Usłysz ten Jazz

Jeśli kiedykolwiek w przeszłości, w historii NBA miała miejsce podobna sytuacja to musiało być to dawno temu i na pewno nie w ostatnim dwudziestoleciu.
Koszykarze Utah Jazz wygrali pięć meczów z rzędu w tym cztery na obcych parkietach (w ciągu pięciu dni). Niezły run ale nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że w każdym z tych spotkań Jazz odrabiali dwucyfrową stratę i ostatecznie, często w niesamowitych okolicznościach, wygrywali mecz.
A było to tak:

Sobota 6. listopada. Salt Lake City (Utah)
Do Salt Lake City przyjechali L.A. Clippers. Na dzień dobry uzyskali 13 punktów przewagi już po pierwszej kwarcie. Do przerwy prowadzili 16 a momentami prowadzenie sięgało 18 punktów. Jazz wzięli się do pracy w III kwarcie wygrywając ją 13 punktami. W IV dorzucili jeszcze 3 co oznaczało ni mniej ni więcej tylko dogrywkę… a po niej kolejną. Po dwóch ekstra sesjach, po niezłym meczu  Jazz obronili swoją halę, wygrali 109:107 i w dobrych nastrojach choć zmęczeni ruszyli na 4-meczowy road-trip.



Wtorek 9. listopada. Miami (Floryda)
Trzy dni później cyrkowcy Jerry’ego Slone’a byli już na Florydzie. Po pierwszej połowie sądzić można było, że przyjechali zaliczyć plaże, Ocean, kilka klubów nocnych i jakiś tam mecz z Heat we właśnie takiej kolejności. Heat przez dwie kwarty robili co chcieli, prowadzili po 24 minutach gry 19 punktami a momentami nawet 22. A potem był już tylko Paul Millsap… Do tego meczu w swojej 4-letniej karierze miał na koncie 2 (dwie)
celne trójki na 20 prób. W meczu z Heat trafił 3 na 3… w ciągu 24
sekund! Poprawił zbiórką i dobitką dającą remis i dogrywkę. Jego kosmiczny wstęp (46 punktów, 3 trójki, 9 zbiórek) przyćmił triple-double LeBrona (20 punktów, 11 zbiórek, 14 asyst) i 39 punktów D-Wade’a. Jazz w historycznym meczu pokonali Heat po dogrywce 116:114.

Środa 10. listopada. Orlando (Floryda)
Dzień później zmęczonym Jazzmanom przyszło grać z Orlando Magic. Kto sądził, że goście mieć będą w nogach trudy meczu z Heat miał rację. Gospodarze prowadzili w tym meczu już 18. punktami i logicznie rzecz biorąc goście nie mieli prawa się dźwignąć. Przyszła jednak ostatnia kwarta, którą ludzie pana Slone’a wygrali aż 39:20. Wygrali mecz 104:94, podziękowali, powiedzieli dobranoc, spakowali się i ruszyli do Atlanty w Georgii. 



Piątek 12. listopada. Atlanta (Georgia)
Nowe miasto, stara śpiewka choć tu aż tak ostro nie było. Jazz po trzech kwartach przegrywali sześcioma punktami ale w 30 sekund IV kwarty dali sobie wrzucić kolejnych pięć punktów. Minus jedenaście powiadacie? Nie ma problemu… Obrona Jazz pozwoliła Hawks na zdobycie już tylko 12 punktów do końca meczu a sami nastukali ich aż 27. Gniazdo Jastrzębi zdobyte. Wygrana 90:86.

Sobota 13. listopada. Charlotte (Karolina Północna)
Czwarty wyjazdowy mecz Jazz w ciągu pięciu dni. Dogrywki, niesamowite powroty, zmęczenie, podróże. Wymarzony rywal dla chcących odbić się od dna Bobcats. Nic tylko wyjść i zbić zmęczonych gości? Nie zupełnie – choć z początku tak mogło to wyglądać. Głodne wygranych "Rysie" już po pierwszej kwarcie prowadziły 15 punktami, ich przewaga sięgała już nawet 19 punktów. No dobra 3:1 w czterech meczach na wyjeździe brałbym w ciemno.. ale po co skoro można iść po wszystko? Jazz w II połowie rzucili jednej z najlepszych defensyw ligi 66 punktów, stracili 46, wygrali mecz jednym punktem (96:95) dzięki floaterowi D-Willa i kolejny raz zagrali na nosie swój jazz wszystkim tym, którzy ostrzyli sobie na nich zęby. Jeszcze nie teraz koledzy…



"Nie panikowaliśmy tylko walczyliśmy do końca. Wiedzieliśmy, że zawsze jest szansa. Kiedy traciliśmy 20 punktów staraliśmy się dojść na 10. Kiedy to nam  się udawało napędzaliśmy się nawzajem, żeby nie przestawać walczyć." – mówi lider Jazz Deron Williams.

Niesamowity run Jazz w liczbach (pierwsze i drugie połowy meczów [bez dogrywek]):

Punkty 36.2        60.8
Skuteczność rywali 49.0 45.0
Skuteczność Jazz 36.4 55.1
D. Williams punkty   5.2 13.2

Buty do koszykówki – największy wybór na www.1but.pl – Zobacz
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.