głos, jego stanowisko w nawet najdrobniejszej sprawie, mogłoby działać jak efekt motyla. Ale jest też przecież aspekt biznesowy i wiele innych.
Dodam jeszcze, że jak tylko otworzyły się drzwi, a w nich pojawili się Jordan, Silver i Lasry, to na widok zgromadzonych ludzi mediów, na twarzy Jordana zarysował się delikatny, acz zauważalny, charakterystyczny uśmiech. Coś w stylu “Wy wiecie, że ja wiem, że Wy wiecie z jakiego kalibru postacią będziecie mieć za chwilę do czynienia….nie ma za co. A właściwie, to jest za co!”

Jak tylko usłyszałem, że jednak można będzie zadawać pytania, wyciągnąłem dłoń w górę jak dziecko w szkole, które chce zgłosić się do odpowiedzi. Na konferencjach prasowych NBA jest tak, że funkcjonuje tam ktoś w rodzaju prowadzącego, który wyznacza ludzi, którzy otrzymają mikrofon. Kolejność jest znana na 2-3 osoby wprzód. Pierwszeństwo mają rzecz jasna najwięksi gracze na medialnym rynku, czyli ESPN, dziennikarze związani bezpośrednio z NBA lub poszczególnymi klubami i tak dalej. Dobrze jest mieć jakieś doświadczenie, to znaczy dobrze jest, kiedy oni już trochę Cię znają z wcześniejszych imprez i mają co do Ciebie gwarancję, że nie zmarnujesz antenowego czasu.
Ja dostałem skinienie głowy od tego prowadzącego, że dostanę mikrofon na długo, zanim go faktycznie dostałem. Niestety zdarzają się pytania, które marnują nasz wspólny czas. Nie licząc pytań tak zwyczajnie słabych, które niczego nie wnoszą, zdarzają się też takie, które po prostu do charakteru konferencji prasowych nie pasują. Na przykład pytanie litewskiego dziennikarza do Jordana, żeby wymienił pięciu najlepszych Europejczyków w historii ligi oraz pięciu najlepszych teraz. Pytanie jak najbardziej ciekawe, ale nie na konferencję. Michael musiałby długo się zastanowić. A na to nie ma czasu. Moje pytanie było przedostatnie.

Nie wiem ile faktycznie trwała ta konferencja, ale dla mnie to była wieczność. Byłem tak blisko Jordana, a jednak tak daleko, bo przecież mikrofonu mogłem ostatecznie nie dostać. Kiedy wyznaczano kolejne osoby, a nie mnie, przeklinałem pod nosem i starałem się na nowo łapać kontakt wzrokowy z panem prowadzącym. A w zasadzie dwoma panami. Jeden chudy z brodą, który był przy mikrofonie i oficjalnie przyznawał głos (który wszyscy słyszą) oraz rozpoczynał i zakańczał konferencje. Drugi starszy, grubszy, który przez słuchawki miał kontakt z kamerzystami oraz osobami technicznymi. Mimo że kilka razy porozumiewawczo delikatnie któryś z nich kiwał do mnie głową, chciałem w końcu mieć w rękach ten cholerny mikrofon z logo NBA. Może chcieli zostawić mnie na deser? Tych dwóch panów pamiętam od samego początku moich wyjazdów na NBA. Londyn, Manchester, Madryt, Barcelona, Toronto. Bywali wszędzie. Bo są dobrzy. Z czasem zaczęliśmy się witać przed meczami, zaczęli chyba kojarzyć moją twarz. I tak sobie myślę, że może, żeby ostatecznie dostać czas antenowy, żeby zadać pytanie Jordanowi, musiały się wydarzyć te wszystkie wcześniejsze wyjazdy, te wszystkie wcześniejsze konferencje, te wszystkie pytania do ludzi, którzy może nie do końca mnie ekscytowali, ale pytałem, bo była okazja. Chyba wiedzieli, że czasu i okazji nie zmarnuję. Ani im, ani sobie.

Jak to jest zadać pytanie Jordanowi? Pytasz, a wiesz. Niesamowite uczucie, które dopiero po czasie zaczęło do mnie docierać. Patrzę na swoje buty z logo Jumpmana i myślę – to się stało. Zadałem pytanie facetowi, którego mam na butach. Oglądam highlighty z jego kariery – to się stało. Zadałem pytanie najlepszemu koszykarzowi w dziejach tego sportu.
Na spokojnie, w domu słuchałem tego już może ze 100 razy. Nadal w to nie wierzę. Emocje wyszły dopiero później. Jordan podziękował za mój komplement, dwa razy doprowadziłem go do uśmiechu.
Moje pytanie było jakie było. Od paru osób słyszałem, że świetne, nawet genialne. Na przykład pan prowadzący – ten chudy z brodą, kiedy po wszystkim wychodził z hali rzucił do mnie “dobre pytanie do Jordana.” Więc chyba nie żałował, że dał mi mikrofon.
Słyszałem też, że było takie sobie, albo słabe. Ale to już po polskiej stronie internetu. Nie chodzi o to pytanie. Jordan dawkuje siebie mediom w tak ograniczony sposób, że można byłoby zadać mu milion pytań i nadal chcieć więcej. To, co sprawia, że cała ta sytuacja była wyjątkowa, to odpowiedź Jordana. Zrobił to w znakomity sposób! Jak kiedyś na parkiecie. Mówił ciekawie, bez pośpiechu, wyczerpująco. Przecież nie było gwarancji, że nie skończy na jednym zdaniu. Nie było żadnej gwarancji, że będzie miał chęć wyciągnąć coś z tego pytania. No i ten jego głos! Mówi się, że Morgan Freeman ze swoim głosem powinien być narratorem wielu monumentalnych zdarzeń. Zgadzam się z tym, ale dodałbym, że Michael Jordan mógłby spokojnie podkładać głos pod Morgana Freemana. No i to ostatnie zdanie “I love the game of basketball”, które pięknie spięło całą kompozycję. Spece od reklamy z Nike czy Jordan Brand mogliby spokojnie użyć tego i innych fragmentów z tej odpowiedzi do jakiegoś spotu.
To nie pytanie, a adresat. To nie pytanie, a odpowiedź sprawiły, że tych 80 sekund to było moje wejście na koszykarski Everest. Koszykarski, bo jakie ostatecznie ma to za znaczenie w skali życia? Raczej znikome, lub żadne.
To samo pytanie zadane komukolwiek innemu, bez względu na treść odpowiedzi, nie miałoby takiego samego wydźwięku. Bo przecież naprzeciwko mnie siedział freakin Michael Jordan!

Michael, Karol Sliwa from Poland. Before I ask this question, please let me tell you that this situation, this is surreal to me. I would never say I’d be able to talk to the GOAT when I was watching you on TV when I was a kid.

MICHAEL JORDAN: Thank you.

My question is what’s your view on nowaday’s basketball, free-flowing position-less basketball? And how would you find yourself in this type of basketball? There’s no question in my mind you would be dominating, but your game would be probably a little bit different.

MICHAEL JORDAN: You get a lot of different descriptions about how I would play in this basketball game. I’m pretty sure I would make my adjustments. I think the game would still be played with a sense of passion. I don’t think the passion in the game of basketball has changed. I think the talent has changed. I think the versatility has changed. Yeah, you have younger players, and you have bigger players, but overall you still have to shoot, you still have to defend, you still shoot free throws, you still shoot threes, you do all those things, you have to play as a team. Those things transcend generations.

So I mean, as much as I would have played here, things would have been totally different. I would have been playing against LeBron James. I would have been playing against Anthony Davis, as opposed to playing against Magic Johnson and Larry Bird. Would I have had as much success? We’ll never know. I’ll let you guys speculate on that, but I think my passion for the game would have been the same. I love the game of basketball.

Cięcie!

Nie jest to Londyn. Z rzeczy, które trzeba zaliczyć do minusów, jest z pewnością komunikacja. Ta międzyludzka. Nieznajomość języka angielskiego wśród Francuzów jest wręcz legendarna. Był to już mój kolejny wyjazd do Francji, więc żadnym szokiem to dla mnie nie było. Kiedyś mnie to drażniło, oburzało. Teraz mnie to zwyczajnie bawi. Tyle, że oczywiście tracę przy tym czas. Gdy jestem na wakacjach i kupuję tartę z mirabelkami, to jest to nawet zabawnie. Gdy jestem na poważnie i nie kupuję tarty z mirabelkami, to już aż tak śmiesznie nie jest. Trzeba też zaznaczyć, że w przypadku niektórych Francuzów, to nie tyle nieznajomość, co kulturowo zakorzeniona niechęć do rozmawiania w języku angielskim. Mówisz do niego po angielsku, on Cię rozumie, wiesz to, ale odpowiada po francusku. Mogłeś się jeden z drugim nauczyć angielskiego?! To mogłeś się też nauczyć francuskiego. My też jesteśmy światowym mocarstwem, które kilkaset lat temu (też) postanowiło ruszyć w świat i wymordować ludzi w Afryce, Ameryce, Azji bliższej i dalszej, narysować od nowa mapę globu. Nas też trzeba szanować. Taka myśl zawsze chodzi mi po głowie w podobnych sytuacjach.

Przypomniało mi się zdarzenie (jedno z wielu) z EuroBasketu 2015. Pytałem wolontariuszy FIBA jak dostać się do pewnego miejsca. Pięcioosobowa grupa nie dała rady. “Left” i “right” okazało się barierą nie do przejścia. Dosłownie. W ruch poszedł długopis i moja ręka.

Poza samą stratą czasu, zwichnięta komunikacja nastręcza czasem innych problemów. Od paru lat jestem już przyzwyczajony do tego, że standardy mocno spadły po tym, jak NBA przestała przywozić ze sobą z USA własną ochronę i ludzi z obsługi. Pisałem o tym rok temu w relacji z Londynu. Dodając do tego problemy językowe, wyniku tego równania można się było chyba domyślić.

“W 2013 roku Amerykanie przywieźli ze sobą wszystko. Podkreślam – wszystko. Łącznie z parkietem, obręczami, ludźmi od ochrony, kamer, dźwięku. Przywieźli nawet Gatorade’y i kto wie, co jeszcze. Próbując wjechać ze swoim produktem na obcy rynek, nie mogli pozwolić sobie choćby na gram amatorstwa, choćby na kilka procent odchyłu do tego, co na co dzień dostajemy od NBA. Z czasem jednak NBA zaczęła zdejmować z siebie część obowiązków i powierzać je Anglikom. To są takie małe rzeczy, których zwykły kibic nie jest w stanie zobaczyć […]. Pamiętam jak byłem świadkiem odpraw pracowników ochrony. W moim pierwszym roku to był język bardzo wyspecjalizowany. Cała ekipa była z USA. Odprawa miała jedynie na celu przypomnienie pewnych spraw. Dwa czy trzy lata później już tylko szef ochrony był Amerykaninem. Pod nim byli sami Anglicy i wiele trzeba było im tłumaczyć i wyjaśniać. Tak wynikało z tego, co słyszałem. W ostatnich dwóch latach cała ekipa jest angielska. Nie wiem jak sprawy mają się w przypadku relacji z kibicami w hali O2. Wiem za to, że jeśli chodzi o kontakty z mediami, to poziom profesjonalizmu spadł. Nie jakoś na łeb na szyję, ale spadł. Ludzie (angielskiej) ochrony nie są do końca pewni co media mogą, czego nie mogą. Gdzie mogą pójść, a gdzie nie. Media wiedzą, przecież nie są tam po to, żeby oszukiwać. Im zajmuje trochę czasu, zanim ustalą sobie pewne prawidła. W tym roku media miały kłopot, żeby… wejść do media roomu. Być może komuś nie zaświtało, że media i media room, to jednak coś, co zazwyczaj idzie w parze. Na szczęście z pomocą przyszła Betty, pani którą być może pamiętacie z moich wcześniejszych relacji. Zimny profesjonalizm. Jednak wolę go od ciepłego amatorstwa.” – tak było rok temu. Podobnie w tym w Paryżu + język.

Zrobiłem wywiad z Samem Perkinsem, ale byłem o “włos” od tego, żeby w ogóle nie dostać się do niego. Stałem przy linii bocznej boiska. Przy przeciwległej stał Perkins. Z jakiegoś, znanego tylko sobie powodu, pan ochroniarz nie chciał przepuścić mnie do niego. Choć kręcili się przy nim inni przedstawiciele mediów. Pokazywałem mu, że przecież mam akredytację, że przecież stoją tam inni, którzy przed momentem jeszcze stali tu koło mnie. “No, no mesje.” Niektórzy zrezygnowali. Ja nie jestem z tych, co szybko się poddają. Zwyczajnie okrążyłem sobie parkiet i znalazłem się tam, gdzie chciałem się znaleźć. Nikt mnie nie zatrzymywał, nikt o nic nie pytał. Teraz brzmi to śmiesznie, ale wtedy na żywo śmiesznie nie było.
Tak samo, jak moje poszukiwanie toalety i cztery sprzeczne ze sobą informacje od czterech różnych ochroniarzy. Nie zrozummy się źle – ja nie narzekam. Opowiadam tylko  o szczegółach. Bo na koniec dnia to jest NBA na żywo. I to nadal na mnie działa.
Fajnie jest móc iść za królikiem i wejść do jego nory. Jestem Alicją, a to tutaj, NBA na żywo, jest krainą czarów. Wiesz,  ja mam już swoje lata. Mam rodzinę, dziecko i oni są moim życiem, nie spoceni goście na parkiecie, biegający za piłką. Już od dawna nie.
Chodzi mi o to, że dla fana NBA, możliwości oglądania tego biznesu na żywo, od kuchni, to jest niepowtarzalna okazja, by zmienić perspektywę, zrozumieć pewne mechanizmy, które sprawiają, że ta maszyna tak dobrze działa. Z kanapy, zza monitora, to wygląda zupełnie inaczej. Zatem zupełnie inne wyciąga się wnioski i inny rysuje się w głowie obraz tego świata. I to tyczy się wszystkiego, co wiąże się z ligą. Zaczynając od tempa gry, intensywności treningów. Tego, jak wysportowani, jak dobrzy w tym, co robią są ci ludzie.
Poprzez to, jak gracze i sędziowie koegzystują w czasie meczów. Przez wszystkie możliwe kontakty z przedstawicielami mediów poszczególnych drużyn. Oni mają insiderskie informacje i historie, którymi czasem się dzielą. Kończąc na tych wszystkich rzeczach, które dzieją się w szatniach i jej okolicach. I tu nie chodzi już tylko o możliwość zadawania pytań graczom. Chodzi o możliwość zobaczenia emocji, jak zawodnicy rozmawiają ze sobą, co lubią jeść, jak są ubrani, jakiej słuchają muzyki, co czytają. Wreszcie, jak wyglądają, gdy stoi się obok nich. Niektórzy są więksi, niż wydaje się w telewizji. Inni przeciwnie. Wszystko to połączone razem, jest dla mnie jak swego rodzaju “kalibracja” mojego poglądu na temat NBA i jej graczy.
Nie przeczytasz tego na innych polskich stronach o NBA. Więc wiesz, jestem zarozumiały i mam przerośnięte ego, ale o tym już wiesz nie od wczoraj. Dlatego lubisz tu wracać.

Móc stać przy linii końcowej boiska i patrzeć jak fizycznie inny jest Giannis. Jak on jest fizycznie inny! Nie jestem w stanie opisać Ci tego słowami. Gdyby Homer żył w naszych czasach, to pisałby ody do boskiej wręcz fizyczności Giannisa.
Potem podchodzisz do tego samego kosza, na który on przed momentem wkładał piłkę z takim samym wysiłkiem, jak ja naciskam na klamkę od drzwi, czyli żadnym. Nie, jednak trzy zero pięć. Wszystko się zgadza. Jak piłka ginie w jego wielkich dłoniach, jak dwoma krokami pokonuję z połowę boiska. To jest coś! To jest nieludzkie.
Schodząc ze swojego Everestu, już bez tlenu i sprzętu, zadałem pytanie Ericowi Bledsoe.

I to chyba tyle z tegorocznego wyjazdu. Bo mógłbym jeszcze poruszyć na koniec wątek modowy. Ale to tyczy się przecież każdego meczu NBA, nie tylko tego konkretnego w Paryżu. Stylizacje graczy robią wrażenie. Wyglądają na drogie i takie zapewne są. Z szatni wyszedł D.J. Willson, który w tym sezonie gra śladowo w rotacji Bucks. W efektownym futrze od Louis Vuitton, w okularach nie wiem od kogo. When I shop so much I can speak Italian rapował kiedyś klasyk. Francuski też by tam pasował.
Kłaniam się nisko, jeśli udało Ci się dojechać do samego końca tego tekstu. Daj znać czy się podobało.
Najlepszego!


Na moim nadgarstku Tissot T-Touch E xpert Solar NBA Special Edition.
A poniżej Tissot Chrono XL NBA Collector.

6 comments on “NBA Paris 2020. Relacja z wyjazdu

  1. airbobo

    Jeżeli NuBA jakimś cudem, czy może z kaprysu przyniesie tę imprezę do Madrytu, Barcelony, czy Belgradu to chętnie spróbuję podejrzeć tę krainę czarów 😉 THX!

    Reply
  2. Mason's Barbershop

    Doczytane do końca 🙂 Super opis wyjazdu, jak zawsze zresztą. Pozdrowienia!

    Reply
  3. ANDRZEJ

    Hej Karol. Wiem że to co napiszę to trochę wyjdzie na tę “francuszczyznę”, ale nie dało by się tekstu wywiadu dać w naszym ojczystym języku?
    A tak to relacja git.

    Reply

Pozostaw odpowiedź koniak Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.