Co za mecz! Magic grają dalej!

Koszykarze Orlando Magic jeszcze nie wybierają się na wakacje a hasło "Beat L.A." póki co jest nieaktualne. W czwartym meczu Finału Konferencji Wschodniej będąc w sytuacji win or go home goście z Florydy stanęli na wysokości zadania i pokonali po dogrywce Celtów 96:92.



Mecz zaczął się inaczej niż trzy poprzednie w tej serii. Magic wyszli mocno skoncentrowani i to oni atakowali a nie jak dotychczas przyjmowali ciosy. Efektem tego było 8 punktowe prowadzenie już w pierwszej kwarcie (23:15). Potem jak można było się spodziewać doświadczony zespół Celtów zaczął odrabiać straty ale to goście byli stroną przeważającą i sprawiali wrażenie ludzi mających pod kontrolą wydarzenia na boisku. Druga kwarta podobnie jak pierwsza to mocne uderzenie Orlando czego efektem było prowadzenie 42:32 a następnie odrabianie strat przez Boston. Wynik do przerwy 51:47 oznaczał pierwsze w tej serii prowadzenie Orlando po 24 minutach gry.
III kwarta to typowa play-offowa walka z licznymi pułapkami w defensywie z obu stron, wieloma słownymi prowokacjami i nieodpuszczaniem ani na chwilę. W grze Magic a dokładniej w oczach zawodników tego klubu widać było, że są skrajnie skoncentrowani i że zrobią wszystko by przedłużyć serię a może także ją odwrócić. Jeszcze nikomu w historii NBA nie udało się awansować będąc w sytuacji 0:3 ale jak podkreśla Doc Rivers ta seria daleka jest od zakończenia ponieważ z ewentualnych trzech spotkań Celtowie tylko raz zagrają przed własną publicznością.
Być może bliskość wielkiego finału, być może niewystarczający poziom koncentracji Celtów, być może diametralnie inna gra Orlando w porównaniu z poprzednimi meczami tej serii a najpewniej wszystkie te czynniki złożyły się na obraz i końcowy wynik dzisiejszego meczu.  
Pierwsze minimalne prowadzenie Boston uzyskał w samej końcówce trzeciej ćwiartki (68:67). Drugie a za razem ostatnie w meczu (w co trudno byłoby uwierzyć w kontekście poprzednich spotkań tej serii) dopiero w połowie IV kwarty.
Na 2,5 min przed końcem regulaminowego czasu gry zdawało się, że już jest po meczu dla gospodarzy. Magic prowadzili 85:78 ale sprawy w swoje nadgarstki wzięli Pierce i Allen. Dunk Piece’a, trójka Allena oraz 2+1 Pierce’a przy zaledwie 1 punkcie w odpowiedzi Magic dało mały run 8:1 gospodarzom a w rezultacie remis po 86. W ostatnich czterech posiadaniach żadnej z drużyn nie udało się zdobyć choćby jednego punktu zatem pierwsza w tej serii a za razem w tegorocznych play-offs (!) dogrywka stała się faktem.
Extra time przypominał jedną z ostatnich rund walki bokserskiej. Mocno wyczerpane obie ekipy nie były w stanie zadać decydującego ciosu aż do ostatnich niespełna trzech minut przed końcem meczu. Wtedy Jameer Nelson (od dziś zwany Admirałem Nelsonem) w dwóch kolejnych akcjach trafił za trzy punkty. Nie ma najmniejszego znaczenia, że pierwsza z jego trójek wpadła o tablicę i jak sam przyznał po meczu oddał rzut za wcześnie i w ogóle tak nie celował. Trzy punkty to trzy punkty.
Wspierany żywiołowym dopingiem przez własną matkę również 2 razy za trzy punkty z zimną krwią trafił Ray Allen. Jednak dwie dobitki Howarda nie pozwoliły Celtom na doprowadzenie do kolejnego remisu. Brak sił, błędy w ataku i mocna obrona Magic złożyły się na końcowy sukces gości.
Dla kibiców Green Teamu małym pocieszeniem może być fakt, że mimo słabej gry Celtowie cały czas byli w grze i naprawdę niewiele zabrakło do zamknięcia serii. Dwie niespodziewane trójki Nelsona mogą mu się już nie przydarzyć ale z drugiej strony wygrana w takich okolicznościach może tchnąć w Orlando wiarę we własne możliwości. To, że nikt nie wyszedł zwycięsko ze stanu 0:3 nie oznacza, że jest to niemożliwe mając na uwadze, że 2 z ostatnich trzech ewentualnych spotkań w tym game seven rozgrywane będą na Florydzie.



Statystycznie najlepiej wypadli:

Dla Magic: Dwight Howard (32 punkty, 16 zbiórek, 4 bloki), Jameer Nelson (23 punkty, 9 asyst, 5 zbirek), Rashard Lewis 13, J.J. Reddick 12, Matt Barnes 10. Słabe zawody zaliczył Vince Carter – tylko 1 na 9 z gry, w sumie tylko 3 punkty i 3 straty.

Dla Celtics: Paul Pierce (32 punkty, 11 zbiórek), Ray Allen (22 punkty [5/7 za 3], 5 zbiórek), Kevin Garnett (14 punktów, 12 zbiórek). Cieniem samego siebie był w tym meczu zmagający się z obolałymi mięśniami Rajon Rondo. Zdobył tylko 9 punktów (3/10 z gry) i zaliczył 8 asyst.



Po meczu powiedzieli:

Dwight Howard:"Przegrywaliśmy 3:0 i nie chcieliśmy w takim stylu kończyć sezon. Jemeer i ja pokazaliśmy dziś, że jesteśmy liderami tego zespołu, graliśmy twardo z poświęceniem. Nie chodzi tylko o zdobywanie punktów ale o danie przykładu innym."

Stan Van Gundy:"W końcu ktoś kiedy wygra serię od stanu 0:3. Jedyne czego byłem pewnien to fakt, że aby tego dokonać trzeba zacząć od wygrania meczu nr 4. Nie ma innej możliwości."

Glen Davis:"Oni sam nie odejdą. Będziemy musieli wyrzucić ich z tych play-offs. To tak jak z lokatorem, który nie płaci czynszu."

Ray Allen:"Sknociliśmy kilka akcji w ataku w samej końcówce meczu – prosta sprawa. Sami sobie strzeliliśmy gola. Była idealna okazja na zamknięcie tej serii. Ale nie panikujemy i nie narzekamy na naszą sytuację. To jest dla nas lekcja – musimy zadbać o detale a będziemy tam gdzie chcemy być." 
Na pytanie jak będą przygotowywać się do następnego meczu Ray zażartował: "Trzeba będzie zacząć jutrzejszy dzień od przebiegnięcia kilku mil…"

Doc Rivers:"Zagraliśmy słaby mecz a mimo to było blisko. Nasi kibice krzyczeli już 'Beat LA.’ i moi zawodnicy to słyszeli. Mam nadzieje, że nie było to przyczyną rozkojarzenia i porażki."

Orlando Magic – Boston Celtics
Stan rywalizacji 1:3
Mecz nr 5 w środę w Orlando.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.