Fiński basket? Owszem, tak…

Pogłoski o mojej śmierci były przesadzone – jak mawiał klasyk gatunku. Niestety moja aktywność na moim własnym blogu spadła ostatnio do poziomu aktywności Chrisa Bosha na bronionej tablicy. Robię to, robię tamto, bywam tu, bywam tam i brakuje mi czasu żeby dać ujście temu, o czym aktualnie myślę w odniesieniu do tematów, które można by tu poruszyć. Okrutna prawda jest jednak taka, że gdybym zwalczył swoje chroniczne lenistwo to częstotliwość wpisów wcale nie musiałaby być tak mała. Tego sobie i Wam życzę….
Ostatnie (prawie) dwa tygodnie spędziłem w Finlandii. W doborowym gronie sędziowskim miałem wielką przyjemność sędziować oraz niezmiernie miło spędzać czas podczas koszykarskiego turnieju w Espoo. Po zakończeniu rozgrywek zakotwiczyłem na tydzień w innej części tego przepięknego kraju, w miejscu o którym kiedyś tu pisałem, miejscu memu sercu niezwykle bliskie.
Korzystając z okazji, że fińskie klimaty znów mam na świeżości oraz z faktu, że Finowie awansowali do drugiej fazy Mistrzostw Europy na Liwie chciałem opowiedzieć o czymś, co kiedyś mnie zszokowało, o czymś z czego wielu fanów światowego basketu nie zdaje sobie sprawy. Otóż w Finlandii gra się w koszykówkę…i gra się w nią chętnie i poprawnie.

Skłamałbym gdybym powiedział, że w krainie reniferów kosze wiszą na każdej stodole a w codziennych rozmowach między ludźmi w co trzecim zdaniu poda słowo "koripallo". Aż tak nie jest… ale i tak jest lepiej niż może się wydawać.
Mówisz Finlandia – myślisz fiordy, renifery, eksportowy napój z procentami czy Karjalanpiirakk. A koszykówka? Raczej nie bardzo. Hokej – tak, sporty zimowe – jak najbardziej, piłka nożna – też, innebandy – a jakże.
Kiedy pierwszy raz sędziowałem turniej w Finlandii też byłem w szoku widząc poziom jaki prezentują zawodnicy i zawodniczki. Nie mówię o powalających na kolana talentach (choć i takie się zdarzają) lecz o zdrowej, drużynowej grze z bardzo dobrym przygotowaniem taktycznym, technicznym, motorycznym i kondycyjnym.
Przygotowany byłem, że błędów w niektórych meczach może być więcej niż punktów, szykowałem się na pomoc w ‘obstawieniu trumny’ przy rzutach osobistych i… pozytywnie zostałem zaskoczony. Nie robiłem w tym kierunku żadnych badań ale przy pomocy ‘gołego oka’ czyli własnych obserwacji stawiam tezę, że fińscy gracze w kategoriach wiekowych od żaka do późnego kadeta a może nawet i juniora są lepiej przygotowani taktycznie, technicznie i ze znajomości przepisów gry niż ich polscy odpowiednicy.
Czemu zatem nie ma to potem przełożenia na dorosły basket?
Zadałem to pytanie dziesiątki raz fińskim trenerom, sędziom i działaczom. Odpowiedź jest trochę złożona ale zawsze taka sama.
Po pierwsze w Finlandii nie ma tradycji koszykarskich i tak na dobrą sprawę tu się zaczyna i kończy cały ten problem. Każdy kto był w Finlandii, ten wie że obiektów do regularnego, profesjonalnego trenowania nie brakuje nawet w maleńkich wioskach, które mogłyby zawstydzić niejedno polskie miasto. Jak łatwo się domyśleć nie brakuje też nakładów na szkolenie młodzieży a skoro tak to młodzież gra i to całkiem nieźle. Problem pojawia się w momencie podejmowania życiowej decyzji, kiedy junior wchodzi w wiek i etap seniora i powoli musi zacząć myśleć albo o zawodowstwie albo innej drodze i ku rozpaczy fińskich trenerów w wielu przypadkach spore talenty nie widząc dla siebie przyszłości w koszykówce w tej części świata, decydują się na przejście do innego sportu póki jeszcze są na tyle młodzi by w miarę sprawnie przekwalifikować się np. na sporty zimowe (które często trenują równolegle z koszykówką).
Nie każdy może wyjechać na studia do USA, nie każdy na etapie juniora zostanie wypatrzony przez skautów najmocniejszych europejskich lig i nie każdy dostanie z rodzimej ligi kontrakt, który zapewni bezpieczną przyszłość ale za to prawie każdy kto zdecyduje się na tym etapie wyskoczyć z pociągu z napisem "koszykówka", ten w większości przypadków znajduje ciekawe zajęcie w sporcie lub poza nim . Logiczne jest więc wybranie bezpiecznego scenariusza dla młodego koszykarza, który nie chce ryzykować.
Liga cieszy się dość sporym zainteresowaniem, w wielu drużynach można spotkać solidnych Amerykanów (także i w niższych klasach rozgrywkowych) ale w wielu przypadkach gracze do swoich sportowych zarobków muszą dodać też pensję z ‘regularnej’ pracy.

Z obecnego składu Finów, walczących w ME, pierwszy raz od 16 lat (kilka dni temu odnieśli swoją pierwszą od ponad 30 lat wygraną w imprezie tej rangi, potem drugą i wywalczyli awans) pięciu graczy występuje w rodzimej lidze przy czym dla 35-letniego Hanno Mottoli, który ma za sobą występy zarówno w NBA jak i najsilniejszych ligach europejskich, gra dla Torpan Pojat Helsinki to raczej aktywny wypoczynek niż coś większego (choć liczby z ostatnich 2 sezonów ma całkiem niezłe).
Jutro o 18.00 Finowie zetrą się z Rosjanami. Skoro w turnieju nie ma już naszych może warto przelać trochę kibicowskich emocji i sympatii na kogoś innego?


1but.pl -> Aż 240 modeli butów do kosza -> Zobacz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.