Układ sił w Konferencji Zachodniej (2019-20)

Jak co roku, podejmuję się próby uporządkowania drużynowego układ sił w NBA. W ubiegłym tygodniu zacząłem od Konferencji Wschodniej. Teraz na warsztat biorę Zachód. Kto wejdzie do play-offs, kto skończy jako ekipa loteryjna?
Otwierałem, poprawiałem, szlifowałem tę listę wiele razy, i każdego dnia przez dobry tydzień dokonywałem zmian. Ci w górę, tamci w dół. Taki to będzie sezon na Zachodzie. I bardzo dobrze. Dla nas, kibiców, to fantastyczna wiadomość. Przed nami niezwykle interesujące rozgrywki, w których zdarzyć może się wszystko.

 

1. Denver Nuggets. W przeciwieństwie do starych wyjadaczy celujących w mistrzowski tytuł, dla których runda zasadnicza jest złym koniecznym, młodzi Nuggets nie będą kalkulowali, nie będą też potrzebowali odpoczywać swoich dwudziestoparoletnich nóg. Rok temu wygrali 54 mecze, co dało im drugie miejsce na Zachodzie, trzy mecze za Warriors. Nie widzę powodu, dla którego miałbym sądzić, że w tym sezonie nie będą lepsi. Bo będą. Po zebranym doświadczeniu w play-offs spodziewam się, że Jamal Murray wejdzie na kolejny poziom. Pewnie jeszcze nie All-Star, ale takie 20/5/5 jest w jego zasięgu. Drużna wzmocniła się o Jerami Granta, pozyskanego z Thunder. Coach Malone będzie mógł używać go jak Super Glue, i łatać nim wszystkie defensywne dziury Nuggets. Tych nie ma znów aż tak wielu. Ekipa z Denver miała w tamtym sezonie szóstą obronę w lidze. Z Grantem w składzie, mogą wynieść ją na jeszcze wyższy, elitarny poziom. Jego warunki fizyczne oraz zdolności do bronienia dwóch-trzech pozycji, będą prawdziwym skarbem dla tej drużyny. Do zdrowia wrócił Michael Porter Jr., a to oznacza jeszcze więcej talentu, jeszcze więcej siły rażenia. Pod skrzydłami Paula Millsapa, ten chłopak ma szansę mocno przyspieszyć swój rozwój. Nuggets to bardzo głęboki skład. Mike Malone może regularnie, co wieczór, grać 10-osobową rotacją. Nikola Jokic jest gruby? Tak! Bo zjadł wszystkich centrów w obecnej NBA!

2. Utah Jazz. Jazz odpowiedzieli latem na palącą potrzebę tej drużyny z ostatnich dwóch lat i sprowadzili graczy potrafiących zdobywać punkty, groźnych z piłką, rozciągających grę dla penetrującego Donovana Michella, ale jednocześnie na tyle zdyscyplinowanych, żeby bez problemów wejść w systemową koszykówkę Jazz.
W osobie Mike Conley’a Donovan Mitchell dostał rozgrywającego, który w przeciwieństwie do Ricky’ego Rubio, będzie potrafił pomagać mu w regularnym zdobywaniu punktów. Jazz sięgnęli też po Bojana Bogdanovica. Chorwat to świetny strzelec i całkiem niezły obrońca. Dodatkowo z Utah związali się też Ed Davis – solidny podkoszowy, który dobrze zbiera i broni obręczy, Jeff Green – atletyczny skrzydłowy na obie pozycje na skrzydle oraz Emmanuel Mudiay – niby zmarnowany talent, ale przecież dopiero 23-letni. Coach Quin Snyder i Rudy Gobert gwarantują, że czwarta obrona tamtego sezonu, będzie nadal klasowa. Pozyskani strzelcy z kolei, wyniosą atak tej drużyny na poziom, od którego marzenie o mistrzostwie nabiera realnych kształtów. Jazz, w ostatnich dwóch latach grali dobrze tylko po pół sezonu. Z tak głębokim i zbilansowanym składem powinni płynnie, bez zacięć, przejść całe rozgrywki.

3. Houston Rockets. Wielu obserwatorów jest zdania, że to się nie ma prawa się udać. Dwóch tak bardzo dominujących piłkę graczy nie będzie w stanie zmienić swoich nawyków. Ja jestem innego zdania. Obaj są po złej stronie trzydziestki. Wiedzą doskonale, że już bliżej im do końca drogi, niż jej początku. Obaj mają za sobą sezony na poziomie MVP. Obaj mają na koncie od cholery indywidualnych rekordów, które bez sukcesu z drużyną, na zakończenie karier, będą wyglądać po prostu śmiesznie. Wreszcie, obaj mają świadomość tego, że jak się nie uda, to oni i tylko oni, będą odpowiedzialni za to ewentualne fiasko. Westbrook nie jest lepszym rozgrywającym od Chrisa Paula w definicyjnym rozumieniu tego pojęcia. Ale na tym etapie ich karier, jest zwyczajnie wartościowszym koszykarzem. Jest zdrowszy, szybszy, potrafi sam zdobywać punkty. Jasne, to może być destrukcyjne, ale trzeba też pamiętać, że trafia do drużyny z talentem, którego nie miał od czasów gdy dzielił szatnię z Kevinem Durantem i…Jamesem Hardenem. Właśnie. Pierwszym krokiem do tego, że to może się udać jest fakt, że obaj tego chcieli. Atakujący obręcz Westbrook może dawać szanse do otwartych rzutów za trzy punkty, czyli czegoś, czym żyje ofensywa Rockets. Ta formuła może ostatecznie nie dać mistrzowskiego tytułu, ale na gromadzenie wygranych w sezonie zasadniczym jest idealna.

4. Los Angeles Clippers. Że za nisko? Zanim z oburzenia wciśniesz „Caps Lock” i zabierzesz się do komentowania, posłuchaj. Paul George jest po operacjach obu barków, w tym jednej poważnej. Nadal nie trenuje z pełnym obciążeniem. Wróci już po rozpoczęciu sezonu. Kawhi nie ma nic nikomu do udowodnienia. Jest dwukrotnym mistrzem NBA i dwukrotnym MVP Finałów. „Load management” sprawdził się w Toronto, będzie też stosowany w Los Angeles. Prosta matematyka podpowiada więc, że dwaj liderzy Clippers mogą zagrać ze sobą jakieś 50 meczów z kawałkiem. Ta drużyna została zmontowana po to, żeby wygrywać w play-offach, a nie żeby szczytować z formą w grudniu. Zdrowi i w pełnym składzie, będą świetni do oglądania. Dwóch liderów, którzy za punkt honoru stawiają sobie krycie najlepszych graczy rywali, a po atakowanej stronie parkietu sami są bólem głowy dla obrońców. Clippers będą defensywnym monstrum. W ataku mają dość talentu na rozstrzeliwanie rywali. Doc Rivers będzie rysował zagrywki, jak za starych dobrych czasów w Bostonie.

5. Los Angeles Lakers. LeBron, jeszcze bardziej, niż Kawhi, nie ma już nic nikomu do udowodnienia. To znaczy ma, ale nie w rundzie zasadniczej. I na tym poprzestańmy, żeby ta myśl nie wymknęła się w stronę miejsca LeBrona w historii NBA i tego typu rozważań. Pod koniec grudnia, LBJ zdmuchnie z urodzinowego tortu 35 świeczek. On i Lakers zadbają o to, żeby ze świeżymi i zdrowymi nogami wszedł w play-offy, które rok temu opuścił…pierwszy raz od 2005 roku. To powinien być rok Anthony’ego Davisa, który w kiepskim stylu chciał już rok temu ewakuować się z Nowego Orleanu. Ma 26 i na przeszkodzie nie stoi absolutnie nic, żebyśmy nie mogli oglądać pełni jego talentu. Zmarnowany sezon w Pelicans sprawił, że wielu zapomniało, że zdrowy AD to elita ligi na obu końcach parkietu. Jego nazwisko powinno pojawić się przy okazji rozmowy na temat MVP sezonu oraz najlepszego obrońcy.

6. Golden State Warriors. „Nigdy nie lekceważ serce mistrza.” Odejście Kevina Duranta to wielka rzecz, ale nie zapominajmy, że Warriors, już bez niego, wysłali na wakacje Rockets, a w Finałach zagrali z Raps sześć meczów i kto wie, co mogłoby się wydarzyć, gdyby kontuzji kolana nie doznał Klay Thompson. Do czasu jego powrotu, jego minuty i rolę przejmie D’Angelo Russell. Nie jest strzelcem na historycznym poziomie Klay’a, ale robi też rzeczy, których Klay nie robi. Steve Kerr będzie mógł korzystać z niego na różne sposoby. Kenny Atkinson w Nets pokazał, że może to być skuteczne, a sam Russell pokazał, że potrafi znaleźć balans między własnymi ambicjami, a dobrem drużyny i graniem w systemie. Jestem więcej, niż pewny, że możemy być spokojni o odpowiedni poziom motywacji u Greena i Curry’ego. Im najbardziej zależy na tym, żeby pokazać koszykarskiemu światu, że ostatnie dwa tytuły Warriors to nie tylko Durant. Gdy w marcu wróci Thompson, ta drużna dociśnie pedał gazu.

7. San Antonio Spurs. Obiecałem sobie wiele lat temu, że w swoich typowaniach nie będę miał Spurs poza play-offami, zanim faktycznie się to nie wydarzy. Ale nie tylko z tego powodu mam ich w swojej ósemce. DeRozan i Aldridge to cały czas poziom All-Star. Nie wiem czy zagrają w ASG, ale to cały czas gracze tego pułapu. Do gry wraca Dejounte Murray, który przed kontuzją był w drugiej piątce najlepszych obrońców ligi. Spurs z nim, to całkiem inna drużyna w defensywie. Bogatszy o doświadczenia z Mistrzostw Świata, a wcześniej z całkiem niezłych występów w play-offach pojawi się Derrick White. Do tego mamy Millsa, Belinelli’ego, Gay’a. Z tych składników coach Pop jest w stanie ugotować coś dobrego. To nie będzie mistrzowskie danie, ale to nadal będzie dobre danie.

8. Portland Trail Blazers. Blazers byli w ubiegłym sezonie trzecią siłą Zachodu, ale ledwie pięć meczów dzieliło ich od ósmych Clippers. Czy po wakacjach są lepsi? Moim zdaniem nie. Nie twierdzę, że są gorsi, ale patrząc na to, co zrobili inni, Blazers siłą rzeczy, mogą zaliczyć krok do tyłu. Na pewno odczują odejście Al-Farouqa Aminu i Maurice’a Harklessa, szczególnie po bronionej stronie parkietu. Przyjście Hassana Whiteside’a tego nie zniweluje. Mało tego. Whiteside jest nieco przereklamowany w obronie, głównie tej drużynowej. Kosztem zablokowania rzutu, potrafi wyłamywać się z defensywnych schematów całej ekipy. W statystykach 5 bloków i 15 zbiórek robią wrażenie, ale nie pokazują tego, co faktycznie działo się na parkiecie w danym starciu. Bardzo lubię i wysoko cenię Lillarda i McColluma, ale na ich plecach nie da się jechać przez 82 mecze. Blazers brakuje trzeciego wartościowego strzelca.

9. New Orleans Pelicans. J.J Redik jeszcze nigdy w swojej 13-letniej karierze nie opuścił play-offów. Może to powinno skłonić mnie do zaryzykowania i wyrzucenia z ósemki któregoś z „pewniaków”? Może coś jeszcze? Zion Williamson może być kolejną wielką wielką rzeczą dla tej ligi. Taką, która zdarza się raz na kilkanaście lat. Ale przecież nawet LeBron nie dał play-offów Cavs w pierwszym roku. Sam nie wiem, co myśleć o Pelikanach. Mają wszystko, by być dobrą drużyną. Na Wschodzie zrobiliby to. To czyli ósemkę. Ale jesteśmy na Zachodzie, gdzie każdy kryzys, każda kontuzja, powolne wejście w sezon, mogą być zabójcze dla marzeń o ósemce.

10. Dallas Mavericks. Być może na koniec sezonu, Mavs będą mogli dumnie stwierdzić, że mają w drużynie dwóch graczy z najlepszej piętnastki NBA. I to nawet może być prawda. Problem w tym, że brakuje tam porządnej grupy wsparcia dla Doncica i Porzingisa. Jednakże gdyby ktoś zamknął mnie dziś w szafie i wypuścił w kwietniu, i powiedział mi, że Mavs weszli do play-offs, to nie byłbym zszokowany. Mam jednak przy tej ekipie zbyt wiele pytań „czy” na które odpowiedź musi brzmieć „tak”, żeby przyszłość w klubie z Dallas była pozytywna. Czy Porzingis jest w stanie być zdrowy? Zagrał tylko 66 meczów w sezonie 2016-17, 48 w kolejnym, stracił cały poprzedni. Czy po kontuzji i operacji wróci do formy, w jakiej żegnał się z NBA zimą 2018 roku? To, że Doncic zrobi jakościowy krok w górę, biorę w ciemno. Moje pytanie brzmi jak duży będzie to krok.

11. Sacramento Kings. Za dużo na tankowanie, za mało na play-offy. Kings są na papierze nieco silniejsi, niż przed rokiem, ale konkurencja też nie spała tego lata. Ich 39 wygranych dało im dziewiąte miejsce na Zachodzie, ale trzeba pamiętać, że do ósemki brakowało im aż dziewięciu wygranych. Starożytni Rzymianie mawiali – „Jeśli Harrison Barnes jest jednym z najlepszych zawodników Twojej drużyny, to Twoja drużyna do play-offs nie wejdzie.”

12. Phoenix Suns. Słońca nadal będą słabe, ale już nie tak tragiczne, jak rok temu. Ricky Rubio, MVP Mistrzostw Świata, zadba o poprawną dystrybucję piłki, Aron Baynes doda trochę doświadczenia i twardości pod koszem. To nadal nie jest nic, ale trochę więcej, niż w latach poprzednich. Devin Booker wchodzi w pierwszy rok swojego gwiazdorskiego kontraktu. Najwyższy czas zobaczyć, że jest jego wart.

13. Minnesota Timberwolves. Wiesz, czego potrzebują Wolves by wyjść ze swojej bylejakości? KAT i Wiggins muszą wyhodować sobie jądra. Nic więcej. Towns swoim talentem mógłby podzielić się z większością podkoszowych ligi i jeszcze sporo by mu zostało. Wiggins ma ciało i atletyzm, żeby być zabójcą na obu końcach parkietu – jak Butler, jak Leonard. Dlaczego to się nie dzieje? Dlaczego obaj tak łatwo przechodzą obok meczów? Ja tego nie wiem, ale są tacy, którzy mają dobrze zapłacone, żeby w końcu poznać odpowiedź na pytanie, które zadawane jest już od przynajmniej dwóch lat. Może ktoś, kiedyś będzie w stanie, w jakiś sposób, dotrzeć do ich głów i przestawić prztyczek.

14. Oklahoma Thunder. Może się mylę, ale stawiam na to, że Thunder nie skończą rozgrywek w składzie, w jakim je zaczną. Mam tu oczywiście na myśli transfer z udziałem Chrisa Paula oraz Stevena Adamsa, no i może też Danilo Gallinari’ego. CP3 przez najbliższe trzy sezony zarobi ponad $120 mln (!) i w żadnym scenariuszu jego przyszłość nie zbiega się z planami klubu z Oklahomy. Na twardziela pod kosz, jakim jest Adams, chętni się znajdą. Podobno już pytają. Po odejściu Russella Westbrooka i Paula Georga, Thunder wciskają przycisk „reset”. Całkiem słusznie zresztą.

15. Memphis Grizzlies. Pierwszy rok ery po Gasolu i Conley’u będzie ciężki. Grizzlies wierzą, że ten przejściowy okres będzie krótki, że już mają w składzie następców swoich dwóch wielkich legend. Ja Morant i Jaren Jackson Jr. to ogromne talenty, wokół których Grizz spróbują zbudować play-offową drużynę, ale na regularne wygrywanie w NBA jest dla nich jeszcze za wcześnie. Niedźwiadki najprawdopodobniej, dla własnego dobra, będą musiały mocno zatankować. Jeśli ich pick w przyszłorocznym drafcie wypadnie poza top6, będą musiały oddać go do Bostonu.

* Tekst napisałem oryginalnie dla portalu Unibet. Opublikowany został tam kilkanaście dni temu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.