“Fear The Deer”

Do trzeciego numeru magazynu MVP napisałem tekst o Milwaukee Bucks jako rewelacji pierwszych tygodni sezonu. Później sprawa się lekko zdezaktualizowała, Bucks zaczęli przegrywać i wypadli poza pierwszą ósemkę Wschodu. Ostatnie tygodnie jednak znów należą do nich. Wygrali właśnie szósty z rzędu mecz (w tym z Cavs, Celtics, Jazz) i 12 z ostatnich 13 spotkań. Z bilansem 36:29 zajmują piątek miejsce na Wschodzie i na 95% skończą rozgrywki regularne w gronie najlepszych ośmiu ekip swojej konferencji. Kto by pomyślał przed sezonem?
Uwielbiam tego typu historie kiedy "underdog" na którego nie tylko nikt nie liczy ale wręcz skazuje go na porażkę pokazuję charakter i klasę.
Lubie historie ludzi, którzy nie zaczynają od zera ale dużym kredytem zaufania i potrafią spłacić ten kredyt z nawiązką.
"Work Hard. Play Hard." – głosi hasło na ten sezon w Milwaukee.
W zawodowym sporcie nie ma moralnych zwycięstw bo gdyby były ta ekipa już odbierałaby nagrody. Jeśli szukacie motywacji, inspiracji do ciężkiej pracy, która z z początku wygląda na z góry przegraną tegoroczni Bucks są tym czego potrzebujecie.

Oto mój tekst, który ukazał się w trzecim numerze MVP…


„Milwaukee – miasto piwa i… koszykówki.”


Większość ruchów kadrowych dokonanych minionego lata w NBA skłaniała ku jednemu stwierdzeniu – bogaci się bogacą a biedni biednieją. Okazało się, że skutki światowego kryzysu odczuwalne są nawet w najbogatszej z lig. Dla wielu drużyn o średnim budżecie nastały czasy skrajnych oszczędności wszędzie tam gdzie to możliwe. Chcąc nie chcąc by związać koniec z końcem drużyny o przeciętnej atrakcyjności zarówno sportowej jak i marketingowej zmuszone były rozstać się ze swoimi gwiazdami a dokładniej z ich gigantycznymi kontraktami. Niektórzy dostali w zamian młodych, obiecujących graczy o niskich zarobkach. Inni mniej szczęśliwi swoje dotychczasowe gwiazdy wymienili na kończące się kontrakty zawodników w wieku przedemerytalnym. I tak w wielkim skrócie zaczyna się jedna z najciekawszych historii pierwszego miesiąca sezonu 2009-2010 w NBA, historia Milwaukee Bucks.

Milwaukee to od kilku lat biała plama na koszykarskiej mapie NBA. Nie grali w play-offs od blisko 4 lat. Przegrali aż 158 meczów sezonu regularnego w ciągu ostatnich trzech sezonów. Samo miasto z marketingowego jak i czysto sportowego punktu widzenia jest mało atrakcyjną prowincją bardziej znaną z bliskości wielkiej aglomeracji Chicago niż ze względu na własne atrakcje. Przemysł browarniczy czy fabryka motocykli Harleya Davidsona w żaden sposób nie pomagają w pozyskiwaniu wielkich gwiazd do drużyny Bucks. W lipcu tego roku mocno przeciętni Bucks zgodzili się na wymianę z San Antonio Spurs, która z miejsca zepchnąć miała ich o co najmniej klasę niżej. Po ledwie roku gry w Wisconsin zarząd klubu postanowił rozstać się z Richardem Jeffersonem a dokładniej mówiąc jego wielkim kontraktem (blisko $ 30 mln. płatne w dwa lata) pozyskując w zamian 38-letniego Bruce’a Bowena, 37-letniego Kurta Thomasa oraz 34-letniego Argentyńczyka Fabricio Oberto. Dla nikogo nie było tajemnicą, że deal jest posunięciem czysto finansowym dla liczących każdy grosz Bucks. Lato przebiegło spokojnie dla „Kozłów”. Poza wysłaniem do Teksasu Jeffersona podpisali jednoroczną umowę z atletycznym Hakimem Warrickiem, niechcianym w Memphis, ściągnęli z Barcelony turecki talent w osobie Ersana Ilyasovy oraz błąkającego się między Ameryką i Europą Argentyńczyka Carlosa Delfino a z dziesiątym numerem draftu wybrali Brandona Jenningsa.

Przedsezonowe prognozy nie dawały temu składowi najmniejszych szans na jakikolwiek sukces w tych rozgrywkach. Chłodna analiza dobitnie uwypuklała więcej minusów niż plusów ekipy Scotta Skilesa – Australijczyk Andrew Bogut może i jest wielki ale więcej czasu spędza na różnego rodzaju rehabilitacjach niż normalnym treningu, Ersan Ilyasova to wielki talent ale produktywny w NBA może być dopiero za 2-3 lata, Carlos Delfino nie potrafi utrzymać wysokiej formy – raz rzuci 25 punktów a raz pięć, rookie Brandon Jennings może i jest szybki i świetny technicznie ale na NBA brakuje mu doświadczenia i ma złą selekcję rzutową, dotychczasowy lider „Kozłów” Michael Redd wraca do zdrowia po operacji kolana a czy wróci do dawnej formy nie wiadomo.

I tak oto koszykarze Milwaukee Bucks przystąpili do sezonu 2009-2010 z całą masą znaków zapytania oraz w roli jednego z faworytów do… ostatniego miejsca w lidze po sezonie regularnym. Rozgrywki zaczęli zgodnie z przewidywaniami. Wysoka przegrana z 76ers w meczu otwarcia sezonu nikogo nie mogła zdziwić. To co sprawiło, że o Milwaukee Bucks zaczęto mówić miało miejsce w ciągu następnych trzech tygodni. Ci sami Bucks w zupełnie niezmienionym składzie wygrali aż osiem z dziesięciu rozegranych spotkań. Tylko dwie porażki (z Bulls i Mavs) łączną różnicą czterech punktów! Nagle okazało się, że ci przeciętni koszykarze z przeciętnego miasta potrafią grać w koszykówkę, potrafią rywalizować i wygrywać. Posądzany o samolubną i nieprzemyślaną grę Brandon Jennings wprost eksplodował talentem. 14 listopada w meczu z Golden State Warriors zdobył aż 55 punktów stając się najmłodszym graczem w historii ligi, który przekroczył barierę 50 punktów. Stał się też pierwszym od czasów Michaela Jordana debiutantem, który do czasu Święta Dziękczynienia ma na swoim koncie sześć lub więcej meczów z dorobkiem 25 punktów lub więcej. Dobra gra całego zespołu zaowocowała najlepszym od niemal 10 lat startem rozgrywek.

Dziś nikt już nie mówi o Bucks w kategorii żartu. Dziś wszyscy, nawet najlepsi wiedzą, iż żeby ich pokonać trzeba położyć na szale wszystko czym się dysponuje. W chwili obecnej „Kozły” zajmują zaskakująco wysokie, szóste miejsce w Konferencji Wschodniej. Nawet jeśli nie utrzymają tej pozycji do końca sezonu, ba nawet jeśli nie wejdą do play-offs (co przed sezonem wydawało się czystym szaleństwem) to już, zaledwie po miesiącu rozgrywek, osiągnęli coś czego nikt się po nich nie spodziewał, nikt nie oczekiwał tego od nich. Chodzi o szacunek pozostałych drużyn – rzecz bezcenną w zawodowym sporcie. Dziś już nikt nie mówi, że wyjazd do Wisconsin na mecz z Bucks to „małe piwo”. A młodych z Milwaukee nie trzeba dodatkowo motywować, oni już dość nasłuchali się latem czego nie potrafią i gdzie nie skończą dlatego w każdym meczu grają jak o życie chcąc pokazać analitykom jak bardzo się pomylili będąc za razem żywym potwierdzeniem tezy, że sport jest piękny m.in. przez swoją nieprzewidywalność.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.