Tristan, ty wiesz co robisz?

Już na samym otwarciu rynku wolnych agentów w NBA, podano wiadomość, że Tristan

Thompson i Cavs doszli do porozumienia w sprawie pięcioletniego
kontraktu o wartości $80mln. Później, gdy już można było oficjalnie
podpisywać dogadane wcześniej ustne umowy okazało się, że wcale nie ma
porozumienia między ekipą z Ohio a Thompsonem i jego agentem.

24-latek oczekiwał nie 80 a 94 milionów dolarów płatnych w pięć
lat. Suma ta byłaby maksymalną, możliwą sumą do zaoferowania. Rozbieżności były na tyle duże, że impas w negocjacjach się
przeciągał tygodniami. Minęły wakacje a Thompson
nadal był bez kontraktu. Jeszcze do ubiegłego tygodnia wyglądało na to, że wybierze kwalifikowaną
ofertę na najbliższy sezon ($6.8mln) by latem przyszłego roku stać się
niezastrzeżonym wolnym agentem. Byłby to scenariusz, według którego przebiegały kariery innych młodych zawodników w przeszłości (Jimmy Butler i Kawhi Leonard to przykłady pierwsze z brzegu).

Thompson i jego agent, rzutem na taśmę, wyszli z kontrpropozycją trzyletniej (maksymalnej) umowy o wartości $53mln. Ją z kolei odrzucili Cavs. Obóz zawodnika zdecydował potem nie przyjmować kwalifikowanej oferty, której wartość nie podlega negocjacjom.  Cavs od pięciu dni przygotowują się oficjalnie do nowego sezonu. Thompsona z nimi nie ma a klub usuwa z hali i obiektów treningowych wszystkie pozostałości z nim związane. Ale to wcale nie oznacza, że jego ostatni mecz w koszulce Cavs już się odbył.

Co teraz?

W świetle przepisów, mimo rezygnacji z kwalifikowanej oferty, Thompson cały czas jest zastrzeżonym wolnym agentem. Cavs mogą z nim rozmawiać, on sam może też słuchać ofert innych klubów, a te ekipa z Ohio może wyrównywać.

W skrajnym przypadku, Thompson może zdecydować się na odczekanie bez kontraktu i bez klubu aż do wakacji 2016 roku i wtedy z wolnej stopy wynegocjować sobie nowy kontrakt. Taki scenariusz jest jednak bardzo mało prawdopodobny.

Paradoksalnie, rezygnacja z kwalifikowanej oferty, może być oznaką topniejącej siły agenta Thompsona.
Zdaje się, że dotarło do niego, że granie za Love’em i Mozgovem nie zwiększy szans jego klienta na wynegocjowanie za rok maksymalnej umowy dlatego chce znów usiąść do rozmów o nowym, wieloletnim kontrakcie już teraz.
8 punktów i 8 zbiórek (jego średnie z tamtego sezonu regularnego) mogą nie dać mu nawet ofert zbliżonych do tej, którą oferowali Cavs. Jeśli wspomniani wcześniej Love i Mozgov będą zdrowi, to Thompson nie może raczej liczyć na więcej minut, niż miał rok temu.
Cavs wiedzą o tym doskonale i mogą sobie teraz pograć twardo z drugą stroną. Na stole leżał pięcioletni kontrakt warty $80mln.  

Thompson zaliczył bardzo mocne ostatnie play-offy. Po kontuzji
Kevina Love w serii z Bostonem, jego średnie wzrosły do 10 punktów, 12
zbiórek i ponad jednego bloku. I z takiej właśnie pozycji negocjował z Cavs nową umowę.

Za rok, gdy znów przypomnimy sobie, że LeBron ma jednak więcej miejsca grając u boku z Love’em, że w parze z Thompsonem, który nie grozi rzutem, strefa
podkoszowa jest mocno zagęszczana przez rywali, $16mln za sezon może okazać się marzeniem ściętej głowy.

Czy Tristan
Thompson jest wart takich pieniędzy? Śmiem twierdzić, że nie.
Oczywiście cały czas obracamy się wokół liczb nakreślonych przez obecne
zasady salary. Być może za dwa sezony lub trzy takie pieniądze będą
standardem dla graczy średniej klasy. Dziś jednak, w oparciu o taką a
nie inną rzeczywistość finansową, uważam, że trzymanie na ławce gracza z
taką gażą byłoby bardzo nierozsądne. Gracza, który może i jest świetny
na nogach jak na podkoszowego, może i jest wybitnym obrońcą i
zbierającym ale jest też jednocześnie graczem ze swoimi ograniczeniami w
ataku, graczem, który jest niedopasowanym partnerem w ataku dla
Jamesa, gdy obaj są jednocześnie na parkiecie.

Minionego lata Thompson odrzucił propozycję czteroletniej umowy za $52mln. Po
zakończeniu Finałów wyglądało na to, że była to dobra decyzja. Tak dobra
jak ta Jimmy’ego Butlera, który wierzył w siebie a ta wiara się bardzo opłaciła. Tak dobra jak ta Kawhi’ego Leonarda.

Tyle,
że moim zdaniem Thompson, Butler i Leonard to dwie różne bajki. Czy wyobrażam
sobie, że ktoś za rok daje Thompsonowi max deal i próbuje budować jakąś
ekipę wokół niego? Nie, nie wyobrażam sobie tego. Dla mnie Tristan
Thompson to jedynie zadaniowiec z plusem –  tak nazywam tego typu graczy.
Tych wszystkich, którzy do
solidnej, ligowej średniej coś dodają. To coś, to jakaś tam wartość, ale
to coś nie pozwala im jeszcze ze statusu gracza średniego wejść w
status gracza wybitnego, który warty jest maksymalnych pieniędzy.

Historia
tego lata pokazała, że wolni agencji, mimo wizji dużo większego salary
już niedługo, woleli "wróbla w garści" już teraz. Jeśli nawet Anthony Davis zdecydował się zabezpieczyć swoje najbliższe lata już teraz, to mówi wiele o tym trendzie.
To jest
zawodowy sport. Jedna poważna kontuzja może przekreślić cały
dorobek wcześniejszych lat a rynkową wartość ot tak pstryk zdmuchnąć do
prawie zera.

Dziś Tristan Thompson może być wart tych kilkunastu
milionów dolarów za rok. Nadal. Może. Ale nie ma żadnej gwarancji, że on i
jego agent będą rozmawiać z drużynami z tego samego poziomu za rok. Logika podpowiada, że będzie to dużo niższy pułap.
 
Tutaj
muszę przypomnieć postać pana Richa Paula – agenta. Przede wszystkim znany
jest  z tego, że reprezentuje interesy LeBrona Jamesa ale bądźmy
szczerzy – LBJ reprezentuje sam siebie. Jeśli jest się najlepszym
graczem NBA o ogromnej wartości marketingowej, to rozmowy kontraktowe z
klubem NBA czy potencjalnym reklamodawcą są bardzo lekkie i przyjemne.
Agent nie ma za bardzo gdzie i jak się wykazać.
Warto zwrócić uwagę, że w całej NBA tylko LeBron stosuje politykę podpisywania rocznych kontraktów i badania rynku każdego lata. Nikt poza nim nie decyduje się na takie ryzyko – bo to jest ryzyko.

Cavs nie popełnili błędu nie podpisując Thompsona do teraz. Wszystkie teorie o tym, że James może chcieć za rok znów opuścić Ohio włóżcie między bajki. LeBron skończy karierę w Cleveland bo tego potrzebuje jego skrupulatnie budowane przez siebie samego legacy. Ale to jest temat na osobny tekst.

Wracając do głównego tematu -Thompsona i jego agenta (głównie jego) zjadła zachłanność i co tu dużo mówić głupota. Na fali dobrych play-offów pojawiła się uczciwa oferta od Cavs. $16mln za rok nie zarabiają nawet tacy gracze jak James Harden, Klay Thompson, DeMarcus Cousins, John Wall a nawet Steph Curry. Dodać do tej grupy nazwisko Tristana Thompsona byłoby jak zakładać siodło świni.

Cavs mają już doświadczenie w tego typu trudnych rozmowach. W sezonie 2007-08 aż do grudnia rozmawiali z Andersonem Varejao. Brazylijczyk stracił ponad 20 meczów sezonu ale w końcu strony się porozumiały.
Tu myślę, że będzie bardzo podobnie. Tej klasy gracze nie powinni rezygnować z takich pieniędzy ot tak sobie. Jeśli Rich Paul i jego pracodawca mają w głowach resztki oleju, to pozytywnie zakończą tę historię. 

http://atlantablackstar.com/wp-content/uploads/2012/10/tristan-thompson.jpg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.