Była to moja pierwsza podróż do Stanów Zjednoczonych. Marzenie, które planowałem spełnić, odkąd po raz pierwszy zobaczyłem na ekranie highlighty Stephena Curry’ego. Zanim znalazłem się przy parkiecie Crypto.com Areny, przez ponad tydzień podziwiałem niesamowite zachody słońca na pustyniach Nevady i Arizony oraz korzystałem z uroków Las Vegas.

Jak się okazało, świat jest bardzo mały, a w Mieście Grzechu mieszka stary, dobry kolega mojego brata, z którym rywalizował w zawodach pływackich w Polsce. Dominik studiował kilka kierunków na University of Nevada, a teraz jest instruktorem pływania. Po jednym z InstaStories zaprosił nas na domówkę w akademikach uczelni. Cały ten wieczór przypominał scenę z filmu (jeśli ktoś lubi Bradleya Coopera, może się domyślać, z jakiego). Ludzie różnych narodowości, kasyna, w których mogłem być jedynie obserwatorem, zmieniające się co chwilę jaskrawe billboardy i SPHERE zostaną mi w pamięci na zawsze.
Później odkrywałem przyrodniczą różnorodność Los Angeles. Zaliczyliśmy trekking po wzgórzach, a kilka godzin później kąpaliśmy się w chłodnym Pacyfiku. Podróż po LA to oczywiście również kontrasty, których w USA nie brakuje. Z jednej strony co chwilę mijamy najnowocześniejsze auta, a chwilę później spotykamy osoby uzależnione od narkotyków, które ledwo wiążą koniec z końcem. Najokrutniejszym widokiem była ulica oddalona o kilometr od Crypto.com Areny. Masa porozstawianych namiotów, ludzie powykręcani w różne strony, a jeden z nich leżał głową w dół w… studzience.
Przez całą podróż z tyłu głowy plątała mi się jedna myśl: „Czy dostanę akredytację?”. Cały proces rozpoczął się jeszcze w Polsce. Na trzy miesiące przed wylotem musiałem za pośrednictwem strony NBA podać cel swojej wizyty oraz pytania, które chciałem zadać. Decyzja w sprawie akredytacji przychodzi zazwyczaj na kilka dni przed meczem. Nic więc dziwnego, że niepewność towarzyszyła mi niemal do samego końca.
Będąc w Universal Studios, dostałem maila, który rozwiał wszelkie wątpliwości. UDAŁO SIĘ! Obejrzenie starcia Los Angeles Lakers z Oklahoma City Thunder stało się rzeczywistością!
Pierwsze spotkanie z dziennikarskim światem NBA
Przed meczem każdy dziennikarz otrzymuje maila z harmonogramem dnia meczowego. Znajdują się w nim godziny konferencji prasowych, informacje o dostępie (lub jego braku) do szatni i parkietu przed meczem oraz po jego zakończeniu, zasady odbioru akredytacji, lokalizacja miejsc dla mediów i fotografów, dane do Wi-Fi, a także link do statystyk i materiałów prasowych. Wszystko jest dokładnie zaplanowane, a przedstawiciele mediów wiedzą, gdzie i o której godzinie powinni się znaleźć.
Przed każdym meczem dziennikarze mają możliwość porozmawiania z głównymi trenerami obu drużyn. Ich wizyty w sali konferencyjnej odbywają się niemal co do sekundy, zgodnie z harmonogramem. Zresztą tak jak wszystko w NBA. Amerykańscy dziennikarze mają przy tym wyjątkowy styl zadawania pytań. Rozbudowane wstępy, efektowne metafory i przywoływanie statystyk mają uzasadnić tezę zawartą w pytaniu.
Możecie więc sobie wyobrazić, jak bardzo byłem zestresowany, kiedy po serii naprawdę dobrych pytań przyszła kolej na mnie. Miałem przygotowane całkiem niezłe pytanie, ale stres i konieczność wypowiadania się w drugim języku zrobiły swoje.
Kiedy dostałem mikrofon, kompletnie zapomniałem, co chciałem powiedzieć. Mój angielski nagle wrócił do poziomu A1, a głos zaczął drżeć. W końcu jednak się przełamałem i zapytałem: „Panie Reddick, przed panem drugie play-offy w roli trenera. Czego nauczył się pan podczas poprzednich rozgrywek i jakim doświadczeniem były one dla pana?”.
Ku mojemu zdziwieniu nikt mnie nie wyśmiał, a JJ Redick udzielił wyczerpującej odpowiedzi. Mówił o negatywnych emocjach związanych z porażką, zarządzaniu rotacją i wprowadzaniu korekt w trakcie meczu. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że naprawdę uczestniczę w wydarzeniu, które dotychczas znałem wyłącznie z ekranu.

Po konferencji Lakersów udałem się na indywidualne rozgrzewki rzutowe zawodników, odbywające się około dwóch godzin przed meczem. To właśnie wtedy można z bliska zobaczyć, jak gracze przygotowują się do spotkania. Na parkiet najpierw wychodzą zawodnicy kontuzjowani, a także ci, którzy znajdują się na końcu rotacji. Gracze z pierwszej piątki skupiają się na lekkim rozruchu i złapaniu rytmu przed pierwszym gwizdkiem.
Od SGA dzieliła mnie dosłownie długość ręki. To surrealistyczne uczucie, którego nie oddadzą żadne słowa. Dopiero wtedy dociera do człowieka, że nasze ekrany, mimo rozdzielczości 4K i najlepszych kamer w historii, nadal nie potrafią w pełni oddać tego, jak zawodnicy wyglądają i poruszają się na żywo.
Shai wygląda tak, jakby szerszeń przebrał się za człowieka. Wąska talia, plecy układające się w charakterystyczną literę V, mięśnie, na których studenci medycyny mogliby uczyć się anatomii, a do tego niezwykła lekkość i dynamika przy tak dużym wzroście.
Co jeszcze robi ogromne wrażenie podczas rozgrzewki? Powtarzalność. Nawet zawodnicy znajdujący się na końcu rotacji potrafią trafiać kilkanaście rzutów z rzędu bez obrońcy. Luke Kennard oddał cztery rzuty niemal z połowy boiska i trafił wszystkie. Nikt ze sztabu nie reagował przesadnym entuzjazmem. Dla tych ludzi takie rzeczy są codziennością.
W międzyczasie dziennikarze mogą skorzystać z bufetu z dużym wyborem jedzenia, napojów i przekąsek. Oczywiście i ja postanowiłem z tej możliwości skorzystać. Tego dnia w stołówce królowała kuchnia meksykańska.
Mecz, czyli nie tylko koszykówka
Przejdźmy do samego meczu. Trybuna prasowa znajduje się niemal pod samym dachem hali, ale widoczność jest naprawdę dobra. NBA, dzięki ogromnym ekranom Jumbotron i odpowiedniemu oświetleniu, zadbała o to, by widowisko było dobrze widoczne z każdego miejsca.
Samo spotkanie? Szalenie jednostronne. Luka Dončić i Austin Reaves byli poza grą z powodu kontuzji, a LeBron James odpoczywał. W efekcie najlepszym strzelcem Lakersów okazał się Luke Kennard. Możecie się domyślić, kto wygrał.
Pomimo słabego widowiska sportowego zupełnie się nie nudziłem. NBA to przecież nie tylko koszykówka, ale również znakomita oprawa, organizacja i cała otoczka, które sprawiają, że wydarzenie sportowe staje się czymś znacznie większym niż sam mecz. Poza tym możliwość zobaczenia z bliska mistrzowskiego zespołu Thunder, który wystąpił niemal w pełnym składzie, była dla mnie ogromnym przeżyciem.
Shai Gilgeous-Alexander absolutnie dominował na półdystansie. Nie potrzebował przy tym żadnego flopowania. Dwa szybkie kozły między nogami wystarczały, by zgubić obrońcę i stworzyć sobie dogodną pozycję do rzutu. Zawodnicy z ławki Thunder błyszczeli na tle mocno osłabionych Lakersów. Przy takiej przewadze każdy mógł pozwolić sobie na więcej swobody w grze jeden na jednego.
Największe wrażenie zrobił na mnie jeden z moich ulubionych zadaniowców, Jarred McCain. Zdobył 16 punktów w zaledwie 15 minut. Trudne lay-upy w kontratakach i zabójcze rzuty za trzy punkty – właśnie z tego składał się jego występ.
Tunel, gwiazdy i spełnione marzenie
Po meczu przychodzi czas na konferencje prasowe w osobnych salach dla obu drużyn. Z niecierpliwością czekałem na informację, którego zawodnika osoby odpowiedzialne za organizację mediów wyznaczą do rozmowy z dziennikarzami. Marzyłem o Jarredzie McCainie. Śledzę jego karierę od czasów Duke i bardzo chciałem zadać mu pytanie.
Szatnię, salę konferencyjną i wyjście na parkiet łączy tunel, który często można zobaczyć podczas transmisji telewizyjnych. To właśnie tam, czekając na zawodników, przeżyłem jeden z najbardziej surrealistycznych momentów całego wyjazdu.
Do tunelu weszły zawodniczki UCLA Bruins, czyli drużyny, która triumfowała w turnieju NCAA kobiet w 2026 roku. Obok nich stał Giveon – amerykański wokalista R&B, którego utwory regularnie osiągają miliony odtworzeń na Spotify. Wiedziałem, że obecność celebrytów w takim miejscu jest czymś normalnym, ale zobaczenie tego na własne oczy nadal wydawało się nierealne.
Chwilę później dołączyli zawodnicy NBA. Mam 190 cm wzrostu i chyba nigdy wcześniej nie czułem się tak mały. Chet Holmgren i Jaylin Williams sprawili, że poczułem się jak krasnoludek w krainie gigantów.
Tunel to również miejsce, w którym można spotkać znanych dziennikarzy i reporterów związanych z NBA. Udało mi się wymienić kilka zdań z Nickiem Gallo, reporterem i dziennikarzem multimedialnym Oklahoma City Thunder, który od 2012 roku pracuje dla organizacji. Jest również jedną z rozpoznawalnych twarzy telewizyjnych transmisji spotkań Thunder.
W końcu nadszedł czas konferencji. Wtedy wydarzyło się dokładnie to, na co liczyłem – przed nami pojawił się Jarred McCain. Lepiej być nie mogło.
Pozostało tylko dobrze zadać pytanie. Tym razem różnica wieku działała na moją korzyść. Nie czułem takiego dystansu jak podczas rozmowy z JJ Redickiem. Miałem wrażenie, jakbym rozmawiał z kolegą, dlatego obyło się bez większego stresu i językowych potknięć.
Nagranie mojego pytania do Jarreda McCaina TUTAJ.
Po zakończeniu konferencji postanowiłem jeszcze podejść do Jarreda i zapytać, czy możemy zrobić sobie zdjęcie. Przedstawiłem się, opowiedziałem mu trochę o sobie, a ostatecznie udało nam się również nagrać krótkie pozdrowienia dla polskich fanów. W tym momencie emocje wystrzeliły poza skalę. Jeszcze niedawno oglądałem jego mecze w telewizji, a teraz stałem obok niego, rozmawiałem z nim i miałem pamiątkę z tego spotkania.
NBA z bliska to zupełnie inne doświadczenie niż oglądanie meczów na ekranie. To nie tylko sport, ale również setki zatrudnionych ludzi, fizyczność, show i emocje, które zapamiętuje się na lata.
Wyjechałem z Los Angeles z poczuciem, że przeżyłem coś wyjątkowego. A przede wszystkim z przekonaniem, że to doświadczenie jest najlepszym paliwem do dalszego działania w internecie.
Mikołaj Stępniak.

