Miami Heat Mistrzami NBA!

Miami Heat pokonali San Antonio Spurs 95:88 w siódmym i (niestety) ostatnim meczu Finałów 2013.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/46/2008_NBA_Playoffs_Symposium_in_Taiwan_the_Champion_Trophy.jpg

To były świetne Finały! Nie wiem czy najlepsze, jakie pamiętam ale na pewno jeden z takich. Dla mnie, z przyczyn osobistych i pozasportowych emocjonalny i zapadający w pamięć był Finał 2008, gdy Celtics pokonywali Lakers. Dobre skojarzenia mam też 3peat Bulls, szczególnie tym drugim w latach 1996-98. Nie mam wątpliwości jednak, że ten Finał zostanie zapamiętany jako jeden z najlepszych jeśli nie ogółem, to na pewno w ostatnim 25-leciu.
Mieliśmy w nich wszystko, o czym mogliśmy marzyć jako kibice. Poukładany atak, twarda obrona, koszykarskie szachy, kontry, wsady, rekordy, trójki, straty, kontrowersyjne gwizdki (bez przesady), zmieniające się momentum.

W kontekście całej serii podopiecznym Gregga Popovicha nie zabrakło niczego, żeby wygrać ten Finał. Spurs mieli Heat na widelcu w poprzednim meczu. Ochroniarze już zabezpieczali parkiet, kibice opuszczali halę, David Stern szykował się do dekoracji. Wtedy pojawił się Jezus… to znaczy Ray Allen i jak się dziś okazało, nie tylko uratował tamten mecz i skórę LeBrona ale także dał Heat szansę na grę o tytuł, którą oni dziś wykorzystali. Game 7 to już inna historia. Te mecze rządzą się swoimi prawami. Na szczęście dla nas, obserwujących to widowisko nie mieliśmy powtórki sprzed trzech lat. Wtedy Lakers i Celtics zagrali jeden z najgorszych meczów, jakie oglądałem. Ze 154 rzutów oddanych przez obie ekipy ledwie 56 znalazło drogę do kosza (w tym 6/36 z dystansu). Dziś, tylko w pierwszej kwarcie obie strony czuły wagę meczu, potem było widowisko, do jakiego przez sześć wcześniejszych meczów mogliśmy się przyzwyczaić. Oczywiście, że było inaczej, intensywniej, z większym poziomem zdenerwowanie ale panowie i panie – to był mecz Best of 1, gdzie margines błędu nie istnieje.   
W tym konkretnym, decydującym starciu czynnikiem decydującym były straty. Spurs mieli ich za dużo
(14) a przy tak wyrównanym meczu najmniejsze detale robią różnice. Wprawdzie Heat tracili piłki częściej (16) ale jeśli można by było je zważyć, to te Teksańczyków były cięższe.
Na zaawansowanym etapie serii, gdy drużyny znają się na wskroś, trzeba czymś zaskoczyć rywala. Powtarzam to, ilekroć mogę.
Dziś, tym czynnikiem robiącym kolosalną różnicę był Shane Battier. 18 punktów (6/8 za trzy punkty) do tego 4 zbiórki, asysta, przechwyt i obroniona akcja przeciwko Duncanowi. Mogło być 90:90 a akcję później, po rzucie Jamesa zrobiło się 92:88. Nóż w serce. Tak, jak
rok temu różnicę swoimi siedmioma trójkami zrobił Mike Miller, tak teraz Battier wcielił się w rolę Jokera.  

Naprawdę żal przegranych. Mówiłem przed serią, że te Finały będą dla mnie wyjątkowe bo chyba pierwszy raz w swojej historii kibicowania mam całą listę powodów, dla których kibicuję obu ekipom. I tak było…
Ale prawda jest jednak taka, że gdzieś tam w głębi byłem za Spurs – prawdopodobnie pierwszy raz w życiu. Może było w stosunku 51% do 49% ale było.
Żal patrzeć na sfrustrowanego Duncana, żal było patrzeć jak piłka po jego rzucie, która mogła dać remis, wytacza się z obręczy. Żal było patrzeć jak mecz temu, piłka wyślizguje się z wielkich dłoni Leonarda, trafia do Millera a potem do LeBrona, który trafia za 3.
Gdyby Heat przegrali też byłoby szkoda pokonanych. Tak to już jest w tego typu seriach. Ktoś musi je przegrać i na koniec zawsze jest przykro.
Zanotowałem sobie parę rzeczy z tego meczu… ale jakie to ma znaczenie w tej chwili.
Heat w tym spotkaniu przypominali mi długimi momentami stylem Spurs. Dodatkowe podania, szukanie gracza na jeszcze lepszej pozycji.
Jadący na oparach Wade zagrał wielki mecz – 23 punkty, 10 zbiórek, 2 bloki, asysta i przechwyt.
Wade podkreślił po meczu, że musi dobrze odpocząć tego lata, nie planuje żadnej operacji (odpukał w niemalowane na to pytanie) i kazał wołać na siebie per "Trzy". My tu gadu gadu a Wade jest już trzykrotnym mistrzem NBA.
W końcu na miarę swoich możliwości zagrał LeBron James. Czasem ktoś mi
zarzuca, że jestem jego haterem. Nie jest to prawda. Ja tylko mówię, jak jest. Gdy gra dobrze, doceniam to a gdy nie to nie. Proste.
Dziś nie można było powiedzieć o jego występie ani jednego złego słowa. Przeciwnie. Był to jeden z jego lepszych meczów w play-offach jakie widziałem a przecież był to Game 7 Finałów.
37 punktów (12/23 z gry, 5/10 za trzy punkty, 8/8 z linii), 12 zbiórek, 4 asysty i 2 przechwyty. Przypieczętowujący rzut na 27 sekund przed końcem meczu akcję po tym, jak szansę na remis zmarnował T.D. był tylko wisienką na torcie jego całego występu. Parę minut później z rąk Billa Russella odebrał w pełni zasłużone MVP Finałów. 

Gdy LeBron James pojawił się na Florydzie, przekonywał że ten skład zbudowany jest po to, żeby zdobyć "nie jedno, nie dwa, nie trzy, nie cztery, nie pięć, nie sześć…" tytułów. Dwa mistrzostwa, szczególnie rok, po roku to już jest coś. Michael Jordan kiedyś powiedział, że jeden tytuł zdobywa przypadkiem a prawdziwe liczenie zaczyna się od drugiego. Sukces Heat oznacza trochę spokoju na Florydzie. Przegrane Finały oznaczałby prawdopodobnie potrzebę drastycznych zmian (Bosh?). Teraz Micky Arison, właściciel klubu będzie mógł spokojnie zastanowić się jak utrzymać ten skał w dobie nowych, bardziej rygorystycznych przepisów odnośnie wydatków. Będzie trudno utrzymać Wielką Trójkę (na warunkach finansowych, jakie by ich interesowały) ale teraz, gdy Wade, James i Bosh sięgnęli po dwa z trzech możliwych do zdobycia tytułów, pan Arison czystym sumieniem może sięgać głębiej do kieszeni i razem z Patem Riley’em dalej szukać możliwości wzmocnień.
Ale to daleka przyszłość…
Pogratulujmy Miami Heat, zostawmy teraz w spokoju San Antonio Spurs.
To był ciekawy sezon. Mimo, że nawet do pewnego stopnia
przewidywalny (:D) to był w tym swoisty urok.
Serdeczne dzięki za odwiedzanie mojego bloga, komentowanie i motywowanie mnie do pracy.
Nie wiem jak Wy, ale ja już tęsknię…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.