Kobe Bryant ma 40 lat

Gdzieś w Los Angeles, a może na jakimś luksusowym jachcie zacumowanym w pocie w Monako, albo jeszcze gdzieś indziej, w równie pięknych okolicznościach przyrody, Kobe Bryant zdmuchnie dziś 40 świeczek z urodzinowego tortu. Takie okrągłe rocznice są zawsze dobrą okazją, żeby powspominać i podyskutować. Z Bryantem nie udało mi się porozmawiać na żywo, choć byłem na wyciągnięcie dłoni od niego. Ale za to złapałem jego podanie! Tak, Kobe podał piłkę!

NBA przygotowała 40 najlepszych zagrań Kobe’ego. Oto one:

Ja z kolei postanowiłem przypomnieć swoje trzy teksty na temat Czarnej Mamby. Ale zanim to zrobię, dodam też kilka słów, które powstały teraz. Żeby nie było, że wkleiłem trzy stare teksty, dorzuciłem film od NBA i tyle mojej pracy. Zatem:

– To nie jest prawda, że trzy mistrzowskie tytuły w latach 2000-2002 dał Lakersom, i Bryantowi przy okazji, Shaq. Nie zrozummy się źle. Shaq był dominatorem w każdym z tych trzech Finałów z Pacers, 76ers i Nets. Ale nie można zapominać o tym, że Kobe też miał coś do powiedzenia w tych seriach, że był bardzo ważnym elementem każdej z tych ekip. Nie zapominajcie, że dominator Shaq przegrał Finał 1995 roku z podstarzałymi Rockets. Nie zapominajcie, że rok później, również w czterech meczach przegrał Finał Wschodu z Bulls Jordana. Owszem, Shaq dominował, ale twierdzenie, że był on i długo, długo nic, jest błędne.  Kobe produkował z Nets prawie 27 punktów na mecz plus 5.8 zbiórki, 5.3 asysty, 1.5 przechwytu. 51% z gry, 54% zza łuku, 80% z linii. Z 76ers 24.6 punktu, 7.8 zbiórki, 5.8 asysty, 1.4 przechwytu. Z Pacers, statystycznie odstawał od Shaq’a, to fakt, ale za to miał świetny mecz na 3:1 w serii.  

– Lakers, z lat 2004-2007 byli słabi. Raz nie weszli do play-offs, dwa razy odpadali w pierwszej rundzie. Obarczanie winą Bryanta za taki stan nie jest logiczne. W rotacji tamtych Lakers grali tacy ludzie jak Chris Mihm, Jumaine Jones, Brian Cook, Smush Parker, Kwame Brown i inni mniej lub bardziej egzotyczni ludzie. Z tym składem nie dało się więcej. Ta cytryna nie mogła być wyciśnięta jeszcze bardziej. Kobe nie był temu winien. Zrozum to. 

– Na rozgrywki 2014-15 oraz 2015-16 podpisał z Lakers kontrakt warty blisko $50 mln. Był to ruch z wielu stron krytykowany. Że Kobe związał Lakersom ręce, jeśli chodzi o płynność finansową, że powinien był wziąć mnie, że to, że tamto. Po pierwsze, Lakers nadal mieli pieniądze na gwiazdy. Jasne, gdyby Kobe zagrał za symboliczny milion, to pieniędzy byłoby jeszcze więcej, ale faktem jest, że w klubowej kasie były pieniądze na wolnych agentów. Ci jednak, z różnych przyczyn, się nie pojawili. Nawet gdyby przyszli, nie było gwarancji, że Lakers by coś wygrali. To były pieniądze za zasługi. Może się to ludziom nie podobać, ale są i takie kontrakty w NBA (i nie tylko). 20 lat w organizacji, pięć tytułów, wiele niezapomnianych chwil. Lakers chcieli mu tyle zapłacić i tyle mu zapłacili. Gdyby w NBA nie było salary cap, to największe gwiazdy zarabiałby po $60-$80 mln za rok. Sprawdźcie sobie efekt Ronaldo w Juventusie. Takie inwestycje (kontrakty) się zwracają bardzo szybko i jeszcze szybciej zaczynają na siebie zarabiać. Kobe wziął tyle, ile ktoś chciał mu dać i wszyscy na jego miejscu zrobilibyśmy to samo.

– Ostatni rok Bryanta, to był przaśny cyrk? Może i tak, ale Kobe nie był pierwszym, który miał swój farewell tour w NBA. Tylko, że kiedyś nie było tak mocno rozwiniętych platform społecznościowych, więc nie mówiło się o tym aż tak dużo. Kareem pozdrawia. Ostatnie dwa lata Kobe’ego w NBA zbiegły się w czasie z latami, w których Lakers tankowali. Po części z tego powodu, wyglądało to tak, jak wyglądało. Kobe włożony do drużyny walczącej wtedy o tytuł, byłby nadal produktywny. 

– Różne zaawansowane statystyki przekonują, że Kobe wcale nie był taką kąsającą Czarną Mambą. Że zawodził, że pudłował. Cóż, według statystyk, to Steve Kerr jest najskuteczniejszym strzelcem zza łuku w historii NBA. To teraz mi powiedz, komu dasz piłkę, żeby Ci wygrał mecz w ostatnim rzucie – jemu czy Stephowi (czwarty na tej liście)? Zaawansowane statystyki uwielbiają Chrisa Paula. Według wielu z nich CP3 jest historycznie jednym z najlepszych koszykarzy w historii NBA. Opowiedz mi teraz o serii Clippers-Thunder z 2014 roku oraz paru innych później. Opowiedz mi o tym, ile razy CP3 grał w Finałach. Ludzie, oglądający dziś NBA są mądrzejsi, bardziej cwani, analityczni. To znaczy, tak im się wydaję, bo w końcu są na bieżąco z zaawansowanymi statystykami.

To tak na szybko, na bazie ostatnich rozmów, podcastów, twitterowych wymian.

A dalej historia.

14 kwietnia, 2016 roku, napisałem o ostatnim meczu Kobe’ego.

„What can I say? Mamba out!”

Mówienie o poszczególnych match-upach, selekcji rzutowej, przechodzeniu nad lub pod zasłoną, skutecznościach w kontekście TEGO meczu, byłoby tak niestosowne, jak pierdzenie czy bekanie na pierwszym wspólnym obiedzie z rodzicami Twojej dziewczyny. Wybacz mój język.
Kobe zszedł z parkietu, w koszulce Lakers, jako gracz NBA i już nigdy (?) w tej roli go nie zobaczymy.
Byliśmy świadkami historii, która tworzyła się na naszych oczach. Dziś możesz mlaskać, że przesłabi to byli Lakers, że Jazz już wiedzieli, że nie mają szans na play-offy, że to, że tamto. Za parę lat sięgniesz pamięcią i będziesz jednak dumny z tych wspomnień. „A widziałeś, jak Kobe w swoim pożegnalnym meczu, rzucił 60 punktów? Ja widziałem. A Ty spałeś!”
Jeśli nie mieliście zaszczytu oglądać na żywo grającego Jordana, to tam jest Wasz Jordan. O tam. Kobe był Jordanem tego pokolenia.

Istniało mocno uzasadnione ryzyko, że będzie to mecz-benefis Bryanta.
Spudłowane rzuty.
Piosenka.
Straty.
Kieliszek wódki.
Trash-talk z celebrytami.
Wiersz.
Kurtyna.

I tak to wyglądało po pierwszej połowie. 15 punktów przewagi Jazz bez niczego specjalnego w ich wykonaniu. Wyglądało na to, że Kobe chce przeforsować swój, jak zakładałem, plan zdobycia przyzwoitej liczby punktów, bez względu na środki. Wiadomo – ostatni mecz w karierze.

Nie spałem tej nocy. Mam już swoje lata a nadal przeżywam to tak samo, jak w dziewięć trzy. Myślę, analizuję. Nosi mnie. Co noc rozpakowuję prezenty.

Spodziewałem się czegoś pod 20-25 punktów na wstydliwej skuteczności (k…, mieliśmy nie używać tego słowa na „s”) no i rzecz jasna porażki Lakers.

Wstałem, od komputera, pogrzebałem w lodówce, pogrzebałem w komórce. Znów wróciłem do lodówki. Położyć się? Iść pod prysznic? Spróbować odzyskać życie? Wtem…popłynął strumień świadomości. Joyce i Beckett byliby dumni.
Stop…
W tekście o Kobe Bryancie, właśnie pojawili się Joyce i Beckett. Tego się nie spodziewaliśmy.
Nie, nie zażywam narkotyków ani twardych ani miękkich ani żadnych innych. Stronię od procentów. Jeśli już musisz wiedzieć.

Ta myśl. On rzucił 60 punktów. Sześćdziesiąt. Sześć dych.
Czy to nie jest coś, jak tamte 81 minus zerwany Achilles, minus zniszczony bark, minus zajechane kolana, minus operacje, minus cały ten dodatkowy kilometraż? Ja myślę, że tak. To był jeden z tych występów.

23 punkty w czwartej kwarcie z 35 Lakers. Ale nawet w niej, do pewnego momentu, wydawało się, że Kobe chce po prostu wykręcić jakiś konkretny numer. Miał 37, chciał iść po 40. Miał 40, chciał iść po 50. Zwycięstwo wyglądało jak bardzo dalszy plan. Na palcach, prawdopodobnie, jednej dłoni można by policzyć posiadania Lakers, w których Kobe nie dotykał piłki. Jazz mieli bufor przewagi 8-11 punktów. To i tylko to mogło być historią tego meczu.
Ale byliśmy przecież w Hollywood. To nie miało prawa tak się skończyć.

Były niespełna 4 minuty przed końcem tego, wtedy jeszcze, benefisu. Kobe spudłował kolejny forsowany rzut. Trevor Booker zadunkował, potem Gordon Hayward trafił jeden rzut osobisty. Zrobiło się  94:84 dla Jazz na 3:19 min. do końca. Niecałą minutę później 96:86. Pasowało wpuścić w przerwie Vince’a Cartera, żeby pokazał „it’s over, it’s over.”

A tymczasem – dwa razy z linii, layup, rzut z 5 metrów i potężna trójka. Wszystko Kobe, rzecz jasna. Jazz nic. Zrobiło się 96:95 dla Utah. Potem znów pudło gości. I to już w tamtym momencie nie mogło się skończyć inaczej. Na 31 sekund przed końcem Kobe dał Lakersom prowadzenie, którego już nie oddali. Rzutem w swoim mambowskim stylu, rzutem o którym ja i Ty wiedzieliśmy, że będzie dobry, na długo przed tym, jak został oddany, nawet na długo przed tym jak Kobe dostał piłkę. To było coś pięknego. Wzruszyłem się. Jack Nicholson nie zagrałby tego lepiej. Jay-Z, Kendrick Lamar i Snoop nie zarapowaliby tego lepiej, David Beckham nie wkręciłby tego lepiej pod poprzeczkę , Vanessa Bryant nie umieściłaby tego lepiej na Instagramie, Gary Vitti nie obandażowałby tego lepiej. Nie.
Shaq poprosił go parę tygodni temu o 50 punktów w tę ostatnią noc. A ten sk..iel poszedł po 60.

„What can I say? Mamba out!” Cięcie…

 

Z kolei 30 listopada 2015 napisałem coś w rodzaju pożegnalnego listu, gdy Kobe oficjalnie rozwiał wątpliwości i oświadczył, że sezon 2015-16 będzie jego ostatnim w karierze.

Żegnaj Kobe!

„This season is all I have left to give.
My heart can take the pounding
My mind can handle the grind
But my body knows it’s time to say goodbye.” – Kobe Bryant, 29.11.2015.

Nie lubiłem Cię w 1996 roku, jak trafiłeś do NBA. Byłeś za cwany, za krnąbrny, za gówniarz, żeby tak się zachowywać. Ja wtedy uważałem i nadal uważam, że na prawo do mówienia i robienia tego, co się chce, trzeba sobie zapracować. Świat pełny jest, i wtedy też już był, papierowych królów, sztucznie kreowanych idoli, pozerów, ludzi bez grama pokory do życia i do innych. Myślałem, że jesteś jednym z nich. Myślałem, że będziesz gwiazdką paru sezonów, która wpadła Davidowi Sternowi w ręce akurat u zmierzchu kariery Jordana. Nie podobała mi się narracja, według której Ty byłeś namaszczany na jego następcę. Nie podobało mi się nazywanie Meczu Gwiazd w Nowym Jorku w 1998 roku symbolicznym, nieoficjalnym przekazaniem Ci pałeczki w lidze. Dla mnie to wszystko się odbywało za łatwo, za szybko, jakoś nie tak.

Wiesz, dwie dekady to szmat czasu. Ja byłem wtedy dzieckiem, ze swoimi dziecięcymi przemyśleniami, które wtedy wydawały mi się mądre i analityczne. Ale nie tylko ja myliłem się co do Ciebie. To były wyjątkowe czasy. Nie było jeszcze blogów, internet był zjawiskiem. Pamiętam, że już wtedy bywałem opiniotwórczy na szkolnych korytarzach. Żadna dyskusja o NBA (i nie tylko) nie mogła zostać zakończona, jeśli Karol nie powiedział, co myśli.

Wstyd mi teraz, że nie poznałem się na Tobie od razu. Jestem zły na siebie, gdy uświadamiam sobie, że zmarnowałem wiele z Twoich niezapomnianych momentów, patrząc na Ciebie przez pryzmat…no właśnie nie wiem jaki. Może to syndrom bycia sierotą po Michaelu Jordanie? Podświadomie, ja i mi podobni, nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że ktoś jest w stanie być tak blisko perfekcji Jordana. Irytowało nas, że nie tylko wyglądałeś jak M.J., mówiłeś jak M.J., grałeś jak M.J., zachowywałeś się jak M.J. – najgorsze było to, że doskonale zdawałeś sobie z tego wszystkiego sprawę…oraz z tego, że irytujesz tym ludzi.

Mówiłeś „zrobię to, to i to” – my dostawaliśmy białej gorączki. „On jeszcze nic nie osiągnął, żeby tak mielić jęzorem.” Ty wychodziłeś na parkiet i robiłeś dokładnie to, co zapowiadałeś. Kobe łobuzie!

Dziś wiem, wszyscy wiemy, że spotkał nas ogromny zaszczyt móc żyć w czasach Twojej świetności. Byliśmy świadkami narodzin legendy, największego jej blasku oraz powolnego zmierzchu.

Byłeś niezwykle rzadką kombinacją nieprzeciętnego, wręcz genialnego talentu, imponujących warunków fizycznych oraz maniakalnego etosu pracy.
Na przestrzeni lat Twojej kariery, przez ligę przewinęła się cała masa przebojowych graczy. Jednych zjadały kontuzje, inni swój wewnętrzny ogień gasili dolarami, drogim szampanem i kto wie czym jeszcze. Jeszcze inni byli gwiazdami tylko jednego czy dwóch sezonów. Ty dałeś nam dwie dekady basketu na elitarnym poziomie.

Mieć wyjątkowy mecz, jest w stanie prawie każdy z tych ponad 400 atletów. Mieć wyjątkowy sezon, jest w stanie wielu. Być na szczycie szczytów przez tyle lat, potrafią nieliczni.
Z talentem się rodzisz. Na całą resztę ciężko się pracuje. Ty byłeś szaleńcem w swoim perfekcjonizmie.

Mówią, mówią, mówią skończ karierę już teraz. Nie rozmieniaj jej na drobne. Steph Curry może spudłować następnych milion rzutów i nadal będzie miał lepszą skuteczność, niż Ty w tym sezonie.
J..ać to! J..ać ich!
Większość z nich nigdy nie miała piłki w dłoniach. Większość, pojęcie zmęczenia zna tylko w teorii.

Ty grasz mecz, myjesz się, jesz coś w biegu, wsiadasz do samolotu, próbujesz usnąć. Lądujesz w innej strefie czasowej, w innym klimacie. Zawożą Cię do hotelu. Chcesz odpocząć ale ciężko tak zasnąć na zawołanie. Jedziesz porzucać, myjesz się, jesz, wracasz do hotelu. Próbujesz znów usnąć. Jedziesz na mecz. Co wieczór musisz być Kobe Bryantem. Większość graczy w tej lidze może zagrać za 7 punktów, 4 zbiórki i 2 asysty. Ty jesteś Kobe Bryantem. Oni oczekują, że będziesz nim każdego wieczoru. I tak od kilkunastu lat. Oni nie myślą o tym…

Masz pięć mistrzowskich tytułów. Nikt Ci tego nie odbierze. Ci, co mówią, że trzy zawdzięczasz Shaq’owi nie znają się na koszykówce i kropka.
Tym, co mówią, że dwóch kolejnych nie zdobyłbyś bez Gasola i Odoma zaśmiej się w twarz. Tak, to prawda bo mistrzostw nie zdobywa się w pojedynkę. Nawet on nie zdobywał ich sam…

Rzuciłeś 81 punktów w jednym meczu! Oni nie wiedzą, że mógł to być najlepszy indywidualny występ w historii koszykówki. Oni mówią 100 punktów Wilta. Ilu z nich oglądało ten mecz z taśmy? Jest w ogóle taśma z tamtego meczu? Oni nie doczytali, że zegar w tamtym starciu Warriors z Knicks był prawdopodobnie nieprzepisowo zatrzymywany, gdy pojawiła się wizja pękającej setki. A nawet jeśli nie był, to tamten mecz sam w sobie po prostu był farsą.

Oni mówią, że nie podajesz a nie wiedzą, że w historii tej ligi tylko 28 zawodników, w większości wybitnych rozgrywających, ma więcej asyst, niż Ty.
Będą mówić, że byłeś przereklamowany, że byłeś taki i owaki. Będą mówić, że my którzy ustawiamy Cię tam, tam wysoko, nie znamy się koszykówce. Zapomnieli, że nie miałeś słabych punktów, gdy byłeś w najwyższej formie.

Ale to nieważne…

Pomyśl o tym w inny sposób. Zerwałeś ścięgno Achillesa, potem uszkodziłeś kolano, potem bark. Od lat latasz do Niemiec robić jakieś czary z kolanami. Masz 37 lat, grasz swój dwudziesty sezon w NBA…a oni cały czas oczekują od Ciebie, że będziesz kąsającą Czarną Mambą. Czy to nie jest dla Ciebie zabawne? Oceniają Cię według kryteriów, które stosowali pięć czy nawet dziesięć lat temu.
Większość z nich po miesiącu takiej presji, skończyłaby w gabinecie psychiatrycznym. Dla Ciebie to chleb powszedni, iskra, wyzwanie, żeby każdego ranka zmusić ciało do kolejnego poświęcenia na treningu a wieczorem do wejścia do wanny z lodem. Tak, w tym wieku, z takim przebiegiem, po tylu kontuzjach, przyjemność z gry w koszykówkę to już tylko i wyłącznie sfera mentalna. Dla ciała to tortury.

Od pyskatego gnojka do kogoś, kto doszedł do Michaela Jordana tak blisko, jak tylko to możliwe. Tak blisko, jak nikomu więcej się nie udało. To były niezapomniane dwie dekady! Żegnaj Kobe!

W trakcie minionego sezonu, w grudniu 2017 roku, napisałem też parę słów przy okazji ceremonii zawieszenia obu koszulek Bryanta pod dachem Staples Center.

Kobe Bryant uhonorowany przez Lakers. Mamba out!

Kobe Bryant byłby 94 strzelcem w historii NBA, gdyby zakończył karierę po dziesięciu latach gry w koszulce z numerem #8. Jeśliby, tylko statystycznie, wziąć pod uwagę jego drugą dekadę w lidze, w koszulce #24, Kobe byłby… 95 strzelcem w historii. To niesamowite, jak podobne, jak niemal lustrzane są te dwa dziesięciolecia w jego wykonaniu. Czasem zastanawiam się czy to nie było zamierzone. Statystycznie. Tylko statystycznie, bo jeśli chodzi o percepcję postrzegania, to w zasadzie mówimy o dwóch różnych postaciach.

Na pytanie czy Kobe powinien mieć zastrzeżone obie koszulki, moja odpowiedź brzmi tak, oczywiście. Gdyby karierę Bryana rozpatrywać osobno, w odniesieniu do tych konkretnych numerów, to każdy z nich miałby swoje silne argumenty za przyjęciem do Hall of Fame. W punktach 16866 do 16777, po osiem wyborów do All-Star Game, 3-2 w mistrzowskich tytułach. Młody Kobe był fizycznym wybrykiem natury, zabójcą na boisku, który nie uznawał półśrodków. Oderwanym od rzeczywistości, nie do końca zrozumianym i poznanym maniakiem, dla którego wygrywanie i doskonalenie swojego rzemiosła stało się szaleństwem życia. Tytanem ciężkiej pracy, którego niejednokrotnie, dla jego własnego dobra, trzeba było wyganiać z siłowni czy sali treningowej.

Star(sz)y Kobe to doświadczony profesor koszykówki, wizerunkowo cieplejszy, bliższy ludziom. Bardziej otwarty, dzielący się wiedzą i emocjami. Człowiek renesansu mówiący kilkoma językami. Filozof kwestionujący, pytający, poszukujący.  Biznesmen, filantrop, wizjoner, obywatel świata.

Fajne w tej wczorajszej ceremonii było to, że Kobe przyszedł do Staples Center bez zbroi, bez miecza, bez rękawic. Spokojnie. On doskonale zna swoje miejsce w historii. Już nikomu niczego nie musi udowadniać. Robił to przez dwadzieścia lat. Lubię ten jego motyw wędrówki, który pojawia się w jego wypowiedziach w ostatnich latach. Dojście do celu ma znaczenie, ale równie ważna jest sama podróż. To jest inspirujące, mimo że sam koncept może trochę wyświechtany. Inspirujące jest też to, że Kobe pokazał, że nie wolno bać się marzyć, że trzeba ustawić sobie wysoko poprzeczkę i ciężko pracować na swoje marzenia. Już jako młody gracz Lakers nakreślał starszym kolegom wizję swojej kariery, którą zakończy jako jeden z najlepszych w historii klubu. Wtedy brzmiało to, jak gadania przemądrzałego i zarozumiałego gnojka. Dziś wygląda to, jak idealnie zaplanowany i doskonale zrealizowany plan. 

Jeśli o mnie chodzi, to bliższy jest mi Kobe #24. Pierwszego nie lubiłem. Pisałem już kilka razy dlaczego. Przypomnę jeszcze raz poniżej:

Tata odszedł. W domu pojawił się nowy przyjaciel mamy. Miły, wszystko z nim było w porządku, nawet podobny był do taty, co było jednocześnie smutne i śmieszne. Był podobny, ale jednak nie ten sam. Starał się. Widziałem to. Chciał mnie kupić. Im bardziej chciał mi zastąpić tatę, tym bardziej miałem chęć dać mu w pysk i powiedzieć wyp…aj z mojego domu. Nie jesteś nim. Ale tata już nie wrócił. Wiedziałem to od razu jak odszedł. Choć wcześniej dwa razy odchodził i wracał. Tamten trzeci raz był tym ostatnim. Wiedziałem, że najwyższy czas się z tym pogodzić, ale cały czas odpychałem od siebie tę myśl.

Nowy zabierał mnie w różne miejsca. Nie powiem, nawet fajne to były miejsca. Ale przez wzgląd na tatę nie dawałem poznać po sobie, że mi się podobało. Nie mogłem, albo i nie chciałem w pełni docenić tego nowego. Bałem się, że w końcu zastąpi mi tatę. W końcu byli tacy podobni.

Mniej więcej tak przez, wstyd się przyznać, jakąś dekadę, wyglądał mój stosunek do Kobe Bryanta. Jako sierota po Michaelu Jordanie, nie cierpiałem go. Był za cwany, za dobry, za młody. Później zrozumiałem, że to właśnie on był Jordanem, dla pokolenia, które nie mogło oglądać tego pierwszego.

Zmarnowałem dużo czasu na nie czerpaniu w pełni z tego, co dawał przez lata Kobe. Czarował, bawił, zachwycał a ja byłem niewzruszony. Starałem się być. W sumie to już nawet nie pamiętam, kiedy mi się to zmieniło. Pamiętam tylko, że do znudzenia oglądałem jakąś jego akcję, w której podziwiałem pracę jego nóg. I to był błysk – przecież to jest Michael Jordan kolejnego pokolenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.