Pierce zdzielił, Allen poprawił… w meczu, który musisz zapomnieć

13
Łżą jak psy ci, którzy mówią że był to tylko "kolejny mecz" sezonu. Owszem, z perspektywy czasu, patrząc później przez pryzmat play-offs i walki o mistrzostwo mecz grany w jakiś smętny, niedzielny wieczór znaczy tyle co nic ale dziś, tu i teraz zarówno po stronie Lakers jak i gości z Massachusetts widać było pełną mobilizację i gwiazdy obu ekip bardzo chciały ten wygrać. W odniesieniu do takich drużyn nie istnieje pojęcie "Statement Games" dlatego irytuję się ilekroć słyszę "rewanż za finał…". Nikt dziś Lakersom nie zdejmie z palców pierścieni i nie wręczy ich C’s. Może dla kibiców z gimnazjów będzie to powód żeby parę dni się sadzić/siedzieć cicho – w zależności od tego, kto jaką nosi koszulkę ale ci starzy wyjadacze nie muszą niczego udowadniać ani sobie, ani nam, ani wam na tym etapie sezonu – od tego jest maj i czerwiec. Jedynie co można powiedzieć o tym meczu a następnie włożyć go między bajki to fakt, że było całkiem niezły mecz.

Szumnie zapowiadane starcie Lakers – Heat w Święta było nudne jak… nie wiem co… coś bardzo nudnego i gdyby nie to, że oglądałem je u kolegi spożywając świąteczne potrawy to zapewne zasnąłbym w okolicach pierwszego time-outu w III kwarcie.
Ten mecz podobał mi się od początku do końca i stał na niezłym poziomie.
Boston w połowie I kwarty dość łatwo uzyskał znaczne (jak na ten etap meczu) prowadzenie 16:9 potem 18:10 ale ostatnie 4 minuty należały do gospodarzy, którzy ostatecznie po 12 minutach mieli tylko 1-punktowy deficyt.
W II kwarcie ta sama historia – odjazd Bostonu, dość szybko na 9 punktów. Potem skuteczna szarża L.A. pod dowództwem Kobego, który rzucił w tej części meczu aż 17 punktów i ostatecznie 54:50 do przerwy dla Lakers.
III kwartę z kolei przejął Paul Pierce. Pochodzący z Inglewood "The Truth" lubi dobrze zagrać na rodzinnej ziemi i tak też było tego wieczoru. 15 punktów (w tym 3 trójki) z jego 32 z 27 całej drużyny w tej części gry pozwoliło Celtom nie tylko odrobić straty ale też wejść w IV kwartę z 5-punktową zaliczką.



IV kwarta cofnęła nas w czasie o ładnych parę lat kiedy to Kobe bił strzeleckie rekordy, które na dobrą sprawę szkodziły drużynie. O ile w II kwarcie każdy z jego punktów/ rzutów wynikał z pracy całej drużyny o tyle w ostatniej części tego meczu Kobe chciał zrobić zbyt wiele, zbyt łatwo, zbyt na siłę co rzadko kiedy udaje się w pojedynkę przeciwko takiej obronie. Izolacje, niecelne rzuty (6 pudeł Kobego) stawały się motorem napędowym dla kontr gości którzy bezlitośnie je wykorzystywali. 8 punktów Allena w tej części gry, ważne rzuty Robinsona, Davisa i K.G. i gdzieś na 4 minuty przed końcem można było powiedzieć, że jest po meczu.
Wielka Czwórka wspierana przed Małego Nate’a i jego kumpla Baby Davisa przetrwała 41 punktów Kobego, który do przez trzy kwarty wyglądał groźnie.
C’s wygrali deskę 43:30, asysty 34:10 (sam Rondo rozdał ich 16), zatrzymali L.A. na 44% z gry a sami trafili aż 60%. I tak to mniej więcej wyglądało z miejsca gdzie siedziałem… MECZ


Shaq nie istniał w tym meczu. Ze względu na faule zagrał tylko 12 minut – oddał 2 niecelne rzuty, zebrał 6 piłek a 2 zablokował.
Buty do koszykówki – największy wybór na www.1but.pl – Zobacz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.