Towarzyskie spotkania

Od kilku lat na przełomie lipca i sierpnia zabieram swoje talenty do Tampere. Kiedyś dojeżdżałem z Polski (via Åland), bo mogłem i chciałem. Teraz, gdy tu mieszkam, jest to dla mnie przyjemny obowiązek w ramach bycia sędzią w strukturach fińskiej koszykówki.
Delfin Basket jest międzynarodowym turniejem z prawie trzydziestoletnią tradycją. Biegał tutaj z piłką lata temu mały Damon Stoudamire, był też Hanno Möttölä i wielu innych, którzy mieli to szczęście znaleźć się na takim etapie swojego życia i kariery, żeby grę w koszykówkę nazwać swoją pracą. W moim prywatnym rankingu turniejów, na jakie jeżdżę, Delfin zajmuje bardzo wysokie miejsce.
Przede wszystkim Tampere jest bardzo ładnym, malowniczo położonym miastem. Po drugie jest lato i zwykle jest ciepło a jak jest lato i jest ciepło, to chyba każde miejsce dostaje dodatkowe punkty atrakcyjności. Z latem w Finlandii może nie jest tak dobrze, jak z trójkami Stepha Curry’ego ale z drugiej strony nie jest aż tak źle jak z rzutami wolnym DeAndre Jordana. Czasem bywa ciepło a nawet gorąco a czasem nie (Mała dygresja – Finowie mają taki żart na temat tutejszego lata. "Jak minęło Ci lato? Dzięki, że pytasz. To był bardzo miły dzień.")
Po trzecie występuje tu kategoria "open", do której zgłaszają się ekipy pełne byłych lub aktywnych ligowców spragnionych rywalizacji. To są niezłe mecze do sędziowania i oglądania.
Po czwarte jest taka niepisana tradycja, że w sobotę po meczach wszyscy spotykają się w nocnym klubie "Miami". Fajny klimat, dobra muzyka, idealne miejsce żeby oddać się (bardzo) szeroko rozumianemu relaksowi.
W tym roku było inaczej jeszcze lepiej, niż do tej pory. W przerwie od turniejowych zmagań, parę godzin przed wyjściem do Miami, mieliśmy okazję obejrzeć towarzyski mecz Finlandia-Francja.
Fińska federacja zrobiła dobrą robotę namawiając aktualnych Mistrzów Europy, trzecią ekipę ostatnich Mistrzostw Świata na przyjazd do Tampere.
O meczu wiedziałem od wielu tygodni ale szczerze powiedziawszy nawet jeszcze parę dni przed wyjazdem nie zamierzałem oglądać go na żywo. Wiedziałem, że Batum i Diaw są w tym czasie w Afryce. Podejrzewałem, że Parker nie będzie miał chęci narażać się na kontuzje w tego typu starciach. Oglądanie z pozycji parkietu Florenta Piétrusa czy nawet Petteri’ego Koponena może kiedyś by mnie elektryzowało, dziś już nie.
Ale gdy tylko dowiedziałem się, że sam Parker plus Gobert i Fournier widziani byli w Finlandii, natychmiast uruchomiłem swoje kontakty.
Rzutem na taśmę udało mi się załatwić akredytację na ten mecz. Na swoim profilu FB w sobotę w dzień wrzuciłem info, że być może będę rozmawiał z Parkerem i poprosiłem o ewentualne pytania. Później trochę żałowałem tego wpisu bo nie lubię rzucać słów na wiatr, chwalić się czy deklarować rzeczy bez późniejszego pokrycia w rzeczywistości a przecież spotkania z gwiazdą NBA nigdy nie można brać za pewnik (kolejna dygresja – Interakcja z ludźmi jest czymś, co uwielbiam w prowadzeniu bloga. Dzięki niej mam motywację do pisania. Dzięki blogowaniu poznałem pełno ludzi, nie tylko ludzi basketu, robiłem różne rzeczy w różnych miejscach. Może dlatego coraz częściej rzucam jakieś luźne zdanie na FB prowokując wymianę zdań a trochę miej skupiam się na regularnych wpisach. Choć w sumie z tych dyskusji często czerpię pomysły na teksty. Koniec dygresji).
Po pierwszej kwarcie, wygranej przez Susijengi 36:14, ludzie z fińskiej federacji gorączkowo szukali numeru do FIBA by zapytać czy są jakieś procedury by ten mecz zaliczyć awansem jako spotkanie w fazie grupowej wrześniowego EuroBasketu.


Jak można było przypuszczać, taka skuteczność nie mogła trwać wiecznie, tak samo jak słaba gra Trójkolorowych. Gospodarze ostatecznie dowieźli wygraną 76:67 ale prawdą też jest, że bardzo im na niej zależało w przeciwieństwie do utytułowanych rywali, którzy w crunch time woleli trzymać Parkera na ławce. W meczu o punkty na pewno nie będziemy świadkami takich sytuacji.  
Ale zostawmy ten towarzyski mecz bo po pierwsze był on tylko towarzyski a po drugie jeśli chcieliście go obejrzeć, to zapewne to zrobiliście. Was interesuje to, co od kuchni. A tak się składa, że ja w tej kuchni byłem.
Dzień miałem wypełniony sędziowskimi szkoleniami i meczami na parkiecie. Po ostatnim wziąłem błyskawiczny prysznic, przebrałem się i ruszyłem na halę. Moje nazwisko miało być na liście osób akredytowanych i tak też było. Pod halą stał kolega sędzia, który miał do rozdania pulę biletów dla nas sędziów. Podziękowałem. Powiedziałem, że mam inne wejście. Koledzy sędziowie byli trochę zszokowani widząc mnie na meczu przy samym parkiecie. Tylko kilku z nich do tego weekendu wiedziało o mojej dziennikarsko-blogowej działalności z Polski.
Bardzo miły człowiek wskazał mi moje stanowisko. Dostałem plakietkę z napisem "media", zrobiłem się spokojniejszy. Obok mnie siedziało ze czterech Finów i dwóch francuskich fotografów. Chwilę pogadałem z PRowcem gospodarzy oraz z gościem, którego poznałem rok temu w Hiszpanii. PRowiec pokazał mi strefę mieszaną oraz miejsce, gdzie miała odbyć się pomeczowa konferencja prasowa. W tym samym pomieszczeniu był też zorganizowany poczęstunek dla mediów. Poczęstunek w fińskim wydaniu czyli maksymalny minimalizm. Drożdżówka z truskawką, jogurty no i oczywiście wszechobecna kawa. Pierwszy raz spotkałem się z jogurtem serwowanym podczas tego typu imprez. Był dobry. Też truskawkowy. W ogóle to miejsce przypominało jakąś salkę katechetyczną. Mały pokoik, kilka ławek, na ścianach zdjęcia hokeistów (bo na co dzień jest to hala hokejowa) większy stół z kawą, drożdżówkami i jogurtami i tyle. Ale miało to swój urok.

W strefie mieszanej zaraz po meczu pogadałem z Evanem Fournierem. 22-latek nie może doczekać się nowego sezonu. Mówił, że mocno przepracował lato i ma duże oczekiwania wobec siebie samego, co pokrywa się z oczekiwaniami Orlando Magic wobec niego. Na play-offy najprawdopodobniej nie starczy im siły ognia ale młodzi, dynamiczni Magic chcą zrobić wokół siebie trochę szumu w nadchodzącym sezonie. Przynajmniej tak twierdzi pan Fournier i dodaje, że Orlando jest miejscem, w którym chciałby zostać na długie lata. Ja dodam, że pozytywnie mnie zaskoczył kilkoma niezłymi dunkami na rozgrzewce.

  
Mickaël Gelabale robi uśmiech…

Rudy Gobert jest bardzo duży. O tym wiecie. Jest miłym i spokojnym gościem. Szykowałem się, żeby z nim pogadać dłużej ale w życiu trzeba mieć priorytety a moim tego wieczoru był rzecz jasna Tony P.

Ze strefy mieszanej wróciliśmy do naszej salki. Całą drogę szedłem koło Tony’ego a raz nawet pokazałem mu w którą stronę ma skręcić.
Siedliśmy w ławkach. PRowiec Finów powiedział trzy zdania wstępu i zapytał "nas" czy mamy jakieś pytania. "Nas" było sztuk pięć razem ze mną. Trzech Finów i jedna pani z Francji. Na takiej kameralnej konferencji prasowej jeszcze nigdy nie byłem ale od początku czułem, że będzie to mój ogromny atut w próbie przedostania bezpośrednio do T.P. Tak też było.
Czy mamy jakieś pytania? Pan raczy żartować. Oczywiście, że mamy. Rozejrzałem się po sali. Nikt nie podnosił ręki. Podniosłem ja. Bez mikrofonów, bez wyznaczania kolejności jak przy meczach NBA. Zupełnie jak w szkole. Zadałem jedno pytanie. Potem drugie. Nikt inny się nie zgłaszał. Potem przestałem się zgłaszać i gadałem z Tony’m jakby nikogo nie było w pomieszczeniu. Idylliczny nastrój przerwał francuski PRowiec gdy zapytałem Parkera o LaMarcusa Aldridge’a, Davida Westa i nowy sezon. Ten uśmiechnął się w swoim stylu i już szykował się do odpowiedzi gdy nagle PRowiec Trójkolorowych wymamrotał "nie rozmawiamy dziś o NBA tylko o meczu z Finlandią i EuroBaskercie." Ty sk..elu pomyślałem. PRowcy drużyn narodowych koszykówki są moimi największymi wrogami.
Ale nie mogę narzekać. Dostanie się do gwiazdy NBA nigdy nie jest czymś oczywistym i to, co udało mi się zrobić brałbym przed meczem ciemno.

Oto, co powiedział czterokrotny mistrz z San Antonio Spurs, boiskowe przedłużenie myśli Gregga Popovicha:

O meczu: Nie jestem zaskoczony postawą Finów. Wiemy dobrze, że to silna, dobrze zbilansowana drużyna, która od kilku lat sukcesywnie idzie w górę. Spodziewałem się, że gospodarze podstawią trudne warunki gry i tak było. Oczywiście nie mamy powodów do radości, mamy wiele do poprawienia, wiele pracy przed nami ale będziemy gotowi na 5 września. Z drugiej jednak strony nie panikujemy, nie załamujemy rąk tylko bierzemy się do pracy. Przed nami cały miesiąc przygotowań. Musimy też podkreślić, że nie było z nami Nico Batuma i Borisa Diawa. Z nimi nasza drużna jest zupełnie inna. Diaw może grać na środku w small-ball a to daje nam bardzo wiele możliwości.

O roli faworyta w grupie A i całym turnieju: Nie lubię tej roli, nie lubię postrzegać drużyn, w których gram w kategoriach faworytów. To jest koszykówka i tu wszystko się może wydarzyć. Może to banał ale tak jest bo na EuroBaskecie nasi przeciwnicy będą podwójnie zmotywowane na mecze przeciwko nam. Nam z kolei o najwyższy poziom motywacji i skupienia może być trudniej na początku turnieju ale nie mamy wyjścia i też musimy na każde starcie być gotowi na 100% fizycznie a przede wszystkim mentalnie. Nasi rywale będą gotowi.

O swoim zdrowiu i formie (przed meczem długo pracował indywidualnie z trenerem od wyszkolenia atletycznego. Miał smarowane plecy jakimiś maściami):

Na razie jestem bez formy bo nie grałem w koszykówkę przez ostatnie trzy miesiące. Fizycznie jednak czuję się rewelacyjnie. Dawno tak dobrze się nie czułem. Nic mnie nie boli, nie mam żadnych kontuzji. Mam miesiąc by doprowadzić się do najwyższego poziomu i wiem, że to zrobię.

O przygotowaniach do sezonu (jedynie pytanie śmierdzące NBA, które udało mi się przemycić): Przygotowania z kadrą są dla mnie w pewnym sensie mocnym wstępem do obozu treningowego ze Spurs. Niektórzy tam będą robić formę i kondycję. Ja w San Antonio pojawię się już w meczowej formie.

Tony i PRowiec wstali od stołu i ruszyli w stronę wyjścia. Nikt nie szedł za nimi. Przez chwilę miałem przebłysk, że to sen bo takie rzeczy zwykle się nie dzieją. Nie, gdy stoi koło Ciebie gwiazda NBA a Ty nie reagujesz. Ale to jest Finlandia. Tu się rzeczy załatwia trochę inaczej. Podszedłem, podziękowałem za poświęcony czas i zapytałem o zdjęcie. Oczywiście zgodził się. Podziękowałem raz jeszcze, uścisnąłem dłoń a na koniec powiedziałem "Do zobaczenia w Montpellier Tony."
"Yes Sir!" – odpowiedział Francuz.
Zabrałem swoje rzeczy i ruszyłem na autobus. Wszyscy znajomi już dawno opuścili halę. Niestety o tej porze miejskie autobusy już nie pracowały. Hala położona jest kilka kilometrów od ścisłego centrum Tampere. Na moje szczęście na przystanku pojawił się czarny gość, po którego ktoś podjechał samochodem. Podszedłem i zapytałem czy mogą zabrać mnie do miasta. Zgodzili się.
Tak się akurat złożyło, że temu który czekał, wcześniej tego dnia sędziowałem mecz. Na początku mnie nie kojarzył. Zażartowałem, że to znak, że dobrze sędziowałem więc nie dałem powodów by mnie pamiętać (w sumie to chyba nie chciałem żartować). Pogadaliśmy chwilę, na głośnikach leciał bit. Wysiadłem w centrum. Poszedłem do kumpla do hotelu.
"No i dopiąłeś swego, masz fotkę z Parkerem." – przywitał mnie słowami. Fotkę z T.P. rzecz jasna natychmiast wrzuciłem na FB.
"Kto, jak nie ja kolego?" – odpowiedziałem.
Ale nie było czasu na dyskusje. Było po 23 a przecież talenty same nie zabierają się do Miami…             

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.