Lockout, pieniądze, podziały – mój punkt widzenia

Milion dolarów. Jak to łatwo powiedzieć. Żeby zdać sobie sprawę ile to jest, warto zrobić proste ćwiczenie matematyczne.
Zakładając, że amerykański dolar kosztuje dziś ok. 3,20zł to tysiąc dolarów to 3200zł. Załóżmy, że jest to miesięczna pensja, która w polskich warunkach nie może być uznana za słabą. W ciągu roku pracy wychodzi nam $12 tys, po 10 latach $120 tys. Idąc dalej do miliona dochodzimy po…blisko 84 latach pracy! Przyjąć więc można z dużą dozą prawdopodobieństwa, że wielu ludzi miliona dolarów lub jego równowartości nigdy w życiu, nie tylko nie zobaczy ale nawet łącznie nie zarobi!
Z tą świadomością przenosimy się do NBA. Oto piątka najlepiej zarabiających graczy w minionym sezonie:

1. Kobe Bryant LA Lakers $25,244,000
2. Rashard Lewis Washington $22,152,000
3. Tim Duncan San Antonio $21,300,000
4. Kevin Garnett Boston $21,200,000
5. Gilbert Arenas Orlando $19,269,308

Żeby zarobić tyle $ ile zarobił Kobe tylko w ostatnim roku, tylko za grę w NBA, z pominięciem kontraktów reklamowych nasz statystyczny człowiek z pierwszego wyliczenia musiałby pracować… ponad 2100 lat! Dajcie spokój!

Takie stawki można nazwać demoralizującymi. Takie stawki? Za grę w koszykówkę? Tak…
Jeśli o mnie chodzi to mimo tych kosmicznych wyliczeń jestem za zawodnikami. Łatwo nam przychodzi grzebanie w cudzych kieszeniach i liczenie cudzych pieniędzy. Ale czy my na ich miejscu nie chcielibyśmy brać tyle ile dają? Ja bym brał.
Czasem ludzie posługują się porównywaniem NBA do jakiegoś zwykłego zakładu pracy, który przynosi dochód właścicielowi a ten jego część przekazuje swoim pracownikom. Jak dla mnie porównanie to jest w dużej mierze chybione ponieważ to zawodnicy (pracownicy) generują lwią część ogólnego dochodu tej ligi. Co sprawia, że NBA jest najbardziej profesjonalną i dochodową z lig? Świetna organizacja? Tak. Idealne warunki do grania i trenowania? Tak. Mistrzowski marketing i PR? Tak. ALE najważniejszym "dobrem", które sprawia że ta liga jest tak inna, tak wyjątkowa, tak pożądana są sami zawodnicy. To dla nich nie śpimy po nocach, to ich buty i koszulki regularnie kupujemy, to dla nich zapełniamy hale, to dla nich kupujemy league pass. Wszystko zaczyna się i kończy na nich. Gdzie by nie pojawił się Kobe, LeBron, Wade i wielu innych tam przyjmowani i traktowani są jak gwiazdy muzyki czy filmu.

Dokładnej ich wartości rynkowej jako swoistych słupów reklamowych, magnesów na sponsorów nie dla się dokładnie zmierzyć ale jedno jest pewne – jest bardzo duża. Właściciel Lakers mówi, że dla niego Kobe to ok $70 mln czystego dochodu za sezon. Dwyane Wade twierdzi, że gdyby nie było górnych pułapów płac to najwięksi mogliby liczyć na gaże z poziomu $50mln za sezon. Kosmos? Nie do końca. A gdyby w NBA płacono zawodnikom "normalne", "ludzkie" pensje? Kto i z jakiej racji miałby wtedy prawo ‘przytulać’ miliardy, jakie oni generują? Czy nie byłoby to coś, co nazwać moglibyśmy "pół-niewolnictwem" albo nawet całym niewolnictwem.

Skoro organizacja jaką jest NBA generuje wielki przychód a głównym jego motorem napędowym są zawodnicy, to dlaczego u licha nie mieliby pełnego prawa by z czystym sumieniem odbierać swoje czeki?
Owszem tu pojawia się inny problem sfery moralnej, społecznej. Jak to możliwe, że zawodowi sportowcy zarabiają takie pieniądze, pławią się w luksusie, podczas gdy miliony ludzi żyć muszą w nędzy za dolara (a czasem nawet mniej) dziennie? Nikt nigdy nie powiedział, że świat jest sprawiedliwy, nikt nigdy nie powiedział, że sprawiedliwie znaczy ‘po równo’. Z największymi problemami tego świata nie radzą sobie (czy być może nie chcą) największe organizacje i rządy, to dlaczego wspominać o nich kontekście sportu? Przecież w pełni świadomie kupujemy platformy cyfrowe, żeby oglądać na żywo mecze. Tak samo świadomie kupujemy buty sygnowane przez gwiazdy. Płacimy nieraz za nie przeszło $100 za parę wiedząc doskonale, że koszt ich wyprodukowania jest przynajmniej 10 razy niższy, wiedząc że płace tych, którzy je robią powinny wprowadzić w zakłopotanie tych, którzy im płacą.

Czy komuś to się podoba, czy nie składamy się niebezpośrednio na te ‘tłuste’ pensje naszych idoli. Czy komuś jest z tym źle? Bo mi nie…
I tu koło się zamyka i jak dla mnie wszystko łączy się w logiczną całość. Skoro w pewnym sensie to my płacimy naszym gwiazdom, za to żeby je oglądać w najlepszym wydaniu to ja chciałbym, żeby z tej puli jak najwięcej trafiło właśnie do nich. Właściciele tylko (a może aż) stwarzają im świetne warunki do gry ale bezsprzecznie to oni najbardziej pracują na dochodowość tego biznesu. Gwiazdy NBA ze swoją wartością (sportową i marketingową) z powodzeniem stworzyłby nową, inną ligę od podstaw. A czy właściciele ze swoimi pieniędzmi, kontaktami i doświadczeniem byliby w stanie osiągnąć sukces w oparciu o inne (ale już nie te) gwiazdy światowego basketu?

CZĘŚĆ II

Właściciele klubów NBA, posiłkują się wyliczeniami, według których 22 z 30 klubów przyniosło straty. Mówią to paradoksalnie po jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym sezonie w historii NBA pod względem zapełnienia hal i oglądalności.
Grupa młodych, energicznych, ambitnych właścicieli wymyśliła (między innymi) utopijną teorię, według której wszystkie kluby zarabiają i wydają (prawie) tyle samo by z takimi samymi szansami walczyć o mistrzostwo. Dlaczego ten pomysł jest utopijny? Otóż moim zdaniem takie miasta jak Nowy Jork, Chicago, Los Angeles, Boston, Miami i parę innych z racji atrakcyjności w aspekcie geograficznym, kulturowym, urbanistycznym i wieloma innymi zawsze będą mieć przewagę w drodze po pieniądze sponsorów nad takimi miastami jak choćby Milwaukee, Charlotte czy dajmy na to Sacramento.
Knicks jako drużyna od lat nic już nie wygrali ale od lat też są jedną ze skuteczniejszych maszynek do robienia pieniędzy dla ligi. Nie jest to ani złe ani dobre – po prostu tak jest i choćby z tego powodu, że Melo i inne gwiazdy (a za nimi sponsorzy) wolą w wolnych chwilach pić kawę na Manhattanie bardziej niż patrzeć na hodowców bydła z Sacramento czy piwowarów z Wisconsin, te miejsca zawsze będą mieć łatwiej.
Właściciele zapewne wiedzą o tym doskonale, ale ta "nowa fala" agresywnych biznesmenów lubi prężyć mięśnie w czasie tych negocjacji i wygląda na to, że kosztem postawienia na swoim są w stanie poświęcić nawet cały sezon (a przynajmniej jego część), żeby pokazać graczom kto tu rządzi. Owszem kilku z nich faktycznie ledwo wiąże koniec z końcem (jeśli na tym poziomie można tak mówić) ale przecież to jest drogie hobby i nie każdego musi być na nie stać.

Według Magazynu Forbes aż 12 z 30 właścicieli klubów NBA znalazło się na liście 400 najbogatszych ludzi na świecie. Są nimi:

-23 Paul Allen (Portland Trail Blazers) $13.2bln
-60 Richard DeVos (Orlando Magic) $5bln
-75 Mickey Arison (Miami Heat) $4.2bln
-107 Stan Kroenke (Denver Nuggets) $3.7bln
-159 Tom Gores (Detroit Pistons) $2.5bln
-171 Mark Cuban (Dallas Mavericks) $2.3bln
-242 Glen Taylor (Minnesota Timberwolves) $1.8bln
-273 Herb Simon (Indiana Pacers) $1.6bln
-293 Dan Gilbert (Cleveland Cavaliers) $1.5bln
-293 Michael Heisley (Memphis Grizzlies) $1.5bln
-293 Donald Sterling (Los Angeles Clippers) $1.5bln
-309 Joshua Harris (Philadelphia 76ers) $1.45bln

http://us.123rf.com/400wm/400/400/illych/illych0806/illych080600502/3222342-fragment-of-basketball-ball-on-white-background-with-dollars.jpg
1but.pl -> Aż 240 modeli butów do kosza -> Zobacz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.