Pogadaliśmy: Rockets, video review, celowe faulowanie

1. Jak oceniasz zdolności
przywódcze Hardena i Howarda? Z jednej strony poprowadzili Rockets
do Finału Konferencji ale z drugiej ich rywalami byli średni (żeby
nie powiedzieć słabi) Mavs oraz wymęczeni Clippers. Z silnymi
Warriors odpadli po zaledwie pięciu meczach. Czy z nimi jako
liderami, Rakiety są w stanie sięgnąć po tytuł? Wiele mówi się
o tym, że czegoś brakuje w ich charakterach, mentalności, w ich
podejściu do meczów.

Maciej Kwiatkowski (szóstygracz.pl): James
Harden to typ kogoś kto lideruje swoim przykładem. Tak jak choćby
Carmelo Anthony. Nie jest to ten lider przez duże L jakiego mamy na
myśli. Dwight Howard z kolei próbuje takim liderem być – mówi do
graczy, motywuje ich, ale nie wydaje mi się, że gracze traktują go
serio. To kombinacja złej reputacji jaką przyniósł ze sobą do
Houston i przeciętnego poziomu inteligencji. Po zakończeniu finałów
Zachodu powiedział, że "I tak czuję się mistrzem". Nie
jestem hejterem Howarda, ale jego sposób liderowania byłby brany
bardziej serio, gdyby zdobył tytuł. Czy są w stanie? Harden z
sezonu na sezon będzie bardziej głośniejszy i może ewoluować
jako lider. Jeżeli Rockets znajdą trzecią gwiazdę na rynku
wolnych agentów i nie stracą latem Patricka Beverleya (będzie
wolnym agentem), to mogą zdobyć tytuł. Mam jeszcze wątpliwości
co do trenera, ale to trener wspierany przez analitykę GM’a, co do
której wątpliwości nie mam. Jedno ‘ale’, to zdrowie Howarda i
fakt, że był to już trzeci z rzędu sezon jego kłopotów z
plecami, kolanem. To okno na zdobycie tytułu może nie być wcale
większe niż 2-3 kolejne sezony.


Przemek Kujawiński (szóstygracz.pl, MVP): Mówimy
tu o dwóch różnych rzeczach. Z jednej strony są ich typowo
koszykarskie umiejętności i tutaj nie można mieć zastrzeżeń.
Harden poprowadził ich do drugiego miejsca na zachodzie. Zdrowy
Howard to wciąż najlepszy center tej ligi. Problem pojawia się,
gdy rozmawiamy o nich jako o liderach. James Harden miał w tych
playoffach mecze genialne i miał też mecze słabe, jednak bardziej
niepokojące od nierównej gry było jego zachowanie w stosunku do
swoich kolegów z drużyny. Możemy to oczywiście oceniać jedynie
na podstawie tego, co widzimy na naszych ekranach, ale w żadnym
momencie nie zauważyłem, by próbował być liderem tego zespołu.
To raczej Jason Terry i Dwight Howard zbierali wokół siebie drużynę
i próbowali motywować ją do lepszej gry. Pod tym względem Harden
zdaje się przypominać Tracy’ego McGrady’ego, który również nie
miał ambicji czy też charakteru, żeby odciskać swoje piętno w
każdym aspekcie meczu – nie tylko na parkiecie. Bardzo rzadko
również zdarzało się, by w najtrudniejszych dla Rockets momentach
przejmował na swoje barki odpowiedzialność za wynik. To bardzo
znamienne, że najważniejsze chwile w tych playoffach Houston miały
miejsce, gdy przebywał na ławce rezerwowych w meczu numer sześć z
Clippers. Howard wydaje się być pod tym względem bardziej
zaangażowany. Ze względu na pozycję, na jakiej gra i brak
znaczących umiejętności w grze tyłem do kosza, trudno jest mu
jednak być liderem na parkiecie. Za bardzo zależny jest od
kozłujących. Bardzo łatwo też wpada we frustrację, bo często
kończy się kłopotami z faulami i osłabieniem zespołu. Trudno mi
sobie wyobrazić, by w takim układzie – bez zdecydowanego lidera –
Rockets byli w stanie skutecznie walczyć o tytuł.

Michał Górny (MVP): Śmiem
twierdzić, że nawet z kompletnie odmienioną mentalnością Hardena
i Howarda Rockets „skończyliby” tak samo. Warriors to ekipa,
która idzie po swoje i tak naprawdę trzeba byłoby postawić
przeciwko nim ich samych by nie być pewnym wyniku. Jednak faktem
jest, że ani Harden ani Howard w swoich karierach nie byli nigdy
zawodnikami pokroju LeBrona Jamesa czy Kobe’ego Bryanta. Brak im
pewnego rodzaju charyzmy i czasami widać bardzo wyraźnie jak bardzo
potrzebują kogoś, kto narzuci swoje „zasady” jednocześnie
pozwalając zdjąć z pleców obowiązek bycia liderem, co w obu
przypadkach działa jak napój Panoramixa dla przeciętnego Gala.

Tomek Kostrzewa (MVP): Zależy
co uważamy za zdolności przywódcze. Harden wydaje się gościem
dość spokojnym, ale czy to znaczy, że nie krzycząc nie zdoła
namówić kolegów do podążania za nim? Howard to błazen i
primadonna, ale Shaq też był taki, a wygrał 4 tytuły. Jeśli mnie
pytasz czy Harden i Howard mogą poprowadzić drużynę do
mistrzostwa, to uważam, że ten pierwszy udowodnił to w tym
sezonie, a drugi ma już przecież na koncie awans do finałów z
Orlando Magic. Gdyby Rockets grali w pełnym składzie, seria z
Warriors mogła nie być tak jednostronna, a jej wynik nie umniejsza
moim zdaniem tegorocznego sukcesu zespołu.

Karol Śliwa: Hardena
oceniam dość wysoko.
Spójrzcie
– bez Howarda przed pół sezonu, z grupą przeciętniaków, którzy
też na różnych etapach rozgrywek borykali się z kontuzjami był w
stanie doprowadzić Rockets do drugiego miejsca na Zachodzie. To jest
jego zasługa. To on był liderem tej grupy i z zadania się
wywiązał. Nie jest typem człowieka, który uzewnętrznia swoje
emocje i to może wpływać negatywnie na jego odbiór. Bo na
przykład jeśli gra słaby mecz i nie widać po nim, żeby motywował
kolegów, pokrzykiwał na nich, to można odnieść wrażenie, że
odpuszcza. A wcale tak nie musi być i pewnie nie jest. Miałem
okazję oglądać go na żywo w Hiszpanii. Jest tytanem ciężkiej
pracy. Z treningów wychodzi jako jeden z ostatnich ledwo zipiąc.
Takiego właśnie etosu wymaga się od liderów. Z kolei gdy rozmawia
z ludźmi sprawia wrażenie nieśmiałego. Co do Howarda – przykro
mi, że tak mówię ale to pajac. Jeśli w wieku 29 lat twoim
ulubionym filmem jest kreskówka „Gdzie jest Nemo?”, to nie
jestem pewny czy chcę skoczyć za tobą w ogień walki o tytuł i
nie jestem pewny czy podchodzisz do życia i swojej pracy tak serio
jak ja i koledzy w szatni. Howard ma ciało, żeby być liderem,
„kotwicą” drużyny ale mentalnie jest dzieckiem i chyba tak już
zostanie. Zbyt łatwo daje się wyprowadzić z równowagi. D-12 nie
ma w lidze szacunku jaki zwykle mają gracze z jego stażem w lidze,
z tyloma występami w All-Star i kadrze na koncie.

Rockets
mogą zdobyć tytuł z Hardenem i Howardem w składzie ale pod
warunkiem, że drużyna będzie należeć do brodacza a D-12 odda mu
pole przede wszystkim w ataku. Harden z pewnością będzie jeszcze
lepszy. Howard musi zostać zdrowy. Mimo wszystkich swoich
mankamentów, to nadal elitarny center.

2. Z ekip, które odpadły na
różnych etapach tegorocznych play-offs, która z nich ma największe
szanse na zdobycie tytułu w przyszłym roku?

Maciej: Oklahoma
City Thunder, ale oni nie weszli nawet do playoffów. Muszą być
tylko zdrowi.

Przemek: Los
Angeles Clippers. Do czasu fatalnego załamanie w serii z Rockets
byli 2-3 najlepszą drużyną tych playoffów. Ostatecznie górę
wzięły brak ławki i zmęczenie, które nie pozwoliły odpowiedzieć
na energię graczy Houston. Wciąż rdzeń tej drużyny ma potencjał
mistrzowski. Wszystko zależy od tego, czy Doc Rivers sprawdzi się
wreszcie jako menadżer i wzmocni ławkę. Clippers desperacko
potrzebują solidnego wysokiego, rozgrywającego i zawodnika typu
3-and-D. Muszą też oczywiście zatrzymać DeAndre Jordana. Jeśli
uda się zbudować choć 7-osobową solidną rotację, to w
playoffach będą w stanie walczyć z każdym i z pewnością znajdą
się w przyszłym sezonie w ścisłym gronie faworytów do tytułu.

Michał: Bardzo
ciężko cokolwiek przewidzieć jednak na pewno nie skreślałbym
Spurs. Bo z całej 14stki tak naprawdę to jedyna drużyna z mniej
lub bardziej unormowaną sytuacją finansowo – kadrową. Przynajmniej
na razie, bo w NBA możemy spodziewać się wszystkiego.

Tomek: To
żart prawda? Na samym Zachodzie będziemy mieć jak co roku około 5
naprawdę poważnych kandydatów do wygrania tytułu. Jeśli mam
wybrać jeden zespół, z tych, które już odpadły z rywalizacji,
to postawię na tych, którzy w playoffach nie wystąpili – zdrową,
wzmocnioną i mającą nowego trenera Oklahomę (ale Spurs, Rockets i
Clippers mają równorzędne szanse). Na Wschodzie Atlanta Hawks
powinni być nadal groźni, a na dodatek mądrzejsi o doświadczenie
rozczarowujących playoffów.

Karol: Spurs.
Latem będą mieli do wydania sporo pieniędzy. Jeśli udałoby im
się zakontraktować na przykład LaMarcusa Aldridge’a czy Marca
Gasola, co nie jest aż taką wielką abstrakcją, to ich okno na
zdobycie tytułu byłoby cały czas szeroko otwarte. W niezmienionym
składzie będą po prostu jedną z wielu silnych ekip Zachodu. Jeśli
jednak zabiorą z rynku jakieś wielkie nazwisko (kto by nie chciał
grać w takiej organizacji?) oraz w swoim stylu wzmocnią się o
jakiegoś mniej znanego acz wartościowego internacjonała, to znów
będą wielcy.

3. W samej końcówce meczu nr 4
serii Bulls-Cavs, sędziowie postanowili obejrzeć na video jedno z
zagrań by upewnić się do kogo należeć będzie piłka. Dało to
czas Davidowi Blattowi na rozrysowanie akcji, po której LeBron James
zdobył punkty na miarę wygranej. Trener Cavs nie miał w tym czasie
żadnych przerw na żądanie i gdyby nie ta sytuacja, goście z Ohio
musieliby zagrać coś nieprzygotowanego. Co zrobić by nie
krzywdzić/faworyzować drużyn tego typu dodatkowymi przerwami?
Kazać zawodnikom zostawać na parkiecie? Coś innego?

Maciej: Szczerze
mówiąc nie wiem. Bo jeżeli nawet nie pozwoli się zawodnikom
opuszczać parkietu, to mogą oni podejść do ławki i posłuchać
co mówi trener, jednocześnie nie opuszczając boiska. Absurdalne
byłoby kazanie zawodnikom, aby nie ruszyli się z miejsca. Wydaje mi
się, że ta sytuacja tylko coś potwierdziła. Że są to sytuacje
wyjątkowe i być może nie powinno się nic w tej kwestii zmieniać.
To cena jaką płacimy za to, że chcemy mieć w NBA brak błędów
sędziowskich w końcówkach spotkań.

Przemek: W
tamtej sytuacji o powtórkę poprosił sam Tom Thibodeau, więc Bulls
nie mogli czuć się aż tak bardzo skrzywdzeni. Nie jestem pewny,
czy da się rozwiązać tę sytuację. Nawet jeśli zawodnicy
zostawaliby na parkiecie w czasie takich przerw to, co
powstrzymywałoby ich przed rozmową z trenerem? Myślę, że dużo
istotniejsze jest to, by sędziowie w tych ostatnich sekundach nie
popełniali błędów. Takie sytuacje zdarzają się na tyle rzadko,
że nie widzę potrzeby wprowadzania zmian.

Michał: Zgadzam
się, że liga powinna wprowadzić zasadę w jakiś sposób
ograniczająca takie wypadki. Jednak, jeśli tak się nie stanie to i
tak nie widzę większego problemu – zespoły z graczami o takim
basketball IQ jak LeBron James niespecjalnie potrzebują klasycznego
kontaktu z trenerem. Wystarczy, że w „huddle” będą w stanie
ustalić co grają w danych warunkach posiadania. Ba! Nawet zespoły
w NBA bez graczy z takim basketball IQ są w stanie to zrobić we
własnym zakresie. To ten poziom profesjonalizmu, na którym w
większości przypadków (minus Pops) trener faktycznie podczas 48
minut jest tylko 1% tego, co się dzieje na boisku.

Tomek: Nie
jestem pewien czy potrzeba tu interwencji, bo takie sytuacje nie będą
zdarzać się często i mogą być potraktowane jak każde inne
losowe zdarzenie, które w trakcie meczu wpływa na równowagę sił.
A jeśli już coś zmieniamy, to trzymanie graczy na parkiecie jest
jedynym rozwiązaniem sytuacji. To albo rezygnacja z powtórek.

Karol:
Transmisję meczu NBA realizuje
po kilkanaście kamer. Najnowszej technologii jest w lidze coraz
więcej. Doszliśmy do takiego momentu, że przeciętny kibic przed
komputerem czy telewizorem może widzieć więcej niż przeciętny
sędzia uzbrojony tylko w parę oczu. Dlatego liga dała im do rąk
narzędzie w postaci video review, żeby błędy ograniczyć do
minimum. Niestety z czasem zaczęło odbijać się to na płynności
gry. Ostatnio pogrzebałem w swoich archiwach i włączyłem sobie
mecz Bulls-76ers z 1996 roku. W jednej z akcji ktoś kogoś ostro
faulował. Przyzwyczajony do współczesnych nawyków już szykowałem
się, że sędziowie zaraz będą oglądać zapis video. Nie. Szybka
decyzja z pozycji parkietu i gramy dalej. To nie jest tak, że
sędziowie NBA boją się podejmować decyzji. Oni po prostu muszą z
automatu obejrzeć akcję, która kwalifikuje się na flagrant faul.
Uwierzcie mi – mówię jako sędzia – ocena czy faul był zwykły
czy niesportowy nie jest aż tak trudna jak mogłoby się wydawać.
Ograniczając przypadki, w których sędziowie muszą sięgać po
video review oszczędzamy czas na tylko te, które mogą decydować o
losach meczów (posiadania, rzut za 3 czy 2 oraz czy oddany był w
czasie). Liga zainwestowała sporo w Centrum Powtórek z siedzibą w
New Jersey. Warto byłoby usprawnić ich współpracę z sędziami
boiskowymi. Wtedy wszystkie przerwy ograniczylibyśmy do niezbędnego
minimum. Sztuczne izolowanie graczy od trenera nie ma sensu bo to
pociąga za sobą wprowadzenie nowych regulacji.

4. „Hack a…”. Przedstawiciele
praktycznie wszystkich grup (gracze, trenerzy, właściciele,
dziennikarze) naciskają Adama Silvera na unormowanie odpowiednim
przepisem celowego faulowania graczy i stawiania ich na linii rzutów
wolnych. Czy słusznie? Twój pomysł na pozbycie się tego problemu
o ile jest to problem.

Maciej: Nie zgodzę się, że
praktycznie wszyscy, bo w końcu z zebrania GM’ów, do którego
doszło w trakcie 2. rundy playoffów, nie wyniknęła propozycja
zmiany tych przepisów. Gdybym był Adamem Silverem myślałbym
jednak nad tym, żeby wyeliminować "Hack-a-Shaq". Używanie
powtórek przez sędziów już i tak wydłuża mecze. A to o produkt
i oglądalność chodzi. Nie o to, żeby ktoś w Stanach zmieniał
kanał i oglądał coś innego. Ten problem tym bardziej może się
powiększać w kolejnych sezonach, bo rośnie z każdym sezonem
znaczenie rzutu za trzy. Z każdym sezonem więc to ryzyko
postawienia na linii 50-proc. strzelca będzie coraz mniejsze
względem tego, że dane posiadanie może skończyć się rzutem z
dystansu. Nic tylko patrzeć jak drużyny trafiające po 8-10 trójek
w meczu na +35% skuteczności będą unikać w składzie DeAndre
Jordanów i Dwightów Howardów. Pomysł dwóch rzutów wolnych i
piłki z boku automatycznie wyeliminuje "Hack-a-Shaq". Nie
wiem czy poszedłbym aż tak daleko, ale NBA wyeliminuje z czasem
hackowanie z uwagi na dbałość o produkt jaki sprzedaje. Nikt nie
chce oglądać rzutów wolnych.

Przemek: Z
punktu widzenia NBA jest to problem, bo intencjonalne faulowanie
obniża atrakcyjność widowiska. Spośród wszystkich propozycji mi
najbardziej podoba się wprowadzenie przepisu, zgodnie z którym w
przypadku faulu gracza bez piłki jego zespół może zdecydować,
czy chce rzucać osobiste, czy woli wprowadzić piłkę do gry z
boku. To właściwie wyeliminowałoby umyślne faulowanie i nie
zmuszałoby sędziów do rozstrzygania, czy faul był intencjonalny
czy wynikał z gry. W każdym wypadku faulowana drużyna mogłaby
wybrać najbardziej odpowiadające jej rozwiązanie.

Michał: To
faktycznie jest problem nawet ze względów czysto „kibicowskich”.
Niezależnie czy dla kibica w kapciach czy ciut podpitego kibica
Bucks, który tylko cieszy się z takich przerw grze. Takie zastoje i
epickie 28 FTs DeAndre Jordana w 1H GM4 WCF nie są miłe dla oka.
Niezależnie od egzekucji tych rzutów. Jednak pytanie brzmi –
Jeśli liga chce ograniczyć ten kłopotliwy element gry, który jak
na razie nie jest tak bardzo rozpowszechniony to, w jaki sposób chcą
to ograniczyć ? Czy zakazywanie takich fauli nie będzie zbyt dużym
wkroczeniem w elementarne zasady gry w koszykówkę ? Bo niby jak
można wyeliminować faulowanie zawodnika, który dostaje piłkę tuż
po wznowieniu gry spod własnego kosza? W jaki sposób rozpoznać czy
ten faul faktycznie należy do tych z rodzaju „Hack a…”? Umówmy
się – czasami kontakt graczy jest na pograniczu kilku przepisów, że
aż sami sędziowie nie wiedzą czy właściwie przyznali Flagrant
foul 1 lub 2. Nie wspomnę o sytuacjach z rodzaju „clear path
foul”. Reasumując najlepszym rozwiązaniem jest OBLIGATORYJNE
uczenie wysokich rzucania z odległości blisko sześciu metrów. W
najgorszym wypadku łamać ich nadgarstki aż do uzyskania efektu –
patrz Michael Kidd – Gilchrist czy Joakim Noah.

Tomek: Ogólnie
jestem z obozu "Masz problem z Hack-a? To naucz się rzucać
cholerne osobiste". Przepisy nie są po to, żeby chronić
graczy przed ich własnymi niedoskonałościami. Są jednak od tego,
żeby ten sport jak najprzyjemniej się oglądało, więc pewnie
warto zrobić coś, by zmniejszyć liczbę rzutów wolnych w meczu.
Jeśli piłka idzie pod kosz do Howarda czy Jordana, nie widzę
powodu, żeby nie wykorzystać ich słabości i trenerzy rywali muszą
mieć taką możliwość. Przegięciem są jednak te wszystkie faule
bez piłki, poza akcją – to do nich trzeba zniechęcać. Najbardziej
oczywiste sposoby to dodatkowa piłka z boku w każdej sytuacji lub
przewinienie techniczne karane dodatkowym rzutem osobistym oddawanym
przez zawodnika wyznaczonego przez poszkodowaną drużynę.

Karol: Z
punktu widzenia ligi NBA jako multimedialnego produktu, to faktycznie
problem. Dla nas ludzi basketu to po prostu element gry i nawet w tym
znajdujemy czasem emocje. Współczesna koszykówka chce jednak
sięgać do coraz szerszego grona kibiców i serwować im ten sport w
wydaniu szybkim, dynamicznym i atrakcyjnym. Rzucanie rzutów
osobistych nie ma w sobie nic z tych cech. Ja mimo wszystko jestem za
tym, żeby niczego nie zmieniać. Jeśli przyjrzymy się temu
dokładnie, to wyjdzie nam, że w zasadzie problem dotyczy garstki
zawodników. Dwight Howard, DeAndre Jordan, Josh Smith, Rajon Rondo,
Andre Drummond. Tylko pięciu graczy w skali ligi nie trafiało 50%
swoich rzutów osobistych. Moim zdaniem nie warto dla tak wąskiej
grupy ludzi ingerować w przepisy. Poza tym nie jest to jeszcze
proceder nagminny. Trenerzy nie uciekają się do niego na porządku
dziennym. A w kwestii czysto technicznej – nie masz gwarancji, że
twoja drużyna zbierze piłkę po drugim niecelnym rzucie i kolejne
posiadanie zamieni na punkty. Nie jest to żadna złota metoda na
zdobywanie punktów czy bronienie. 

http://i2.cdn.turner.com/nba/nba/dam/assets/141016195416-nba-officials-instant-replay-review.home-t1.jpg


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.