#EuroBasket 2015: Dzień trzeci

Łączna różnica punktowa w trzech meczach trzeciego dnia turnieju w grupie A wyniosła zaledwie 7. Siedem! Mieliśmy okazję być świadkami trzech porządnych meczów koszykówki. W jednym mieliśmy dogrywkę. W dwóch innych pachniało nią do samego końca. 

Na początek Finowie starli się z Rosjanami. Każda ze stron położyła na stole swoje 0:2. Jeśli znacie historię XX wieku, to wiecie dlaczego starcia Finlandii i Rosji w cokolwiek, budzą w kraju Muminków mniej więcej takie same emocje jak u nas. Dlatego ta wygrana miała dla Susijengi podwójne znaczenie – raz, że dała im oddech przed dniem przerwy i pozwoliła na jakiś czas odłożyć sprawdzanie najlepszych połączeń samolotowych Montpellier-Helsinki a dwa, że zbicie Ruskich wywołało dziś uśmiech na twarzy niejednego Fina.
To był mecz walki. Przez to mógł się podobać. Nie za finezję bo tej nie było ale za to siermiężne parcie do ostatniego gwizdka z choćby jednym punktem więcej od rywala. To jakby usiłować jechać rowerem na szczyt piaskowej wydmy albo kosić trawnik pełen gumowych zabawek.
Żadnej z drużyn, przez całe spotkanie, nie udało się odejść na więcej, niż siedem punktów. Prowadzenie zmieniało się 20 razy. Było 15 remisów. To był ciężki do oglądani ale jeszcze cięższy do grania mecz.
Petteri Koponen na razie nie gra dobrego turnieju. Od 1:34 przed końcem meczu, gdy było po 79, w ciągu kolejnych 51 sekund spudłował aż cztery razy. Na jego szczęście Rosjanie też nie znajdowali w tym czasie drogi do fińskiego kosza.
Zubkov nie trafił za 3, zebrał Murphy, piłkę dostał Koponen. Były 24 sekundy na zegarze. Patrzyłem na niego co zrobi. Zapytałem go później po meczu czy w głowie miał wtedy to 0/4 sprzed chwili, czy jego opcją w związku z tym było szukać najpierw podania. Powiedział, że rozważał różne opcje. Nie ukrywał, że słaby moment siedział mu w głowie ale nigdy nie stracił pewności w siebie i swój rzut. Słusznie. Bo trafił. Rosjanom zostawił tylko trzy sekundy na akcję. To było za mało.
Najfajniejsze w grupie A jest to, że poza Francją jeszcze nikt nie może być niczego pewien – nawet Rosjanie z trzema porażkami cały czas są w grze. Czekając na formę Koponena, Finów w grze trzymają Murphy i Salin. 

Czy ja byłem niesprawiedliwy lub niemiły pisząc o Bośni w dwóch poprzednich meczach? Wierzę w to, że nie. Ja tylko mówiłem jak jest. A było źle. Było też źle w pierwszej połowie meczu z Izraelem. Zdawało się, że podopieczni Pini’ego Gershona Ereza Edelshteina idą po niespodziewane 3:0. Niespodziewane bo przedturniejowe rankingi plasowały ich na ostatnim miejscu naszej grupy. Mając przed oczami anybasket w meczu z Polską oraz nieusprawiedliwioną nieobecność w starciu z Francją, można było przypuszczać, że 16 punktów, jakie wypracowali sobie dość łatwo Izraelczycy, z pewnością wystarczy do wygranej. Błąd a jednocześnie dowód na to, żeby nie wychodzić z meczu w jego trakcie. Fani Miami Heat coś wiedzą na ten temat. Chris Bosh nie pochwala takich postaw. Bośniacy wrócili bo…bo grali lepiej? Chyba nie do końca. Bo skakali po głowach rywalom? To już bardziej. Wygrali deskę 42:31. Aż 19 z tych zbiórek padło ich łupem na atakowanej tablicy. Znacie się na koszykówce, Wam nie trzeba tłumaczyć co dają ofensywne zbiórki. Poza tym wszystkim mają na ławce Dusko Ivanovica, który jak mało kto w tym biznesie, w tej części świata umie odpowiednio reagować na to, co w danym momencie dzieje się na parkiecie. Poprzeczka jest zawieszona wysoko bo Mirza Teletovic szuka mieszkania w Phoenix i nie miał czasu przylecieć do Montpellier. Jego rzuty muszą oddawać inni. Łobuz Andrija Stipanovic zaliczył 16 punktów i 18 zbiórek. Łobuz czystej wody. Ciekawe czy jeszcze kiedyś w tym turnieju poświęcę tyle miejsca Bośni. A to jeszcze nie koniec.
Gdy decydował się wynik IV kwarty, Izrael stosował taktykę nie oddawania własnego losu w czyjeś ręce – to znaczy, że faulowali i stawiali rywali na linii mając przewagę trzech punktów by nie dać się wysłać do dogrywki. Raz jedyny nie zrobili tego. A to był ten raz, kiedy Elmedin Kikanovic (17 punktów) trafił za trzy punkty równo z syreną kończącą IV kwartę. Po minucie dogrywki wydawało się, że Bośniacy tylko odroczyli wyrok. Były Mav, Gal Mekel, dał Izraelowi prowadzenie 82:75. Ale Bośniacy tego wieczoru nie mieli w planach przegrywać. W samej końcówce, śmieciowa piłka, trafiła pod koszem znów w ręce
Kikanovica. Ten z najbliższego bliska wepchnął ją do kosza. I zamiast oglądać drugą dogrywkę, mogliśmy iść na kolację.


                            

Na deser w menu był nasz mecz z gospodarzami. Wynik znacie. Czytaliście zapewne opinie z różnych stron. Posłuchajcie teraz mojej.
Jakie były przyczyny porażki Polski z Francją w tym meczu? Ale nie mówcie mi, że ostatnie posiadanie, którego (podobno) nie wyegzekwowaliśmy tak, jak to było rozrysowane. Nie mówcie mi też, że to ten niecelny rzut Gortata z prawego roku. Rzut, który mógł dać remis. Nie mówcie mi, że bolesna strata z samej końcówki meczu.
Gdy przegrywa się mecz o jedno posiadanie, można zawsze powiedzieć zrobiliśmy błąd tu, tu i tu. Wystarczyło zagrać to tak, tak i tak. Wszystko to można podeprzeć statystyką. Na przykład taką, że nasze 15 strat Francuzi zamienili na 18 punktów.  
Przypomnę raz jeszcze to, co pisałem wczoraj – przy całym szacunku i sympatii dla naszych chłopaków – mamy drużynę, która jest co najwyżej średnia w skali Europy. My z jakiegoś tajemniczego dla mnie powodu,
gdy
rozmawiamy o zakończonych meczach i próbujemy rozbierać je na czynniki pierwsze, zdajemy się zapominać o tym i wymagamy od graczy by byli perfekcyjni.

Zapytam jeszcze raz – Jakie były przyczyny porażki Polski z Francją?
Powiem Wam – Nie było żadnych. My nie przegraliśmy tego meczu, to Francuzi go wygrali. Położyliśmy na szali to, co w tym momencie mamy najlepszego, oni położyli swoje. Tam u nich było więcej. Wygrali. Można było popełnić mniej strat. To prawda. Można było zrobić inaczej kilka innych rzeczy. Gdyby tak dało się przesuwać to spotkanie klatka po klatce, akcja po akcji, wchodzić do pojedynczych momentów i jeszcze raz je odegrać. Wtedy na pewno bylibyśmy w stanie tu czy tam zagrać mądrzej, skuteczniej, inaczej. A, że rozmawiamy o meczu, w którym jedna drużyna wygrała tylko trzema punktami, takich pojedynczych sekwencji moglibyśmy wybrać sporo. Zostawmy to. Nie tędy droga.
Zagraliśmy bardzo dobry mecz. Takie są fakty. Fakty też są takie, że w następnym starciu z Izraelem, nie będzie on miał żadnego znaczenia. Tak się akurat złożyło, że po dobrych zawodach z Mistrzami Europy przyjdzie nam grać z teoretycznie o dwie klasy gorszym Izraelem. Brzmi znajomo, bo nie dalej jak wczoraj, przerabiali to Finowie. Najpierw zagrali dobry mecz z trójkolorowymi a potem dostali lanie od Izraela. Ładna porażka z Francją nie daje forów w kolejnych starciach. Musimy znów wyjść na 100%. Napiszę to jeszcze raz na wypadek gdybyśmy się nie zrozumieli – zagraliśmy bardzo dobry mecz. Coach Taylor ze sztabem muszą go obejrzeć razem z chłopakami. Poklepać się po plecach za to, za co można się poklepać. Odnotować to, co można usprawnić. Tyle w tym temacie. Adam Waczyński jest w świetnej formie. Przydałoby się jeszcze mocniej pracować na pozycje dla niego. Mateusz Ponitka musi oddawać więcej niż 10 rzutów w meczu. Marcin Gortat jeszcze bardziej musi skupić się na obronie a w ataku być jeszcze większą przynętą i jeszcze lepiej inicjować ruch piłki. To wszystko jest do zrobienia. Bez żadnych czarów, trzymania kciuków i zaklinania rzeczywistości.
Wtorek jest dniem przerwy w naszej grupie. Źródła donoszą, że dobrej pogody nie obowiązuje to wolne.


                            

Ciężkie jest życie gwiazdy.

"Nie byliśmy zaskoczeni dobrą grą Polski. Wiedzieliśmy, że to dobra drużyna." – Nicolas Batum.

Typowy fan koszykówki z Finlandii – barwy narodowe z motywem wilka, faja + alko. To ostatnie to must have.


Be like Sasu Salin.

Tym gramy. A w tle kadra na treningu.


                            


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.