#EuroBasket 2015: Dzień dwunasty

Litwa pokonała wielką Serbię 67:64 i zagra w finale z Hiszpanią o złoto! Coach Jonas Kazlauskas nakreślił napoleoński game plan
na to starcie. Jego gracze świetnie go zrealizowali. Litwinom udało się
wyjąć z meczu Milosa Teodosica. Przeczytaj to zdanie jeszcze raz. Takie
rzeczy nie zdarzają się często. Mecz wcześniej z Czechami, Teo miał
równie mało parkietu tylko dla siebie. Dość szybko wykombinował jednak,
jak w inny sposób pomóc kolegom. Bez punktowania zdominował mecz. Nie
tym razem. Litwini odcinali go od piłek a gdy już je miał uszczelniali
korytarze, którymi mogły one powędrować do jego kolegów. Teo zaliczył tylko 3 asysty. Średnia
punktowa Serbów przed tym meczem wynosiła 88. Litwini byli idealnie
przygotowani na wszystkie warianty w ich ataku. Bardzo mało z gry miał
Bjelica – tylko 10 punktów, tylko 8 rzutów z gry. Radu już nie łobuzował
pod koszem. Valanciunas jak ten dobry kolega ze szkoły stanął w obronie
mniejszych kolegów i przepędził grubego nicponia. O tym, jak Litwini
stłamsili atak Serbów, niech świadczy fakt, że ten pomięty i wyjęty z
gry Teodosic był najlepszym strzelcem swojej drużyny (16). Zwykle to iskra jego talentu rozpala Serbię. Wczoraj nie było to możliwe.

Czterech Litwinów zdobyło 12 lub więcej punktów. Świetny z ławki był Kuzminskas (13 punktów, 9 zbiórek). Mimo aż 8 strat, bardzo dobrze rozgrywał Kalnietis (12 punktów, 5 zbiórek, 9 asyst). Znów swoją obecność pod koszem mocno zaznaczył Valanciunas (15 punktów, 4 bloki). Coach Kazlauskas skorzystał w tym meczu z ośmiu zawodników. Tylko jeden z nich nie wpisał się na listę strzelców.
Przybijam piątki, jak etatowy gracz ławki:

W meczu o siódme miejsce Czechy zdemolowały Łotwę 97:70. Nie sądzę, żebyście chcieli słuchać o tym meczu choć trzeba to im oddać – jeśli poruszamy się w klimatach kulinarnych porównań, to ten mecz był całkiem smaczną przystawką do dania głównego. Nie jakieś tam ośmiorniczki czy krem ze skowronka. To była duża porcja knedlików zalana ośmioprocentowym piwem. Dało radę. Znów poskakał wesoły Jan Vesey (24 punkty, 11/13 z gry). Tomas Storansky znów pokazał, że umie uprawiać ten sport n wysokim poziomie (16/4/3/2). Łotysze już po pierwszej połowie wiedzieli, że tego meczu nie wygrają. W drugiej widzieliśmy całą 12-osobową rotację (oczywiście nie jednocześnie).  

Coś o finale?

Hiszpania-Litwa.
Litwa-Hiszpania. Taki był Twój skład finału tegorocznego EuroBosketu?
Mój nie. Typowałem Francję i Serbię a ci tymczasem zagrają tylko o brąz.
Tak, sport lubi bywać nieprzewidywalny ale przecież za to go kochamy.
Taki finał nie jest sensacją. Być może nawet nie niespodzianką ale jeśli
już, to małą. Obie drużyny są doświadczone na międzynarodowych
imprezach, obie prowadzone są przez wielkich trenerów, w obu nie brakuje
talentu.
Gdy ponad dwa tygodnie temu, na lotnisku w Brukseli, zastanawiałem się, jak może wyglądać ten turniej, pisałem że Litwinom, by wygrać grupę D, wystarczyłoby
przejechać
się Żukiem po Wilnie i zebrać 12 chłopaków z przystanków autobusowych. Grupę wprawdzie wygrali ale nie bez problemów. W niektórych meczach
sami wyglądali, jakby ktoś niedawno ściągnął ich, gdy czekali na
autobus.

Ale Litwa to taka właśnie turniejowa drużyna, która rozkręca
się wraz z postępującymi kolejnymi meczami. Rozmawiałem o tym wczoraj z
Mindaugasem Kuzminskasem. Ten tylko uśmiechnął się szeroko gdy
przypomniałem mu ich męczarnie z Ukrainą i Estonią oraz porażkę z Belgią.
Dziś po dojściu do finału nie znaczy to nic.
Tak samo jak nic nie znaczy to, że Hiszpanie byli w pewnym momencie jedną nogą na wylocie tego EuroBasketu już po fazie grupowej.
Wybitne drużyny koszykówki poznasz po tym, jak kończą turnieje, nie jak je zaczynają.
Dumna
Hiszpania przyjechała tu wygrać. I taki był plan od samego początku,
mimo kadrowych i zdrowotnych braków. Oczywiście, z szacunku dla rywali,
nauczeni doświadczeniem lat poprzednich, pokorniejsi, nie mówili tego
tak głośno, jak choćby rok temu kiedy szykowali się pobić na własnej ziemi samych Amerykanów. 

To będzie piękny finał. Jestem
tego pewny. Obie drużyny są do siebie podobne – swoją boiskową tożsamość
kształtują na bronionej stronie parkietu. W obu przypadkach jest to
defensywa przez duże D. Niektóre ekipy świetnie się ogląda, gdy punktują
(Włochy, Grecja). Litwinów i Hiszpanów można jeść łyżkami, gdy duszą
swoich rywali, odcinają im największe atuty. To jest obrona, która żyje,
która ukierunkowuje przeciwnika, niejako narzuca mu co ma grać – i nie jest to nic, co sobie zakładał.
W ataku ten charakterystyczny extra, extra pass. To jest niemal spursowskie dzielenie się piłką. To jest piękne.
 
Coś o meczu o brąz?
Medal jest medalem. Zwycięstwo smakuje zawsze przyjemnie. Zdaje mi się, że kiedyś o tym pisałem. Jeśli nie, to rozmawiałem o tym setki razy. Dla mnie brąz w tego typu rozgrywkach jest lepszy, niż srebro. Pomijam kwestie prawno-organizacyjne (automatyczny awans na Igrzyska dla finalistów). Srebro dostajesz za przegrany finał i tak zazwyczaj patrzysz na ten medal, gdy po latach kurzy się wśród innych trofeów. Brąz musisz sobie wywalczyć bo druga drużyna też go chce.
Liczę, że obie ekipy po małej przerwie, pojawią się na parkiecie odbudowane psychicznie i głodne gry. Oba składy dobrze znacie więc dobrze wiecie, że o talent i potencjał tego starcia możemy być spokojni. Chcę zobaczyć walkę na parkiecie i piękną atmosferę na trybunach. Może w końcu z lodówki wyjdzie Parker i razem z Teodosicem stworzą historyczne widowisko. Mecze o brąz też potrafią być niesamowite.

Patrzcie kogo można spotkać w Lille. Rafał ‘Lipek’ Lipiński i Dmitry ‘Smoove’ Krivenko! Mimo g**anej piłki (tak, chodzi o turniejową meczówkę – obaj to przyznali), chłopaki dali niezły show. Biali potrafią skakać! Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę po ich występie.

Lipek chciałby Wam coś powiedzieć:

   

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.