Trzech panów HOF

W miniony weekend do Hall of Fame dołączyły (między innymi) trzy wielkie osobowości NBA. Shaq O’Neal, Yao Ming, Allen Iveron. To jest jedna z prawdopodobnie tylko dwóch okazji, kiedy te trzy nazwiska można wymienić w jednym zdaniu. Ta druga? Każdy z nich, na swój sposób, pomógł NBA wejść w niedostępne wcześniej obszary i tam zostać. I niejako przy okazji zmienić tę grę na zawsze. To był ich jedyny wspólny mianownik, poza którym niewiele ich łączyło. Każdy z nich inny. Każdy z innego świata.
 
Shaq już po pierwszym sezonie gry w NBA stał się poważnym kandydatem do bycia legendą na swojej pozycji a co za tym idzie HOFem pewnego dnia. Dołączenie go do Galerii Sław było w jego przypadku tylko formalnością. Dominator, zgrywus, człowiek wielu zainteresowań, człowiek o wielu twarzach. Raper, policjant, gość z doktoratem. Biznesmen, gwiazda telewizji. Inteligentny, charyzmatyczny, nietuzinkowy. Ale przede wszystkim świetny koszykarz. Upływający czas nieco zaciera pamięć o jego grze. To prawda, że był niesamowicie silny (Kevin Garnett zapytany jak to jest kryć Shaq’a powiedział kiedyś – Idź do piwnicy, narusz fundamenty domu, podeprzyj plecami przewracającą się ścianę i tak stój. Tak to jest kryć Shaq’a) ale poza siłą, jak na takie gabaryty, Shaq świetnie się ruszał. Miał pełną kontrolę nad swoim ciałem. Tańczył. Nie tak, jak Olajuwon ale i tak świetnie. Był jak wstążka wprawiana w ruch przez tancerkę. Dwight Howard to taboret rzucany przez pijanego w barze. Niewielu było koszykarzy, których gra zmuszała ligę do zmian w przepisach. Shaq był w tym wąskim gronie. To głównie przez jego podkoszową dominację wprowadzono w NBA, nieznany do dziś w FIBA, przepis o błędzie trzech sekund w obronie (2001-2002). Twórcy przepisu zapewne nie zdawali sobie sprawy, że wydają (rozłożony w czasie) wyrok na podkoszowych ale zarazem wmurowują kamień węgielny pod nowy rozdział w dziejach koszykówki.


                            

Z Iversonem był ten kłopot, że nie było pewne czy po zakończeniu kariery nie skończy na ulicy i czy w ogóle dożyje jakiejkolwiek ceremonii. I to naprawdę nie jest opowiadanie bajek. Gdyby nie dobrzy ludzie na różnych etapach jego życia, zapewne dziś mówilibyśmy o nim w czasie przeszłym lub w ogóle byśmy nie mówili. Do bólu naturalny, do bólu hip-hopowy. Workowate dresy, złote łańcuchy, litry atramentu pod skórą. To było on. W 100% on. Żadna tam chwilowa kreacja. Gdy liga wprowadziła dress code przez sezonem 2005-2006, Iverson był jednym z największych przeciwników tej zmiany. 
Zanim jednak przepił i przegrał w kasynach swoje miliony,
zanim na zawsze zamknął sobie drogę powrotną do NBA, był taki okres
kiedy był jedną z najjaśniejszych gwiazd w tej lidze.
W latach
1999-2008
nigdy nie zdobywał mniej niż 24.8 punktu na mecz. Aż pięć sezonów w tym
czasie kończył ze średnią powyżej 30 punktów! Jedenaście razy wybierany był do
All-Star, został MVP sezonu w 2001
roku (najniższym i najlżejszym w historii), był czterokrotnym królem strzelców, trzykrotnym
najlepszym przechwytującym.
Jego średnia punktowa za całą karierę
wynosi 26.7 na mecz. Wyższą ma tylko pięciu graczy – Michael Jordan, Wilt
Chamberlain, LeBron James,
Elgin  Baylor i Jerry West.
Tylko sześciu zawodników w historii ligi
szybciej niż on osiągnęło próg 20000 punktów. A.I. zrobił to w swoim
713. meczu. Szybsi byli tylko Wilt Chamberlain (499), Michael Jordan
(620), Oscar Robertson (671), Kareem Abdul-Jabbar (684), LeBron James
(703) oraz Elgin Baylor (711).
To on jako pierwsza tak niestandardowa dwójka otworzył furtkę z napisem "zawodowy basket" dla ludzi o jakże standardowych warunkach fizycznych.


                            

Yao jako koszykarski rzemieślnik, czysto sportowo trochę nie pasuje do tego grona ale rzecz jasna nie można mu odmówić przeogromnej roli w popularyzacji koszykówki, szczególnie w Azji. A to też jeden z kilku czynników, które pozwalają dostać się do Galerii Sław. Yao jako zawodnik, to dość naciągany kandydat bo, zjadany przez kontuzje stóp, zagrał w NBA tylko 8 lat. Tylko trzy razy osiągał pułap 20 punktów, tylko dwa razy notował double-double za całe rozgrywki. Ale już już jako charyzmatyczny ambasador koszykówki, jest pełnowartościowym HOFem. Gdyby nie jego postać, basket w Azji a w Chinach w szczególności nie byłby tu, gdzie teraz jest. A gdzie jest? Chiny to przeogromny potencjał ludzi. To fanatyczni, wręcz chorzy na punkcie koszykówki kibice. To dzięki temu przeniesieniu skupienia na daleki wschód, kilka chińskich firm zwerbowało wielu topowych koszykarzy i namówiło do reklamowania ich marki. To dzięki tej nowej fali Stephon Marbury stał się w Chinach półbogiem, któremu stawia się pomniki i otwiera tematyczne muzea poświęcone jego postaci. Dwyane Wade, Kobe Bryant, LeBron James i wielu innych graczy są dziś w Azji prawdziwymi ikonami popkultury, które już dawno wyszły poza ramy sportu. Być może ten proces był nieunikniony. Może. Ale dzięki Yao Mingowi przyspieszył o wiele lat. Gdyby nie on, basket nie byłby dziś tak globalny.


                            

Trzy świetne przemówienia. Każde niepowtarzalne, każde inne, tak jak inni są Shaq, Yao i A.I. Co je łączy to to, że były wielkie i już zapisały się w historii ceremonii w Springfield.

https://i.ytimg.com/vi/Mmxt1CpIBz8/maxresdefault.jpg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.