1100 dni to niby niewiele. A jednak w przypadku Jeremy Sochan to dystans, który dzieli dwie zupełnie różne historie – od rosnącego hype’u i obietnicy wielkiej kariery po moment, w którym niewygodne pytania są dużo częstsze niż zachwyty.
Od ponad 40 lat odbywający się w Austin festiwal SXSW (South by Southwest) to jeden z najciekawszych fenomenów kultury – dziś już nie tylko muzyki i filmu, ale też mediów i technologii – który co roku daje tysiącom ludzi solidnego inspiracyjnego kopa. Dla mnie ma dodatkowy wymiar: to zawsze logistyczna gra strategiczna pozwalająca połączyć wyjazd na konferencję z możliwością zobaczenia jak największą liczbą meczów NBA na żywo (często z dostępem medialnym). Przez 11 lat byłem na SXSW cztery razy i udało się zobaczyć m.in. trio Duncan–Parker–Ginobili w San Antonio, Stephena Curryego grającego na przeciwko Jamesa Hardena w Houston czy klasyk Boston Celtics vs, New York Knicks plus kilka spotkań, które wypadły z pamięci równie szybko, jak się zaczęły.
Będąc w Austin w 2023 zrobiłem szybki wypad do San Antonio, żeby pierwszy raz zobaczyć na żywo Jeremy Sochana w jego ekscytującym debiutanckim sezonie. Hype był ogromny, pojechałem nawet w specjlanie zaprojektowanej przez Michała Kołodzieja koszulce. Wszechstronny, pełen energii skrzydłowy kręcił wtedy ~26 minut, 11 punktów, 5 zbiórek i 2,5 asysty. W końcu pojawił się Polak, który nie tylko dowoził na parkiecie, ale też miał „to coś”: charyzmę, styl, bezczelność (te włosy!), które pachniały szansą na zostanie solidnym graczem, a być może i gwiazdą ligi.
Tradycyjnie miałem pecha – Sochan tego wieczoru nie zagrał, dodatkowo przez ograniczenia covidowe jako dziennikarz nie mogłem z nim porozmawiać, mimot tego, że mógł rozmawiać z kibicami – ale na konferencji prasowej zapytałem trenera legendę – Gregg Popovicha – o miks umiejętności Sochana i jego osonowości, prosząc o porównanie do debiutanckiego sezonu Manu oraz o to, jaką rolę Sochan może pełnić dla Spurs.

– Manu kiedy trafił do Spurs, był już bardzo doświadczony. Jeśli chodzi o Sochana: nigdy nie widziałem kogoś, kto wchodzi do ligi i zachowuje się, jakby był tu od zawsze. Jest kompletnie nieustraszony, chłonie wszystko jak gąbka. Pod tym względem przypomina Manu – jest wyjątkowy – mówił wtedy Gregg Popovich.
Takie słowa, wtedy padające z ust wielu osób związanych z NBA, tylko potwierdzały przekonanie, że Sochan może być kimś naprawdę specjalnym.
Trzy lata później rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej: Gregg Popovich przeszedł poważny udar i zakończył karierę trenera, do Spurs dołączył femomen Victor Wembanyama, który błyskawicznie stał się jedną z twarzy ligi, a Sochan z ważnego elementu rotacji stał się cieniem samego siebie. Gdy w połowie lutego ogłoszono jego transfer do New York Knicks, hype znów wystrzelił – i równie szybko opadł…
MAP (Most Active Player) ławki rezerowej
W zeszłym tygodniu w Nowym Jorku zobaczyłem dwa mecze. W poniedziałek, w Madison Square Garden, Knicks pokonali grających w mocno osłabionym składzie (bez Curryego, Greena, Butlera i Porziņģisa) Golden State Warriors 110–107. Mecz był jednak wyjatkowo emocjonujący dlatego, że nowojorczycy po pierwszej kwarcie przegrywali 21 punktami wrócili do gry i dociągnęli to do nerwowej końcówki. Na występ Jeremy Sochana nie było większych szans – dostaje w Nowym Jorku głównie garbage time (co, szukając plusów, i tak jest krokiem naprzód względem końcówki jego czasu w Spurs).
Jak na Polaka, mającego obowiązki Polskiem, przystało, podczas obu spotkań oglądałem dwa mecze naraz: Jeden, w którym Jalen Brunson niesionyi energią MSG prowadzil Knic do odriobiena strat (skończył z 30 punktami) i drugi, który równolegle rozgrywał się na ławce, z Jeremy Sochanem w roli głównej. I trzeba przyznać: tam też wiele się działo. Sochan na ławce reaguje na każdą akcję pod koszem, po gwizdkach potrafi przebiec pół boiska, żeby pierwszy przybić piątkę, robi “kapki”, dyskutuje z sędziami, żartuje i się wygłupia z kolegami z drużyny

W drugim meczu, przeciwko Indiana Pacers Madison Square Garden z okazji Dnia Św. Patryka bardziej przypominało bostońskie TD Garden niż słynną „Mekkę”. (nawet pracownicy hali byli tym zaskoczeni, uslyszałem jak jedna z osób rzuciłą „w końcu inne kolory, nie mogę już patrzeć na ten niebieski i pomarańczowy”) i nie zagrał Jalen Brunson (co zaczyna być niepokojąco stałym motywem moich wyjazdów), a bohaterem został Josh Hart, który rzucił 33 punkty przy niemal perfekcyjnej skuteczności.
Mecz był rozstrzygnięty na około 4,5 minuty przed końcem i na parkiecie pojawił się Jeremy Sochan – trochę się przeliczyłem, licząc, że jego energia z ławki przełoży się na grę. Jasne, to był garbage time, ludzie powoli wychodzili z hali, ale Sochan popełnił kilka błędów w obronie, dość ospale wracał do ataku i brakowało mu walki o piłki, a jego najbardziej viralową akcją meczu było szczypniecie za sutka Jalena Brunsona.

Sochan momentami zachowuje się jak klasowy żartowniś (bardzo staram się nie napisać „klasowy klaun”) – jest go dużo, pytanie, czy nie za dużo.Być może to właśnie rola, którą ma dziś pełnić Jeremy Sochan, ale New York Knicks raczej nie są zespołem, któremu brakuje tego typu energii i interakcji – każda medialna wypowiedź Josh Harta czy konferencja z Jalen Brunsonem to solidna dawka luzu i humoru. Obserwowałem reakcje wokół i chciałem zapytać o to trenera Browna (plus o rzut Jeremiego, o czym za chwilę), ale konferencje w Nowym Jorku mają zupełnie inny vibe niż w San Antonio i nie udało mi się przebić z tym pytaniem.
O ch… chodzi z tym rzutem

Podczas przygotowań do drugiego meczu miałem okazję z bliska przyglądać się, jak przefarbowany w kolory św. Patryka Jeremy Sochan trenuje rzut na trzy godziny przed spotkaniem – i na własne oczy zobaczyłem to, o czym od trzech tygodni dyskutuje cały polski koszykarski światek po tweecie dziennikarza „New York Post”.
Z rzutem Jeremy Sochana dzieje się coś wyraźnie niepokojącego. Podwójny naskok, zasłanianie piłki ręką przy wypuszczeniu i seryjne koszmarne pudła – włącznie z airballami – to rzeczy, które doskonale znam z boiska z rzucania czterdziesotelnimi ziomkami, ale których na tym poziomie na treningach praktycznie się nie widuje. Nie do końca wiadomo, skąd ta zmiana mechaniki (z jego otoczenia pojawiają się różne sygnały, ale bez konkretów), jednak efekt jest jeden: na dziś ten rzut po prostu nie wygląda dobrze.
Sytuacja jest tak widoczna, że jest to główny motyw pod postami z Sochanem w roli głównej. Pierwszy komentarz pod wideo KnicksFanTV to bardzo wymowne “WTF is this shot”. Wiemy, że Sochan pracuje nad rzutem, że ściągnął nawet posiłki z Polski i możemy tylko trzymać kciuki, aby poszło to w dobrą stronę.
Enough is enough
To wszystko niestety nie napawa optymizmem przed play-offami, które mogą być dla Jeremy Sochana momentem naprawdę krytycznym. To, co kiedyś wydawało się jego największym atutem – osobowość – dziś momentami zaczyna wyglądać jak obciążenie. Sochan sprawia wrażenie sympatycznego, lubianego w szatni gościa – specjalnie obserwowałem, jak koledzy reagują na jego aktywność na ławce – ale wymowna mina Jalen Brunsona sugeruje, że na taki luz łatwiej sobie pozwolić, gdy jesteś kimś w rodzaju Josh Harta, czyli jednym z filarów zespołu.
Jeśli twoja rola ogranicza się do bycia „tym od energii”, farbowania włosów i wygłupów na ławce, a hype wokół Twojej osoby ogranicza się do fatalnej formy rzutowej to na dłuższą metę może nie wystarczyć, żeby utrzymać się w rotacji – zwłaszcza w drużynie z ambicjami.
Filip Połoska, Nowy Jork.

