Projekt NBA – Kronika z wyprawy. Cz. 5

Piąta i ostatnia część kroniki z wyprawy bolesławieckich pasjonatów NBA i zamorskich podróży. Po raz ostatni oddaję głos Leszkowi…

 

Dzień jedenasty – środa, 08.02.2017.

Wiwat słodkie lenistwo, pierwsze na tym wyjeździe. Śpimy do woli. Qreł z Małym w jednym łóżku, Sobol i Loko w drugim. Ten hotel ma tylko jeden pokój z dwoma łóżkami, więc zajmujemy go z Endrju. Ogarniamy się i budzimy resztę towarzystwa, może uda się coś jeszcze przed meczem zobaczyć. Idziemy na chybił trafił w kierunku południowym nad Missisipi. Trafia nam się targowisko. Czego tam nie ma? Jakąś pamiątkę z miasta i tak trzeba gdzieś kupić, czy może być lepsze do tego miejsce? Skwer z monumentem Joanny d’Arc przypomina nam, że to francuskie miasto. Słynna Dziewica Orleańska, czczona w swej europejskiej ojczyźnie także tu, w Nowym Orleanie wśród potomków francuskich emigrantów cieszy się ogromnym szacunkiem. Robimy rundę wokół dzielnicy. Jest znów słonecznie i muzycznie, tego nie da się nie zauważyć. Przysiadamy na krawężniku i słuchamy. Idziemy po kilkunastu minutach dalej, mijamy jeszcze kilku samotnych szansonistów, prezentujących lepszy lub gorszy talent muzyczny. Niestrudzeni starają się łączyć przyjemne z pożytecznym, bawią się graniem, ale kapelusze, puszki i inne skarbonki zawsze stoją gotowe przyjąć każdy datek. Trafiamy na Subway. To jedyne miejsce, gdzie można zjeść coś przyzwoitego. Zabawna historia, po wielu dniach, gdy dopadł nas syndrom obrzydzenia amerykańskim jedzeniem Qreł na jednej ze stacji skosztował właśnie w Subway’u kanapkę sprzedawaną na metry. No może przesada z tymi metrami, ale 30 cm buła to jakby nie było 0,3 metra, więc? Można sobie dowolnie skomponować jej składniki, sosy. Fantastyczne zdjęcie zajadającego kanapkę kolegi to jedno z lepszych ujęć wykonanych w trasie. Kanapka okazała się na tyle dobra, że z wielką chęcią wchodzimy do lokalu przy Royal St. Znajdująca się tuż przecznica Canal St. To jedna z głównych ulic, czteropasmówka przedzielona torowiskiem tramwajowym. Na przystanku dosłownie hasa leciwa dama ubrana w XIX-wieczne szaty. Tańczy wymachując kolorową parasolką. Wyraźnie chce zwrócić na siebie uwagę. Paskudnie wymalowana, pozuje do zdjęć zalotnie w jej mniemaniu uśmiechając się do wszystkiego co się rusza i robi zdjęcia. Po chwili okazuje się, że w ten sposób zarabia. Widocznie nie umie na niczym grać i zwiodła nas w ten perfidny sposób. Udaje nam się w końcu od niej uwolnić wchodząc do Starbucksa. To jedno z tych miejsc, gdzie Amerykanie najchętniej piją kawę, a my łapiemy zasięg WiFi. Czas na ostatni dziś kontakt z Polską, z domami. Wracamy do hotelu. Zaliczamy na ostatniej prostej naszej rundy wokół French Quarter park miejski im. Louisa Armstronga. Domyka się koło historii muzyki w tym mieście. Park z bajecznie rozrośniętymi drzewami, przysiadamy na ławeczce i odpoczywamy.

Spakowani jedziemy pod halę na upatrzony wcześniej na mapie parking. Przed oczami jawi nam się ogromna hala, Mercedes-Benz Superdome. Do czasu wybudowania „The O2” w Londynie największy zamknięty obiekt sportowy świata. Nasz Stadion Narodowy w Warszawie zmieści się w niej z trybunami. To arena najczęściej rozgrywanych Super Bowl, pozwala na oglądanie meczów futbolu amerykańskiego ponad 79 tysiącom widzów. W czasach huraganu Katrina, hala ocalała i była miejscem schronienia dla mieszkańców metropolii. W przeszłości, gdy obecna drużyna NBA Utah Jazz, występowała w najlepszej lidze świata jako New Orleans Jazz grała swoje mecze właśnie tu. Widownia koszykarska może pomieścić prawie 56 tys. fanów. Niewiarygodne, trudno sobie wyobrazić oglądanie basketu spod kopuły z wysokości 80 metrów od parkietu. Ciekawe, czy choć raz zapełniła się kibicami. Na szczęście to nie jest obiekt do którego zmierzamy, choć chętnie byśmy zajrzeli do wnętrza tego molocha. Pelikany grają w Smoothie King Center. Hali położonej tuż za rogiem, o przysłowiowy rzut kamieniem. W mieście jazzu musi być głośno, bo jazz to rodzaj hałasu, krzyku, po prostu zgiełk. Dociera do nas zza rogu chyba właśnie ten jazz. Przed halą odbywa się przedmeczowy event. Typowo amerykański sposób zabicia czasu przed wydarzeniem wieczoru. Jakieś konkursy, tańce, śpiewy. Można się wykazać ale też i posłuchać. I również zastanowić. No bo dlaczego zespół o nazwie Jazz gra na pustyni, w mieście założonym przez Mormonów, a nie tutaj? Odpowiedź jest prosta, wręcz typowo amerykańska. Kluby sportowe w Stanach to zabawka ludzi bogatych, a bogaci mają ten zwyczaj, że potrafią się zabawkami znudzić i wymieniać. Założony w 1974 roku klub New Orleans Jazz już po pięciu latach znalazł nabywcę, który przeniósł go właśnie do stolicy Utah, Salt Lake City. A że Amerykanie bywają często bardzo mocno przywiązani do tradycji i nazw, Jazzmani odtąd kojarzą się paradoksalnie z mormońskim stanem.

Przechodzimy kontrole i udajemy się do wnętrza. Tradycyjnie wchodzimy do sklepiku klubowego, gdzie tradycyjnie jest drogo. Po dwóch pierwszych spotkaniach jesteśmy już oswojeni z tą przedmeczową atmosferą. Jakieś zdjęcia z cheerleaderkami, historia klubu w zdjęciach przedstawiana na ścianach. O, jest coś nowego. Można się przymierzyć do parametrów asa Pelikanów, Anthony’ego Davisa. Jego zdjęcie w skali jeden do jednego ze wszelkimi możliwymi wymiarami. Staję przed nim i podobnie jak on rozkładam ręce. Ależ dużo brakuje do każdego wymiaru. Z takim zasięgiem można walczyć na parkiecie. W dodatku jak się jeszcze ma taki talent. Skład Pelicans jednak nie wróży sukcesów. Dziś podejmują drużynę bez gwiazd, ale wyrównaną i solidną, jakże by inaczej… Utah Jazz. Goście nie dają miejscowym żadnych szans wygrywając wysoko, 94:127. Ot, jeden z tych meczów, które po prostu muszą się odbyć. Bez historii, be wielkich fajerwerków Nie żałujemy jednak, bo ten mecz jak wynikało z założenia był niejako „przy okazji”. Parę słów na temat wydarzeń w przerwach meczu. W jednej z nich podchodzi do nas pani informując, że za chwilę zostaniemy wylosowani jako rząd do pokazania na telebimie. Koniecznie chciała wiedzieć, gdzie są nasi koledzy, którzy akurat w tym momencie opuścili swoje miejsca. Ponieważ nie było nadziei na ich szybki powrót, dokooptowano na te miejsca jakieś dzieci. Po chwili rzeczywiście wylosowano nas i pokazano publiczności. Jeśli tak odbywają się wszystkie losowania, to jest to jedna wielka ustawka. Ale było miło siebie widzieć na telebimie. Mamy zdjęcie jak robimy sobie zdjęcie, kuriozalna sytuacja.

Przed nami najdłuższa droga w tym tygodniu, mamy do przebycia 1150 km. Wyruszamy do Oklahomy…

 

Dzień dwunasty – czwartek, 09.02.2017.

Trzeba będzie bardzo intensywnie jechać, by pokonać tą trasę i jeszcze mieć chwilę przed meczem by nieco odpocząć w hotelu. To ma być nocna jazda non stop, z przerwami co dwie godziny na zmianę szofera. Męczące, ale do wykonania. Po siódmej jesteśmy w Dallas. Zmęczeni i niewyspani zajeżdżamy na jakiś parking miejski na chwilę przerwy. Połowa zostaje w aucie, druga trójka usiłuje przez godzinę coś zobaczyć w mieście. Teksańska metropolia z pierwszej dziesiątki miast USA pod względem liczby mieszkańców, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Poza jednym faktem. To właśnie tu, 22.listopada 1963 roku Lee Harvey Oswald zamordował prezydenta Kennedy’ego. Oswald z kolei dwa dni później został zamordowany przez Jacka Ruby’ego.

Nie mamy w planach jednak odszukania tego miejsca, nie ma na to czasu. Trzech „zwiedzaczy” dość szybko wraca, zadowoleni że zaliczyli krótki spacer po mieście. Ruszamy w dalszą drogę i w południe docieramy do Oklahomy. Logujemy się w znanym już nam motelu. Dziś mecz, na który czekamy od dawna, Thunder podejmują aktualnego mistrza NBA Cleveland Cavaliers. To jedno z dwóch najważniejszych spotkań, które są na naszej trasie. Dzień po dniu zobaczymy dwa zespoły, które w ostatnich dwóch latach zdominowały ligę, zdobywając na przemian mistrzowskie pierścienie. Razem z Loko idziemy przećwiczyć do recepcji kolejne, ostatnie już drukowanie biletów. To efekt wstrzymywania druku na 72 godziny przed wydarzeniem zmusza nas do rozkładania na raty tej czynności. Po chwili dopada nas Qreł i zrezygnowany oświadcza, że możemy sobie odpuścić te bilety, bo właśnie przed chwilą w miejscowej telewizji rozgorzała dyskusja na temat najnowszej informacji związanej z dzisiejszym meczem. Oto trener Cavs, Tyron Lue postanowił, że wielka trójka, która przyciąga jak magnes widzów – LeBron James, Kyrie Irving i Kevin Love jest zmęczona i dostaje wolne na odpoczynek. A niech to diabli wezmą! Zapowiadał się kosmiczny mecz z gwiazdami w roli głównej, a tu klapa. Kompletny brak szacunku dla kibiców.

Z ledwością wyłuskaliśmy z planu hali bilety w dwóch pakietach. Dwa w jednej lokalizacji, trzy w drugiej. Miejscówki w ostatnim pierścieniu widowni, nieco po skosie. Lepsze miejsca zaczynały się od $500 w górę. Chcemy zobaczyć LeBrona, chcemy zobaczyć to fascynująco zapowiadające się spotkanie. A tu taki afront. Oglądamy w ABC dyskusję na temat tego niespodziewanego ruchu kadrowego gości meczu. Dominuje powszechna krytyka takich poczynań, jest mowa o totalnym braku szacunku dla kibiców. Owszem, jest zrozumienie dla absencji w meczach z powodu urazu, ale odpuszczanie meczów z powodu zmęczenia nie tylko nie znajduje aprobaty, ale spotyka się wręcz z potępieniem. I zaczyna to mieć jakieś konsekwencje. Pojawiają się spekulacje, że może nie wszystko stracone, może jednak ktoś z tych trzech wystąpi. Oby tak było. Niepewni swego, ale wciąż z nadziejami jedziemy pod Chesapeak Arena.

A jednak, na rozgrzewkę wychodzi Irving, więc może presja mediów coś dała. Po paru minutach dołącza Love. Robi się całkiem dobrze, choć nie tylko my tęsknie spoglądamy w kierunku szatni gości. Nie da się ukryć, że to LeBron miał być gwiazdą wieczoru. To dla niego między innymi wybraliśmy się w tę trasę, to jego popisy chcieliśmy podziwiać. Do rozpoczęcia spotkania dosłownie minuty i nagle aplauz. Wbiega na parkiet James. A jednak! Jest i on, jest prawie cały skład. Brakuje tylko kontuzjowanego J.R. Smitha, a w OKC Turka Enesa Kantera, ale te absencje jesteśmy już w stanie zaakceptować. Wracamy do wydarzenia wieczoru. Jego bohaterem został Russel Westbrook. Ma swoje kolejne triple-double, zbliżył się o jedno oczko do rekordu wszech czasów. Z kronikarskiego obowiązku należy podać, że Loko znów kupił sobie bilet przed halą za 20 dolców i razem z nami był świadkiem triumfu Thunder 118:109, którzy prowadzili z małymi wyjątkami niemal przez cały mecz. Nie oznacza to, że było to jednostronne spotkanie. Wynik oscylujący wokół remisu gwarantował emocje, na które nie tylko my liczyliśmy. I nie zawiedliśmy się. To było najlepsze z dotychczasowych spotkań. Został już tylko jeden pojedynek. Czy będzie znów niepewność?

 

Dzień trzynasty – piątek, 10.02.2017.

Wyruszamy rano, wreszcie wypoczęci. Do przejechania zaledwie 750 km. Mecz Memphis – GSW o godz. 19:00, więc nie ma pośpiechu. Ostatnia trasa wesołego busa. Zaczyna do nas docierać świadomość, że nasza piękna przygoda, której zwieńczeniem ma być wieczorny mecz, powoli dobiega końca. Chyba każdy z nas ma to z tyłu głowy. Kolejny raz Memphis wysyła nam na powitanie starą Missisipi i basowe sygnały z przepływającej pod mostem barki.

Dziś spokojnie, żadnego zwiedzania, choć oczywiście jest mi żal, że omijamy Graceland. Zawsze chciałem zwiedzić posesję Elvisa, poczuć dotyk aury genialnego Króla rock and rolla. Nocleg mamy w tym samym miejscu, po co zmieniać coś, co sprawdzone?. Pod halą znacznie większe, niż poprzednio poruszenie. Czuć atmosferę zbliżającego się wielkiego koszykarskiego święta. Chce w nim uczestniczyć znacznie większa liczba chętnych, niż hala może pomieścić. Pojawiają się kartki z napisami „kupię bilety”, niektórzy machają w powietrzu plikiem dolarów sugerując, że cena nie gra roli. Jak to możliwe, że udało nam się pozyskać bilety, w dodatku w tak fantastycznej strefie do oglądania? Dziś możemy siebie nazywać dziećmi szczęścia, Loko nie żałuj już tego wydatku, bo pół Memphis Ci zazdrości. Odruchowo sięgam do wewnętrznej kieszeni, sprawdzam, czy bilet jest na swoim miejscu. Jest, nie oddam go za żadne pieniądze. Ci wszyscy, którzy by go chętnie odkupili mają możliwość zobaczyć jeszcze wiele nie mniej interesujących spotkań. Nie muszą pokonywać tysięcy mil jak my. Wchodzimy do środka a tam czeka na mnie przykra niespodzianka. Organizatorzy wymyślili, że wszelkie aparaty fotograficzne mające dłuższy obiektyw muszą iść do depozytu. Dwukrotna próba przejścia przez różne bramki nie pomaga, aparat w końcu ląduje w skrytce. I co, zdjęcia mam robić pokwitowaniem?

W środku prawdziwa fiesta. Ten mecz, jak zresztą każdy inny jest kolejnym małym kroczkiem, który przybliża rywalizujące zespoły do głównej walki o pierścienie. Zwycięzca powiększa kapitał owocujący w play-off atutem własnego parkietu, w tym na te najważniejsze czerwcowe pojedynki. Wiele wskazuje na to, że Wojownicy po rundzie zasadniczej znów zostawią konkurencję za plecami. I choć ten niewątpliwy atut trzeba jeszcze w ostatecznym rozrachunku wykorzystać, to jednak warto walczyć o pierwszą pozycję przed ostatnią fazą rozgrywek. Najlepsza drużyna sezonu nie musi zostać mistrzem NBA, o czym boleśnie przekonali się rok wcześniej właśnie koszykarze z Oakland. Po fenomenalnym rekordzie odebranym chicagowskim Bulls, mając na koncie zaledwie dziewięć porażek zmietli po drodze do finału rywali jak huragan Katrina. Konia z rzędem temu, kto po uzyskaniu przez Warriors przewagi 3:1 nad Cavaliers postawiłby złamanego centa na pierwsze w historii odrobienie takiej straty i wygraną koszykarzy z Ohio. A jednak genialny LeBron James poprowadził swoich kolegów do pierwszego w historii klubu mistrzostwa. Liga o najwyższym sportowym poziomie, liga o najbardziej nieprzewidywalnych końcówkach, liga fenomenalna w każdym aspekcie.

I właśnie dlatego tu jesteśmy i czekamy na pojawienie się tych, którzy imponują lekkością gry, wzbudzają niekłamany zachwyt niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. Czekamy na pojawienie się Wojowników, którzy od kilku lat są synonimem skuteczności i elementu, od którego zaczyna się sukces, czyli świetnej defensywy. Doskonali w każdym calu, potrafiący się genialnie uzupełniać. Cztery gwiazdy, z których każda wnosi do zespołu inne wartości. Pozyskany przed sezonem z OKC Kevin Durant grający na pozycji nr 3, to jeden z najwszechstronniejszych koszykarzy biegających po parkietach. Draymond Green, silny skrzydłowy, fantastyczny obrońca. Ma tylko jedną wadę, ale za to jaką. Jego ekspresyjne wybuchy niezadowolenia z decyzji sędziowskich przysparzają mu sporo kłopotów z wykluczeniami. Typowy „Bad Boy”, podejrzewam, że gdyby grał w latach osiemdziesiątych idealnie pasowałby charakterem do Detroit Pistons. Ale gra tu i teraz, gra w Warriors i jest Wojownikiem z krwi i kości. Niestety nie zawsze sędziowie pobłażają temu show, który tworzy i cierpi na tym drużyna pozbawiana zbyt często jego usług.

I wreszcie „Splash Brothers” – Klay Thompson, gracz o niezwykle szybkiej ręce, specjalista rzutów za 3. Rekordzista całej ligi w liczbie zdobytych punktów w jednej kwarcie (37!). No i Stephen Curry, drugi z braci. Obaj są mistrzami w tej dziedzinie, obaj mają na koncie zwycięstwo w tej konkurencji w „All Stars Weekend”, obaj nie zawodzą. Ale Stephen osiągnął w tej dziedzinie niebotyczny poziom. Jest rekordzistą NBA w większości możliwych kategoriach związanych z rzutem dystansowym: 13 celnych trójek w jednym meczu, 402 razy po jego rzutach zza łuku wylądowała w koszu w jednym sezonie zasadniczym, 157 kolejnych spotkań z przynajmniej jednym celnym trzypunktowym rzutem i innymi.

Wracam do obserwacji rozgrzewki, nie wiadomo na kim się skoncentrować. Prezentują się znakomicie. Chciało by się ich wszystkich indywidualnie obserwować, ale nie da się. Skupiam wzrok na Stephenie, jednak na nim. Chyba nie ja jeden, zapewne wpatrzone są w niego oczy wszystkich dzieci, które przyszły w błękitnych koszulkach z numerem 30. Choć ojcowie ubrani w barwy Grizzlies, to jednak dziatwa zdaje się jakby mniej zainteresowana krzewieniem patriotyzmu lokalnego. Oni wiedzą, że Curry, to gość z innej planety. To on w zeszłym sezonie po raz pierwszy w historii NBA został jednogłośnie wybrany MVP sezonu, choć ma zaledwie 190 cm wzrostu. Żywy dowód na to, że nie gigantyczny wzrost, nie monstrualna muskulatura decydują o klasie zawodnika.

Rozpoczyna się wreszcie mecz, trudno znaleźć wolne miejsce. Wreszcie Sobol siedzi z nami. Na wszystkich poprzednich prędzej czy później siedział na dole, na najlepszych miejscach. Nie wiemy jak to robił, ale nagle znikał a po chwili już siedzi w loży. Dziś nie ma na to szans, hala wypełniona po brzegi, nie ma gdzie wsadzić przysłowiowej szpilki. Po kilku minutach ktoś bardzo podobny do Sobola siedzi w dolnym sektorze. No tak, nie ma go już obok nas więc to jednak on. Będziemy mieć dzięki niemu fajne zdjęcia z bliska, z bardzo bliska.

Wreszcie rozpoczyna się spotkanie, na które tak bardzo czekaliśmy. Mecz, który spełnił nasze oczekiwania. Goście z Oakland podeszli do niego niezwykle poważnie i nawet na sekundę nie pozwolili gospodarzom na prowadzenie. A mimo to, mecz był bardzo ciekawy, głównie ze względu na popisy Warriors, którzy wygrali 122:107. W cieniu osiągnięć punktowych Thompsona i Duranta, wydarzyło się coś nieprawdopodobnego. Oto Draymond Green otarł się o quadruple-double, co w całej historii NBA zdarzyło się dopiero czterokrotnie. Dray skompletował 12 zbiórek, 10 asyst i 10 przechwytów. To było pierwsze w historii triple-double bez punktów. Wielka szkoda, że kilka spudłowanych rzutów zatrzymało go w przedsionku sławy, a nas pozbawił uczestnictwa w czymś wielkim. Pierwszym od 23 lat, od osiągnięcia Davida Robinsona.

Wraz z ostatnią sekundą meczu nasza piękna przygoda dobiegła końca. To już wszystkie spotkania na naszej „NBA Trip 2017”. Jutro pora odlotu do kraju, dalsza część sezonu już tylko w telewizji Będziemy śledzić dalsze występy tych, których oglądaliśmy w ciągu ostatnich dwóch dni. Będziemy przeżywać swoje deja vu, oglądając kolejne mecze w Memphis, Oklahomie, czy Nowym Orleanie. Każdy z nas pomyśli sobie… tam byłem i to niedawno! I tak będzie aż do kolejnego, trzeciego z rzędu finału pomiędzy GSW – Cavs.

Jutro nadejdzie także czas rozstania, bo Loko wyrusza w dalszą trasę po południowych stanach już sam. Chce pogłębić swoją wiedzę o równie tragicznych, co zagmatwanych kolejach losu niewolnictwa. Losu jaki Wuj Sam zgotował niewolnikom i bojownikom o ich równość. Wróci tydzień później, spełniony.

 

Dzień czternasty – sobota, 11.02.2017.

Dziś wczesnym popołudniem odlatujemy do kraju. Najpierw transfer do Dallas, a stamtąd do Berlina przez Londyn. Nie musimy się nigdzie spieszyć. Zmęczeni docieramy do Berlina w niedzielę w południe. Dzień czternasty zamienia się po drodze w dzień piętnasty. Trzeba oddać naturze to, co nam podarowała w drodze do San Francisco. Wraz z wejściem w europejską strefę czasową oddajemy zyskany wcześniej dzień. No i wracamy w północnoeuropejski klimat zimy, choć nie jest tak zimno, jakby to miała wskazywać druga połowa lutego. Jeszcze tylko odprawa i umówiony bus zabiera nas do kraju. Nie tylko zmęczenie powoduje, że jesteśmy trochę małomówni. Nikt o tym nie mówi, ale chyba każdemu robi się żal, że to już niestety koniec. Nigdy ze sobą nie przebywaliśmy aż tak długo, aż tak daleko. Na bolesławieckiej stacji BP domyka się nasza pętla. Zatoczyliśmy ogromne koło, wróciliśmy szczęśliwie, cali i zdrowi. I bogatsi o wrażenia, które teraz każdy z nas musi poukładać w głowie.

 

Epilog

Ten wyjazd minął szybko, stanowczo za szybko, ale wszystko się kiedyś musi skończyć. Wracamy do codzienności, do rzeczywistości zachowując niezwykłe wrażenia i wspomnienia. Zaledwie dwa tygodnie w trasie a już Frisco i to, co po drodze wydają się być odległym wspomnieniem. Tak odległym jak przebyta trasa znad Pacyfiku. Jeszcze w głowach pierwsze wrażenia z chłodnego poranka nad Zatoką, łapanie pierwszych oddechów amerykańskiego powietrza, także tego więziennego w Alcatraz. Jeszcze w płucach resztki kurzu z bezdroży Nevady, Arizony i Route 66. Kotłują się w głowach inne wspomnienia z całego pierwszego tygodnia przedmeczowego. Wielka przygoda za nami, wielkie oczekiwania spełnione. Czy kiedykolwiek dojdzie do skutku „Projekt NBA 2”? Niewykluczone, kto wie. Nie będzie to na pewno (niestety) ten sam skład, nie będzie to na pewno „Transamerica”. Skąpe relacje na FB przekazywane znajomym owocowały jeszcze tam na miejscu. Pojawiały się pierwsze zgłoszenia chętnych na podobny wyjazd. To miłe, choć dziś nie wyobrażam sobie podobnej wyprawy z kimś innym. Nic nie będzie takie same, ten wyjazd był jedyny, niepowtarzalny.

Chłopaki… chapeau bas, jestem przeszczęśliwy, że właśnie z Wami spędziłem te niezapomniane dwa tygodnie. Czternaście dni nieustającej szyderki w busie i wspólnie przeżywanych emocji w halach. Dzięki Wam ogromne za to wszystko. W kontekście teoretycznych rozważań o powrocie do koszykarskiej Mekki rzucamy nieśmiałe hasła o play-offach… W tej fazie już nie zdarza się to, co sezonie regularnym, nie ma odpuszczania żadnego ze spotkań. Jak wówczas w Oklahomie, gdy groziła nam absencja Wielkiej Trójki Cavs. Mieliśmy ogromne szczęście, że spośród wszystkich możliwych do obejrzenia gwiazd na naszej trasie tylko kontuzjowanego Kawhi Leonarda nie widzieliśmy w akcji. Gdyby miało kiedykolwiek dojść do kolejnej wyprawy, na pewno nie będziemy ryzykować huśtawki nastrojów i tej niepewności, jaką zafundowano nam przed tym meczem. Tak, kolejnym wyższym celem mogą być tylko mecze play-off, fazy rozgrywek, która określana jest bez cienia przesady czasem weteranów. Okres gry, w którym nad młodością i fantazją bierze górę doświadczenie starych wyg parkietów. Tu już nie ma żadnych kalkulacji, odpuszczania czy lekceważącego podejścia do przeciwnika. Przede wszystkim jest walka o wszystko. Walka o każdy centymetr parkietu, każdy ułamek sekundy, który może zmienić wynik. Walka w parterze i w stratosferze, o każde posiadanie piłki. Nikt się nie oszczędza, każdy chciałby założyć na palec mistrzowski pierścień. Każdy mecz jest ważny, każdy jest o coś. O przetrwanie, o awans do kolejnej rundy, w której czeka jeszcze lepszy i jeszcze silniejszy rywal. Na tą chwilę czeka rodzina NBA na całym świecie, a w naszej strefie czasowej zaczynają się nieprzespane noce, aż do połowy czerwca, do ostatecznego rozstrzygnięcia. Czy można sobie wyobrazić piękniejsze emocje sportowe, związane z innymi dyscyplinami sportu? Pewnie tak, ale kto raz zafascynował się koszykówką NBA na najwyższym światowym poziomie, ten nie zdradzi jej nigdy. I wówczas, po ostatnim meczu, po czwartym zwycięstwie nowego mistrza może z całą pewnością kolejny raz zawołać „I love this game”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.