Co myślę o przejściu Kevina Duranta do Warriors

"Historia zapamiętuje też
charakter, charyzmę, osobowość, lojalność. Podróżowanie po klubach NBA za
tytułem dla gracza tej klasy, to swego rodzaju koszykarska
prostytucja."
– tak napisałem na temat potencjalnego, kolejnego odejścia LeBrona z Cleveland w poszukiwaniu tytułu. Było to rzecz jasna przed tym, jak Cavs pod wodzą James pokonali Warriors i zostali mistrzami NBA.

Kevin Durant też jest graczem tej klasy a gracze tej nie powinni zmieniać klubów. Nie w taki sposób. Nie na takim etapie kariery, nie w takim momencie.

Mam teorię albo raczej filozofię, według której tłumaczę sobie NBA. Dla mnie największe gwiazdy tej ligi to fundamenty pod budowę domu. Zawodnicy o klasę niżej od nich, to ściany, dach, okna, drzwi. Zadaniowcy to farba na tych ścianach, dywany, meble. To jest dom. Ciepły zimą, bezpieczny, przytulny, funkcjonalny. W domu możesz wymienić wiele elementów…ale nie fundamenty. To od nich wszystko się zaczyna. To na nich spoczywa ciężar dźwigania całej konstrukcji. Dom runie, jak zabierzesz fundamenty.
 
Zmienianie klubów w NBA to codzienność. Ale gdy robią to największe gwiazdy w sile wieku, to zawsze gdzieś tam pojawia się pewien niesmak, rozczarowanie, łzy, znaki zapytania.
Jordan nie przeszedł do Pistons, którzy upokarzali go w play-offach, nie zmienił Bulls na Knicks. Nie zadzwonił do Magica i Birda i nie ściągnął ich do siebie. On ich wszystkich chciał pokonać i w końcu zrobił zrobił to.

Thunder byli 3:1 z Warriors w tegorocznym Finale Zachodu. Byli dosłownie o jedną kwartę a być może nawet tylko kilka minut, albo o trochę chłodniejszy wieczór Klay’a Thompsona, od
wyeliminowania 73:9 Warriors. Tam było naprawdę blisko. Wcześniej wysłali na wakacje 67:15 Spurs. Thunder byli bardzo silni w ostatnich play-offach a po wakacyjnych wzmocnieniach, wyglądali na jeszcze mocniejszych. K.D. mógł dać sobie ten jeden dodatkowy rok w Oklahomie i spróbować z nimi wygrać jeszcze raz. Thunder naprawdę nie mieliby kogo się bać na Zachodzie.

Rozumiem, gdy K.D. pisze, że chce rozwijać się jako koszykarz i człowiek. Mój największy problem leży jednak w zrozumieniu faktu dlaczego do tego rozwoju potrzebne było mu odejście do najlepszej ekipy NBA ostatnich dwóch lat, do ekipy, która ma już w składzie trzy gwiazdy ligi, ciągle przed swoim prime. Największe gwiazdy nie odchodzą do drużyn, które miesiąc wcześniej je pokonały. Nie. Po prostu nie.

Legacy budowane, ocenianie, umiejscawiane w historii w oparciu o ilość pierścieni to jest pier…lenie ostatnich lat. To taka enbiejowska nowomowa. To jest modne pier…lenie w jeszcze modniejszych narracjach, dlatego tak mocno wchodzi to do głów współczesnych gwiazd, które w internecie poruszają się równie sprawnie, jak na parkiecie. Legacy jest w głowach tych młodych, zagubionych chłopców. Ze wszystkich stron słyszą – Russell 11, Jordan 6, Magic 5. Dlatego po kilku pierwszych latach w lidze bez tytułu, zaczynają czuć presję uciekającego czasu a wraz z nim oddalającego miejsca w historii tej ligi.

Ja nie wymieniam jednym tchem, w jednym zdaniu Roberta Horry’ego w zestawieniu z Jordanem, Birdem, Pippenem mimo że, ten jest siedmiokrotnym mistrzem NBA.
Dla mnie Charles Barkley, Karl Malone, John Stockton, Patrick Ewing, Reggie Miller i wielu innych to wielcy mistrzowie tego sportu mimo, że nie było im dane poznać smaku mistrzowskiego tytułu w NBA.   
 
Jestem więcej, niż pewny, że gdyby Dwight Howard nigdy nie odszedł z Orlando i nigdy też nie udałoby mu się zdobyć dla Magic tytułu, to klub i tak postawiłby mu przed halą pomnik a ludzie mieli go za lokalnego bohatera i legendę.

Kilkanaście lat zostawiania wszystkiego na parkiecie, kontuzje, pot, łzy, frustracje. "Dzień dobry" do faceta z parkingu pod halą, piątka z gościem od siłowni, oczko do pani z księgarni, dobre słowo na ulicy, uśmiech do pani z mięsnego. To jest to pieprzone legacy. To jest właśnie to. Legacy to jest droga jaką pokonywałeś, żeby zdobyć tytuł. Nie sam tytuł. Jasne, że podniesienie w górę pucharu Larry O’Briena, słuchanie w tle Freddie’ego Mercury’ego to jest coś niesamowitego, coś czego dostąpią nieliczni ale czasem, a może nawet częściej, chodzi o to, żeby królika gonić a nie go złapać. W godny sposób gonić.
 
Kyle Korver nurkuje latem i wyciąga z dna 40kg kamienie. W ramach letniego treningu. To jest część jego drogi do bycia lepsza wersją samego siebie, do dania sobie najlepszej szansy na zdobycie tytułu. Ty tego nie musisz widzieć. Tak, jak nie musisz wiedzieć o tym, że ktoś przed snem prasuje sobie piżamę. On o tym wie. Nie ma gwarancji, że określona liczba podniesionych kamieni, określona liczba wyprasowanych piżam, da mu to, czego pragnie. Ale robi to bo w coś wierzy. To jest jeden z elementów budowania legacy. O tym będzie się mówić, będzie się to wysoko cenić i stawiać za wzór. Tytuł jest wisienką na torcie ale tort nadal jest tortem.

W czasach nieograniczonego dostępu do informacji dowiadujemy się co raz, że jakaś gwiazda jest unhappy ze
względu na słabą grę swojej drużyny, ze względu na różne inne rzeczy. Fundamenty nie mogą oczekiwać od drewnianych taboretów, by te stanowiły o sile konstrukcji domu.

W odejściu Duranta z Thunder do Warriors najbardziej przeszkadza mi to, że K.D. wcale nie musiał uciekać z organizacji prowadzonej po amatorsku, która nie potrafiła obudować go wartościowymi ludźmi. Przeciwnie. Thunder aż cztery razy w ostatnich sześciu latach grali w Finałach Zachodu. To więcej niż Spurs, stawiani za modelowo prowadzoną organizację.
Durant właśnie tam w Oklahomie miał
drużynę gotową do walki o tytuł. Gotową do równania się z każdym.
Kevin Garnett przez 12 długich lat łatał błędy zarządu swoich Wolves. Czasem wyglądało to tak, że brakuje już tylko by K.G. gasił światło i polerował parkiet w Target Center.
Paul Pierce czekał dekadę by Danny Ainge zorganizował mu pomoc. Kobe, gdy grał z Chrisem Mihmem i Smushem Parkerem, bliższy był lotu na Plutona, niż wiązania przyszłości z Lakers. A jednak został.

Nie potrafię zrozumieć decyzji K.D. Odejście do ekipy, z którą zacząłby od zera, byłoby dziwne, ale bardzo zrozumiałe, jeśli chodzi o wychodzenie z własnej strefy komfortu, zmianę miasta, pisanie nowego rozdziału. Odejścia do historycznie silnych Warriors, mój umysł na razie, nie potrafi sobie poukładać.
   
Jeśli przez kilkanaście lat byłeś wielki, próbowałeś a mimo to tytułu nie zdobyłeś, to dla mnie i tak jesteś mistrzem.
Jeśli skakałeś z kwiatka na kwiatek, jeśli jako kapitan, opuściłeś okręt, w poszukiwaniu tytułu, to dla mnie jesteś sportową prostytutką. Kropka.

https://i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/s--FmuTim22--/c_fit,fl_progressive,q_80,w_636/ngy8iqb1euztjlqvq0ht.jpg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.