Przegląd graczy wybranych w drafcie przed Stephem Currym

19 grudnia, czyli dokładnie roku temu, w Madison Square Garden, Steph Curry trafił swoją 2974 trójkę w karierze, dzięki czemu stał się liderem wszech czasów pod względem największej liczby celnych rzutów zza łuku. Ale to tylko symbol. Ten rekord bowiem, prędzej czy później, by padł. W drodze do jego pobicia, przez lata znakomitej kariery, Steph Curry zapracował sobie na opinię najlepszego strzelca, jakiego ten sport widział. Kiedyś był to „hot take” pod płomienną dyskusję. Dziś jest to fakt, z którym ciężko dyskutować. Warto przypomnieć przy tej okazji, że przyjściu Curry’ego do NBA nie towarzyszyły fanfary. Mało kto w tym chudym i relatywnie niskim, jak na standardy NBA, chłopaku widział rewolucjonistę koszykówki. A po problemach i dwóch operacjach prawej kostki, mało kto przypuszczał, że fizycznie w ogóle będzie w stanie utrzymać się lidze. A jednak!
Stephen Curry był dopiero siódmym wyborem draftu 2009 roku. Poniżej lista zawodników, którzy zostali wybrani przed nim. Hasheem Thabeet? Jonny Flynn? Słyszeli państwo? Nie? To zapraszam!

1. Blake Griffin.
Nie można powiedzieć, żeby Los Angeles Clippers chybili z tym wyborem. Wprawdzie na swoją młodą gwiazdę musieli czekać cały rok (Blake, w jednym ze spotkań przedsezonowych, doznał kontuzji pęknięcia rzepki w lewym kolanie, przez co stracił debiutanckie rozgrywki), ale jak już go dostali, to cieszył ich oczy i radował serca swoimi podniebnymi zagraniami przez ponad siedem lat.
W tym czasie aż pięć razy wybierany był do Meczów Gwiazd oraz do składów All-NBA. Clippers przez sześć kolejnych lat awansowali do play-offów. Mimo że ani razu nie udało im się przebić do Finału Konferencji, to tamci Clippers byli silną ekipą, którą wymieniało się w gronie drużyn z mistrzowskimi aspiracjami. Griffin notował w ich barwach (504 mecze) po 21.6 punktu, 9.3 zbiórki, 4.2 asyst oraz 1 przechwycie. Ten wybór dość dobrze się zestarzał i broni się na argumenty. Tamten skład Clippers mógł, czy nawet powinien był sięgnąć po przynajmniej jeden mistrzowski tytuł.

2. Hasheem Thabeet.
Nie ma żadnego, absolutnie żadnego usprawiedliwienia dla Memphis Grizzlies, za wybór Thabeeta. On nie tylko nie miał prawa zostać wybrany przed Stephem, on nie miał też prawa być wybranym w ogóle w pierwszej rundzie draftu. Przepraszam, nie jestem dla niego za ostry. Takie są fakty. Grizzlies, do samego końca nie wiedzieli po kogo sięgną. Zarząd drużyny z Tennessee gorączkowo wydzwaniał po klubach NBA z propozycją odsprzedania „dwójki” za dwa wybory w dalszej części pierwszej rundy draftu lub za coś tego kształtu. Wybór Thabeeta był dosłownie oznaką paniki. Wtedy, w 2009 roku, mimo że liga szła już w stronę przebojowych obwodowych, powszechnym poglądem było przekonanie, że pozyskanie wysokiego zawodnika, niesie za sobą mniej ryzyka, że gracz podkoszowy, nawet jeśli nie będzie wielką gwiazdą, to poniżej pewnego poziomu nie zejdzie. A jednak. Mierzący 221 cm wzrostu Tanzańczyk, ostatecznie znalazł się poniżej nawet tych najniższych oczekiwań wobec niego. W NBA spędził tylko cztery sezony, wystąpił łącznie w 224 meczach. Swój najlepszy statystycznie sezon zaliczył w pierwszym roku gry dla Grizzlies. Jego średnie sięgnęły…3 punktów, 3.6 zbiórki oraz 1.3 bloku. Potem stał się swego rodzaju koszykarskim najemnikiem. Wzrost plus „dwójka” draftu NBA w koszykarskim CV, to coś, co było jego wizytówką. Thabeet grał w Japonii, G-League, na Tajwanie, a od tego sezonu w Chinach. 

3. James Harden.
Drugi i ostatni wybór tamtego draftu, który broni się w aspekcie sportowym. Sami Thunder nie wiedzieli z jakiej klasy talentem będą mieć do czynienia. Bo gdyby wiedzieli, to trzy lata później sięgnęliby głębiej do kieszeni, dali mu kontrakt, a nie transferowali do Rockets za przysłowiową czapkę gruszek. Po przenosinach do Teksasu pan brodacz eksplodował talentem. Dziewięć razy wybierany był do Meczów Gwiazd, siedem razy do składów All-NBA, trzy razy kończył sezon jako król strzelców. W 2012 roku sięgnął z kadrą Stanów Zjednoczonych po olimpijskie złoto w Londynie, a dwa lata później po tytuł mistrza świata w Hiszpanii. Wiele mówimy o strzeleckich rekordach Stepha, zresztą bardzo słusznie, ale nie zapominajmy, że Harden jest tuż za nim. W tej chwili jest trzeci na liście najlepszych strzelców za trzy punkty. Ma na koncie 2631 trójek. Do drugiego Raya Allena brakuje mu 342 trafień zza łuku.

4. Tyreke Evans.
Zaczął dobrze, skończył źle. Jego debiutancki sezon w Sacramento Kings okazał się być najlepszym w jego karierze. Notował po 20 punktów, 5 zbiórek, 5 asyst na mecz za co został wyróżniony nagrodą dla najlepszego debiutanta. Potem już nigdy nie było tak dobrze. Kontuzje, pozaboiskowe problemy (był zamieszany w morderstwo). Aż wreszcie, w maju 2019 roku NBA ogłosiła, że Tyreke Evans zostaje wyrzucony z ligi na dwa lata za pogwałcenie zasad programu antynarkotykowego. Od tamtej pory Evansa w NBA już więcej nie było. W marcu tego roku zaliczył dosłownie kilkudniowy epizod w drużynie Wisconsin Herd z G League, ale nic z tego nie wyszło.

5. Ricky Rubio.
Gdyby zestawić kariery w NBA Stepha i Richy’ego Rubio, to nie wiem czy znalazłby się choćby jeden argument za wyborem Hiszpana nad Currym. Choć w pierwszych latach ich karier, takie rozważania były jak najbardziej zasadne i całkiem ciekawe. W koszykówce FIBA Rubio wygrał praktycznie wszystko, co było do wygrania, ale w NBA był co najwyżej dobry. Nie wybitny, nie na poziomie All-Star, tylko zwyczajnie dobry. Z nim jako podstawowym rozgrywającym dało się wejść do play-offs, ale to był raczej sufit jego możliwości drużyn z nim jako podstawowym rozgrywającym. 11 punktów, 4 zbiórki, 7 asyst za całą karierę, to nie jest nic. Ale to też nie jest coś, co zapisze się wielkimi literami w annałach tej ligi.

6. Jonny Flynn.
Wybór Rubio, w zestawieniu z Currym, nie broni się na argumenty, ale też raczej nie należy rozpatrywać go w kategoriach sportowo-biznesowych kompromitacji. Wybór Jonny’ego Flynna już tak. To wielka porażka i kompromitacja klubu z Minnesoty. Nie tylko w zestawieniu ze Stephem, ale tak ogólnie. Bo trzeba też wziąć pod uwagę, że Timberwolves mieli dwie kolejne szanse podczas draftu 2009 roku, żeby sięgnąć po Curry’ego. Nie skorzystali z żadnej z nich. Gdy decydowali się na Flynna, dostępni nadal byli m.in. DeMar DeRozan, Jrue Holiday, no i oczywiście Steph. Flynn spędził w NBA tylko trzy lata, wystąpił łącznie w zaledwie 163 meczach. Na jego usprawiedliwienie trzeba mu oddać, że po debiutanckiej kampanii przeszedł operację lewego biodra, po której fizyczni już nigdy nie był sobą, ale nawet gdyby nie ona, ciężko oczekiwać, żeby był graczem ponadprzeciętnym w NBA. Karierę skoczył w trakcie rozgrywek 2014-15, w drugiej lidze włoskiej. Wcześniej próbował swoich sił w Australii i w Chinach.

W tym momencie, dokładnie rok po wyprzedzeniu Raya Allen, Steph ma już 3248 trójek na koncie. Śrubuje ten rekord i walczy już tylko z samym sobą. Niczego nikomu już udowadniać nie musi. Czerwcowymi finałami, w których Warriors pokonali Celtics, Steph postawił kropkę nad i swojego „legacy”. Był najlepszym graczem tamtej serii. W końcu. Tylko tego dopełnienia mu brakowało. Pytanie odnośnie jego karierę, która przecież nadal trwa, nie brzmi już czy Steph jest jednym z najlepszych zawodników w historii NBA, tylko jak wysoko należy umieszczać jego nazwisko na tej liście.


* Tekst napisałem oryginalnie dla portalu Unibet.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.