Śliwki vs Robaczywki 2020-21 Vol.3

Dzień dobry. Dziś niedziela, więc bądźmy pozytywni. Zapraszam więc na porcję dorodnych Śliwek. Tradycyjnie dziękuję za podsyłanie własnych propozycji i przemyśleń. Jak wiecie, interakcja z czytelnikami, wiele dla mnie znaczy, więc nie wahajcie się pisać.

Utah Jazz. Grają dziewięcioosobową rotacją, w której aż sześciu graczy notuje dwucyfrową liczbę punktów. Ale to tylko liczby. W zasadzie, to nie jest żadna nowość, ani żadne odkrycie. Jeśli ktoś jeszcze nie odkrył Jazz basketball pod kierownictwem trenera Quina Snydera, to a) niech się do tego nie przyznaje w 2021 roku, b) niech to szybko zmieni, c) co robił do tej pory? Rudy Gobert jest na najlepszej drodze, żeby odzyskać tytuł najlepszego obrońcy ligi, Jordan Clarkson jest na najlepszej drodze, żeby zdobyć nagrodę dla najlepszego rezerwowego. Jazz (15:4) liderują całej lidze, a póki co dostają „ciche” 23/4/4 od Donovana Mitchella. Mike Conley po latach nie rzucania alley-oopów do Marca Gasola, w końcu nauczył się rzucać je do Goberta. Operowany (rzucający) nadgarstek Bojana Bogdanovica, po słabym starcie sezonu, zaczyna wyglądać coraz lepiej, coraz groźniej. Myliłeś się, jeśli sądziłeś, że nie wspomnę tu Joe „pośpiech nie jest wskazany” Inglesa, Royce’a „rzucę, zbiorę, podam, obronię” O’Neale’a i Georgesa „urodziłem się po to, aby grać” Nianga.

Clippers. Spójrz, mówimy o Jazz, bo warto o nich mówić. Ale Clipps są tylko pół meczu za nimi (pół meczu przed Lakers) w tabeli ligi. Wszyscy wiemy dlaczego jest o nich cicho. Skompromitowali się w ostatnich play-offach, na światło dzienne wyszły „brudy” i patologie z wewnątrz tej organizacji. I pewnie nie zaczniemy się nimi zachwycać do ewentualnych Finałów Konferencji. Ale zatrzymajmy się na chwilę przy tej drugiej drużynie z Los Angeles i zwróćmy uwagę, że trochę poza radarem robią to, co do nich należy. I na tym zakończę, bo mimo wszystko, mam nadal mieszane uczucia, co do tego składu. Cały czas czuję, że są o jeden ruch, żeby na poważnie zagrozić Lakers.

76ers. Nie wyróżniałem ich w pierwszych „ŚvsR” bo uważałem, że zrobili dokładnie to, co robić powinny drużyny z mistrzowskimi aspiracjami. A mianowicie wygrywać mecze, które powinno się wygrywać tak, jak leci w terminarzu. To oczywiście nie była ich wina, że mieli łatwy kalendarz. Ale ostatnio pokonali u siebie Lakers, którzy przyjechali do Filadelfii w pełnym składzie i chcieli wygrać. Kiedyś takie mecze nazywało się „statement games”. Dziś, mam wrażenie, że w informacyjnej lawinie, gdzieś ucieka nam sedno tego wszystkiego, a jest nim rzecz jasna koszykówka sama w sobie. Joel Embiid gra najlepszy sezon w karierze (28.3 punktu, 11.1 zbiórki, 2.8 asysty, 1.3 bloku, 1.2 przechwytu) i jest jednym z trzech kandydatów do MVP w tym sezonie. Tak, jest ich tylko trzech. On, LeBron i Jokic i nikt więcej. Wspomnisz moje słowa, kiedy przyjdzie czas. Kto wie, czy to starcie z Lakers nie było przedsmakiem Finałów w czerwcu. Nie wyciągam wniosków po jednym meczu. Po prostu widzę to, co widzę. A widzę, że Sixers mają dobry match up z Lakers. LeBrona nie zatrzyma nikt, ale jest dosłownie garstka ludzi, którzy mogą mu się postawić, na obu końcach parkietu. Jedną częścią tej garstki jest Kawhi Leonard, a drugą Ben Simmons. I to może być cała ta garstka w tej chwili w NBA. Australijczyk jest duży i silny, a przy tym szybki, zwrotny i dobrze podaje. Podoba mi się to, że nie staje się nieśmiały, gdy ma naprzeciwko siebie LeBrona. A to jest dużo, bo rzadko się zdarza u innych graczy. Daryl Morey nie wykonał jeszcze swojego ostatniego telefonu w tym sezonie. To nie musi być nic spektakularnego. To chyba nawet nie powinno być nic spektakularnego, ale jakiś weteran z trójką, kozłem, obroną na 15-20 minut (najlepiej w jednym pakiecie) byłby prawdziwym złotem dla tej rotacji.

Andrew Wiggins. Okoliczności sprawiają często, że zawodnicy są przypasowywani do ról, do których się nie nadają. Jakie okoliczności? A, no na przykład pierwszy wybór w drafcie. Chyba już wszyscy możemy się zgodzić, że z Wigginsem, jako liderem, Twoja drużyna daleko nie zajedzie. Na szczęście dla niego i dla Warriors, Kanadyjczyk w Golden State już niewiele musi, a za to bardzo dużo może. I to jest ta różnica. 25-latek trafia 40% zza łuku (dwie trójki na mecz), blokuje po 1.5 rzutu. Plus daje co wieczór 17.7 punktu, 4.9 zbiórki oraz 2.1 asysty. Pod skrzydłami Draymonda Greena rośnie na klasowego defensora, staje się czymś, co chciałem u niego zobaczyć od lat. Oczywiście, patrzenie na niego przez pryzmat pieniędzy jakie zarabia, nadal nie stawia go w dobrym świetle, ale chyba już od dawna wiemy, że to nie był dobry kontrakt, musimy z tym żyć i iść z tym dalej. Już nie tak daleko do jego wygaśnięcia.

– To jak już wspomniałem Greena, to zostanę przy nim. Być może fizycznie jest już trochę za górką (mimo tylko 30 lat), ale jeśli chodzi o jego czytanie i rozumienie gry, to jest ścisła elita NBA. Pięknie wziął pod swoje skrzydła wspomnianego wyżej Wigginsa oraz debiutanta Jamesa Wisemana. To wszystko zaprocentuje w dalszych częściach karier ich obu. Szczególnie Wisemana, który dopiero pod koniec marca zdmuchnie z urodzinowego tortu 20 świeczek.

Zion Williamson. Niedawno stuknęło mu 40 meczów w NBA. Kronikarze zauważyli, że w tych starciach trafiał 58.5% swoich rzutów z gry, a to jest najwyższy odsetek w historii ligi, jeśli wziąć pod uwagę, graczy którzy oddali przynajmniej 500 rzutów z gry. Zion ma też na koncie 31 meczów z przynajmniej 20 punktami. Lepszy w historii był tylko…zgadza się…Michael Jordan (34). Prawie 24 punkty, 7.5 zbiórki, 2.3 asysty oraz 1 przechwyt na mecz w tym sezonie. Wiem, że ludzie mają z nim problem. A wiesz, w czym jest problem? W tym, że ludzie oceniają go przez pryzmat hype’u, z jakim przychodził do ligi. Że LeBron 2.0, że to, że tamto. Jakby tak patrzeć na niego bez żadnego filtra, to nie widzę u niego niczego niepokojącego. Rozwija się dobrze, cały czas jest fizycznym wybrykiem natury, a to się nie zmieni przez najbliższą dekadę, albo (odpukać) do czasu ewentualnej kontuzji. Ale nie myślmy o tym.

LeBron James. Za mecz w Cleveland. To był bez znaczenia mecz w końcówce stycznia. Do odhaczenia i zapomnienia. Lakersom za bardzo nie chciało się grać na 100%, ale wygrać chcieli, bo wygrana jest wygraną, ale młodzi Cavs naciskali. Na koniec III kwarty LBJ spudłował rzut. Ktoś z „front office’u” Cavs trochę za bardzo ucieszył się z pudła Jamesa. Ten spojrzał w jego stronę, pokiwał głową i odpalił lont. Lakers przegrywali po trzech kwartach 87:89. Wygrali 115:108. James zszedł z parkietu z 46 punktami, 8 zbiórkami, 6 asystami, 2 blokami, 2 przechwytami, 7/11 zza łuku. I nadal – jest to tylko kolejny mecz, kolejny wieczór w długim sezonie NBA, ale nie o to chodzi. Za to właśnie powinniśmy, jeśli nie lubić, to przynajmniej szanować te wszystkie wielkie gwiazdy NBA. LeBron wygrał wszystko, co jest do wygrania w zawodowym sporcie, gra 18 sezon w NBA, zarabia ciężkie miliony, ma 36 lat, ściga się już tylko z legendą Jordana, a cały czas potrafi wydobyć z siebie ten ogień, jak kiedyś ten, z którym się ściga. Dla mnie to jest coś wielkiego, coś inspirującego. To nie jest przypadek, że na przestrzeni karier, LeBrona, Jordana, Kobe’ego nagle pojawiali się ludzie, którzy potrafili na sezon, dwa, trzy wynieść swoją grę w okolice ich poziomu, a potem zgasnąć. Tak szybko, jak pojawiali się na horyzoncie, tak szybko odchodzili. Nie ma w tym przypadkowości. Ludzie nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że ci najwięksi, obok talentu i atletycznych ciał, dokładają jeszcze większą pracę do swojego rzemiosła. Jedni są w stanie tak żyć przez pięć lat, inni przez 20. Nie zapominajcie o tym.

Memphis Grizzlies. Bardzo mi się podoba to co tam widzę. Taylor Jenkins nie ma bogactwa talentu, ale z tego co ma, robi coś ciekawego. Grizz wygrali 7 z ostatnich 10 meczów, sześć z rzędu, z bilansem 8:6 są na piątym miejscu zapakowanego Zachodu. Czy to się utrzyma? Nie wiem, nie powiem Ci. Ja Morant przez skręconą kostkę zagrał dopiero sześć meczów. Grizz przetrwali jego nieobecność. Nadal poza grą są Jaren Jackson Jr i Justice Winslow. Z nimi w rotacji, jeśli wrócą na 100% zdrowi, ta drużyna wejdzie na kolejny poziom. A propos rotacji, to u coacha Jenkinsa nikt nie gra średnio więcej, niż 29 minut, za to aż 10 zawodników gra po przynajmniej 20 minut. To nie jest norma w NBA.

Oklahoma Thunder. To jest w zasadzie kopiuj/wklej tego, co robią Grizz, tyle że OKC mają gorszy bilans. Podoba mi się, że nie poszli w tankowanie, że są w grze przeciwko każdemu w tej lidze. Sześciu gracz rzuca dwucyfrową liczbę punktów. SGA nie zwolnił tempa po odejściu Chrisa Paula, a to było sporą obawą co do jego postaci przed rozpoczęciem tych rozgrywek. Okazało się, że już w wieku 22 lat jest jedynką na poziomie NBA pełną gębą, z którą można wiele. Jak wiele? To jest osobne rozważanie. Wiesz, jak nazywa się coach Thunder?

San Antonio Spurs. Nadal nie wiem, co o nich myśleć, ale na swój sposób podoba mi się, co się tam dzieje, trochę intryguje mnie, gdzie zakończy się ta historia w tym sezonie. Spurs mają na koncie wygrane z Nuggets, Celtics, Lakers, Clippers i Blazers. Bilans 11:9 jest taki sobie, ale na ten moment to jest dziewiąte miejsce, które daje prawo grę w play-in turnieju. Ja tam, mimo wszystko, nie chciałbym musieć grać z Popem w szachy.

Lamelo Ball. Krótko – ten chłopak rozumie grę. Jeśli nie zabraknie mu ognia, żeby się rozwijać, to może być kimś w tej lidze. To już wygląda jak najlepsza kadrowo decyzja w karierze Michaela Jordana.

Tyrese Haliburton. Młodych rozgrywających NBA często przerasta, potem wsysa i wypluwa. 20-letni Haliburton wszedł do ligi i praktycznie z miejsca zaczął produkować. Spokój, opanowanie, decyzyjność, to już jest poziom solidnego 25-27-latka. Jak zacznie dokładać do swojej gry, jak zacznie zdobywać doświadczenie, a także jak dorzuci parę kilogramów do swojej masy mięśniowej, możemy się nawet nie obejrzeć, jak będziemy głosować na niego do Meczu Gwiazd.

De’Andre Hunter. Cichy, ale warty odnotowania rozwój. 17/5/2, 51% z gry. Biorę w ciemno na miejscu Hawks.

Chris Boucher. Slim Duck dostał szansę w rotacji i z niej korzysta. 13.5 punktu, 6.3 zbiórki, 2.1 bloku, 1.1 asysty, 44.9% zza łuku. Nie możesz żądać więcej.

O.G. Anunoby. Śledzę jego karierę z bliska od samego początku. Podczas moich wypraw do Toronto miałem okazję widzieć, jak trenuje, jak podchodzi do meczów, jaka jest jego mowa ciała poza boiskiem. Raps, wybierając go w drafcie 2017 roku z 23 numerem liczyli na gościa „3 and D” przy czym to tego „3” było wielkim znakiem zapytania. Nigdy nie było wątpliwości, że może stać się znakomitym obrońcą. Jest potężnie zbudowany, może telewizja nie do końca to oddaje. Ma silne nogi. On chyba dopiero w tym sezonie zaczął zdawać sobie sprawę z tego jak jest silny. Pamiętam, jak ludzie w organizacji Raptors mówili, że marzą o tym, żeby OG trafiał trójki na poziomie takim, żeby tylko dało się nim grać, żeby nie był dziurą w ataku. Tylko tyle. I to zawsze był element gry, do którego przykładali ogromną wagę kierunkując jego rozwój. OG trafia w tym sezonie po 2.5 trójki na mecz, przy skuteczności 43.3%. A to już jest dużo powyżej poziomu „żeby tylko dało się nim grać.” Mam wrażenie, że jego 14.6 punktu, 5.8 zbiórki, 2.1 przechwytu oraz 1.6 asysty to dopiero początek. Kupujcie nieruchomości na jego wyspie, bo niedługo nie będzie już miejsca.

Houston Rockets. Podoba mi się, że wychodzą na prostą po zawirowaniach z odchodzeniem Hardena. Wygrali ostatnich pięć meczów i z bilansem 9:9 okupują dziesiąte miejsce na Zachodzie. A to już byłby play-in, czyli zawsze coś. Coach Silas pokazuje, że w pełni zasłużył na szansę bycia jednym z 30 trenerów w NBA.

Giannis za to nagranie. Nie wiem dlaczego, ale bardzo mi się podoba. Niby krótki filmik, ale sporo pokazuje. Giannis ma dystans do siebie, poczucie humoru…i coraz większe bicepsy.


* Tekst napisałem oryginalnie dla portalu Unibet.

1 comment on “Śliwki vs Robaczywki 2020-21 Vol.3

  1. Pingback: Śliwki vs Robaczywki 2020-21 Vol.4 – Karol Mówi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.