#PoniedziałkoweInspiracje 20

Czekając na Twoje, mam swoją…

O
tym na razie bardzo mało się mówi ale David Griffin, menadżer Cleveland
Cavaliers jest cichym zwycięzcą tego sezonu – bez względu na to, jak
Cavs zakończą te rozgrywki.
LBJi koledzy grają w Finałach. Taki
scenariusz braliśmy pod uwagę przed sezonem, gdy do opuszczającego Miami
LeBrona Jamesa, dołączył w Cleveland Kevin Love. Spodziewaliśmy się
też, że na początku nowa Wielka Trójka będzie musiała w bólach uczyć się
ze sobą grać. I tak też było. A w zasadzie to było nawet gorzej niż się
początkowo spodziewaliśmy.
Gdzieś tam w międzyczasie ścięgno Achillesa zerwał Anderson Varejao.
Wtedy to Griffin pociągnął
za spust dwóch wymian. Wtedy były to wymiany, które w założeniu miały
ratować doraźnie sezon Cavs i dać im szansę na play-offy (choć w sumie
mało kto wierzył w scenariusz, że może zabraknąć w nich LeBrona).
Z
perspektywy czasu okazało się, że ruchy kadrowe Griffina były wręcz
genialne. O tym póki co mało się mówi ale stosunkowo małym nakładem sił i
kosztów, Cavs zmontowali wokół Jamesa skład, jakiego nie byli w stanie
dać mu przez pierwszych siedem lat jego kariery w NBA.
6 stycznia pozyskano
J.R. Smitha i Imana Shumperta z Knicks w wymianie, w której Griffin
oddał w zasadzie tylko Diona Waitersa, który do tamtego momentu
ewidentnie nie potrafił odnaleźć się w systemie Blatta.
Dzień później do Ohio trafił Timofey Mozgov.
Griffin oddał za niego tylko dwa wybory w drafcie. Zakładając, że Cavs
przez najbliższe lata nie będą drużyną loteryjną, wybory będą te bardzo
niskie.
13 stycznia Cavs mieli bilans 19:20 i nie wyglądali na poważnego kandydata do gry w Finale – nawet własnej Konferencji.

Bez względu na to, jak zakończą się te Finały, David Griffin jest zwycięzcą obecnego sezonu.
Gdyby
w tym momencie obok LeBrona biegali zdrowi Love i Irving, to ich szanse
na tytuł byłyby nie wiem czy nie wyże od szans Warriors. I mówimy cały
czas o drużynie, która wygrała w sezonie 67 meczów i ani przez moment
nie oglądała się za siebie oraz o drużynie, która przez całe rozgrywki przeżywała swoje mniejsze i większe dramaty.
Kyrie
Irving byłby w stanie grać na równi ze Stephem Curry’m tak samo jak
rywalizował z nim w kadrze USA. Kevin Love ze swoim rzutem mocno
rozciągałby grę i robił miejsce dla penetrujących Smitha, Shumperta, Irvinga i rzecz jasna Jamesa.
LeBron
nie musiałby robić wszystkiego, nie musiałby grać ciężkich minut, nie
musiałby oddawać rzutów na zwycięstwo na miękkich nogach. Pomyślcie o
tym. Mówimy o drużynie, która gdyby nie pech związany z kontuzjami,
naprawdę istniała.
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.