(Nie)święci z NBA

W ostatnią środę, w okolicach czwartej nad ranem z klubu 1Oak Club w Nowym Jorku wyszedł Chris Copeland z Indiany Pacers. Jego drużyna zjawiła się w mieście by kilkanaście godzin później zagrać mecz z Knicks.
Jak to czasem, by nie powiedzieć zwykle, bywa przy tego typu okolicznościach, rozmowa o wszechświecie na niezwykle wysokim poziomie z przypadkowym gościem, przerodziła się w ostrą wymianę zdań. Czasem, gdy żadna ze stron nie może przekonać drugiej do swoich racji, kończy się to tak, że ktoś komuś musi dać w mordę. Nie jakąś tam przysłowiową mordę tylko taką prawdziwą, która potem ma zwyczaj puchnąć i boleć.
 
W tym przypadku było inaczej – gorzej. Anonimowy gość był jeszcze na tyle przytomny by zdać sobie sprawę, że w walce wręcz raczej nie ma szans z rosłym i silnym graczem NBA… więc sięgnął po nóż.
31-letni Copeland został przewieziony do szpitala z ranami w okolicach brzucha, ze złamanym żebrem, łokciem, poranioną dłonią oraz uszkodzoną przeponą. Skrzydłowy Indiany jest już po operacjach. Jego życiu na szczęście nie zagraża niebezpieczeństwo. Wczoraj zwolniono go ze szpitala. Dodatkowo w całym zajściu ranna została też dziewczyna Copelanda.

Tej samej nocy, w tym samym klubie bawili się inni zawodnicy NBA. Byli to Pero Antic i Thabo Sefolosha. Ich Hawks mieli kilkanaście godzin później zagrać na Brooklynie z Nets.
Obu aresztowała policja (póki co trwa śledztwo w tej sprawie i nie wiadomo czy zajście z Copelandem należy łączyć z tym) obaj stawiali opór. Sefolosha (prawdopodobnie) w wyniku szamotaniny z policją doznał złamania stopy oraz kości strzałkowej prawej nogi. Rzecz jasna oznacza to dla niego koniec sezonu.

Słyszę ludzi, którzy grzmią. Grzmią jak niebo w te letnie, upalne wieczory, gdy zbiera się na burzę. To takie słodkie.

Niektórym, z jakiegoś powodu, wydaje się że koszykarz NBA zaraz po obejrzeniu głównego wydania wiadomości, powinien wyłączyć telewizor i iść spać. A najlepiej jakby oglądał je w piżamie, już w łóżku.

Rozmawiamy o pieniądzach, jakie zarabiają zawodnicy NBA ale bądźmy szczerzy – to jest dla przytłaczającej większości z nas taka sama abstrakcja jak lot na Marsa.
O wydawaniu milionów dolarów, o życiu na takim poziomie, możemy poteoretyzować jak o eksplorowaniu "Czerwonej Planety".

Ten zawodnik zarabia $20mln za sezon, tamten 15, inny 7 i pół i jest trochę przepłacony. On ma przyjazny kontrakt, będzie łatwo nim handlować albo go wykupić. Te wszystkie miliony dolarów w codziennej dyskusji o NBA to tylko liczby. Jak się zastanowimy nad tym dokładniej, to wyjdzie nam, że dla bardzo wielu ludzi na przestrzeni całego ich życia tenże głupi milion dolarów, to suma nieosiągalna. Nie mówię tylko o posiadaniu na koncie miliona dolarów amerykańskich lub jego równowartości. Mówię o zarobieniu tej sumy przez całe życie.

Spójrz. Dolar w tej chwili wart jest ok. 3.80zł. Załóżmy, że zarabiasz $1000 miesięcznie. Po roku pracy masz dopiero $12000. Po dziesięciu latach $120000. Pułap miliona, przy tych zarobkach, osiągasz po…83 latach pracy! A przecież powyższe wyliczenie nie uwzględnia kosztów życia.
3800zł na miesiąc to całkiem niezła pensja w Polsce. Znam wielu, którzy pracują za połowę tego. Jeśli zarabiasz 2,3 czy nawet 4 razy więcej, to na swoją bańkę też musisz trochę poczekać.

Historii o bardzo lekkich rękach graczy NBA do wydawania pieniędzy jest prawie tyle co pieniędzy, które wydali.
Antoine Walker gdy grał w Miami zwykł wydawać koło $20000 na kolacje dla siebie i swojej kilku-kilkunastoosobowej świty.
Allen Iverson miał zwyczaj rozrzuać – poprostu rozrzucać – w klubach koło $30000-$40000 w powietrze. To tylko dwie historie z brzegu.   

Więc jeśli już ustaliliśmy, że rozmawiamy o garstce szczęściarzy, którym udało się grać w koszykówkę, za kosmiczne (marsjańskie?) pieniądze, porozmawiajmy teraz o tym, czego od nich wymagamy z racji tego, że są tak bogaci.

Być może zawodowy koszykarz nie powinien być w klubie o 4 nad ranem, gdy tego samego dnia gra mecz. Być może.
Ale czy w związku z tym to oni są tymi, których trzeba winić?
Jakiś bandzior wyjął nóż i omal nie zadźgał Copelanda a Ty chcesz mi powiedzieć, że pierwszą myślą jaka przychodzi Ci do głowy jest myśl typu – "nie powinno go tam być o tej porze."

Życie koszykarza NBA jest trochę inne niż życie przeciętnego człowieka. Pomijam sfery finansowe bo te już wzięliśmy na warsztat.
Przylatujesz późnym wieczorem do jakiegoś miasta na mecz zaplanowany na następny dzień. Kilka lub kilkanaście godzin wcześniej grałeś mecz u siebie lub w innym obcym miejscu. Zakwaterowałeś się w hotelu. Jest późno ale jeszcze nie zjadłeś. Ileż można zamawiać pizzę do pokoju? Idziesz coś zjeść na miasto, chcesz się też zwyczajnie przewietrzyć. Suma sumarum lądujesz czasem w jakimś klubie. Naprawdę nie trzeba być milionerem, żeby być zaznajomionym z tego typu scenariuszem.

Zwykle nie zaprzątamy sobie tym głowy ale w całej tej odmienności oni są tacy, jak wszyscy – męczą się, nudzą, są ciekawi świata i tak, lubią się zabawić i tak, mają hajs, żeby bawić się przez duże B. Rozejrzyj się wokół swoich dwudziestoparoletnich kolegów – ilu z nich nie chciałoby skorzystać z uroków życia gwiazdy NBA? Ilu z nich oparłoby się pokusie?
Liga to nie obóz harcerski. Nie ma sprawdzania pokoi, nie ma godziny policyjnej. Każdy jest profesjonalistą do tego stopnia jaki uważa za potrzebny. Życie później wszystko weryfikuje – jedni utrzymują się w NBA kilkanaście lat, inni zaledwie kilka. Taka naturalna selekcja.
Im szybciej zrozumieją, że ich ciała są ich narzędziami pracy, i że sportowcem się jest (lub nie) a nie tylko bywa, tym dłuższa i owocniejsza będzie ich kariera. Jest to jednak wiedza zdobywana głównie metodą prób i błędów mimo, że liga organizuje dla młodych graczy szkolenia na temat unikania kłopotów związanych z ze sławą i nadmiarem pieniędzy.

Nie potępiam Copelanda za to, że wyszedł na miasto. Nic mi do tego. Mam gdzieś, że Antic i Sefolosha zrobili to samo. Nie jestem ani zdziwiony, ani zszokowany ani zniesmaczony. To, co zawodnik NBA robi poza parkietem to jego sprawa. Jeśli coś mnie tu dziwi, szokuje i zniesmacza, to niektóre reakcje niektórych ludzi na tę sprawę.

Pamiętacie "aferę" sprzed roku, kiedy Marcin Gortat zaparkował swoje Porsche w niedozwolonym miejscu na jednej z ulic w Warszawie?

Napisałem wtedy: "Dlaczego wymagamy od sportowców, aktorów, muzyków i
innych szeroko rozumianych celebrytów, żeby zachowywali się idealnie,
żeby nasze dzieci mogły się na nich wzorować?

Ja dzieci jeszcze
nie mam ale jeśli kiedyś będę miał to szczęście, żeby je mieć, to
postaram się sam być dla nich wzorem do naśladowania. Ja sam spróbuję
wpoić im wartości, które uważam za ważne w życiu.

Chcę się
wzorować na koszykarzu NBA, gdy jest na parkiecie i w niedościgniony
sposób uprawia ten sport, chcę słuchać muzyki, którą grają moi ulubieni
wykonawcy, chcę oglądać filmy z moimi ulubionymi aktorami w rolach
głównych. Tylko i aż tyle.

Nie zapytam ich jak żyć, nie poproszę o
wychowanie mi dzieci, nie zdziwi mnie gdy zobaczę ich źle parkujących
samochody, pijących alkohol, gadających głupoty. Oni są też tylko ludźmi
– jak my. Moje zainteresowanie nimi kończy w momencie, gdy schodzą z
parkietu, ze sceny, z desek teatru.

Marcin Gortat (i inni znani
ludzie) robi wiele różnych rzeczy przez 365 dni w roku. Wchodzimy z
aparatami i kamerami w jego życie, gdy tylko powinie mu się noga. O ile
tak można nazwać złe parkowanie.

Niektórzy twierdzą, że ludziom
znanym podświadomie pozwalamy na więcej bo są znani. Ja to widzę
inaczej. Dokładnie odwrotnie.  Właśnie dlatego, że są znani oczekujemy
od nich postaw, których sami nie bylibyśmy w stanie utrzymać. My ludzie,
których wyobraźnię co do fizycznych działań, ograniczają małe i średnie
budżety.

Staramy się umoralniać tych, którzy w sferze materialnej mogą prawie wszystko. Na jakiej podstawie dajemy sobie takie prawo?[…]

Czy
chorobliwą zazdrość i własne niedoskonałości leczymy wytykaniem błędów u
osób z pierwszych stron gazet? Błędów, które znamy aż za dobrze? Lepiej
nam potem?"

Nie wiem czy wiecie ale opinia zarówno o Copelandzie jak i Sefoloshy jest taka, że to bardzo spokojni i poukładani ludzie.

Sytuacje w życiu rzadko kiedy są wyłącznie białe lub wyłącznie czarne. Zwykle mają jakiś odcień szarości i jest ich dużo więcej, niż tylko pięćdziesiąt. Lepiej więc nie nadymać się tak, nie napinać, nie udawać świętego i nie szukać świętości tam, gdzie nikt nie mówił, że będzie…
 
   
http://www.concordmonitor.com/csp/mediapool/sites/dt.common.streams.StreamServer.cls?STREAMOID=5LcVWAhZFnOeXBYEHHlaf8$daE2N3K4ZzOUsqbU5sYtGxkUJGemR1s$WE$BbC2UxWCsjLu883Ygn4B49Lvm9bPe2QeMKQdVeZmXF$9l$4uCZ8QDXhaHEp3rvzXRJFdy0KqPHLoMevcTLo3h8xh70Y6N_U_CryOsw6FTOdKL_jpQ-&CONTENTTYPE=image/jpeg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.