Śliwki vs Robaczywki w Bańce vol. 3

Dzień dobry! Zapraszam na garść Robaczywek prosto z “bańki” w Orlando! Trochę sporo mi wyszło, więc przed rozpoczęciem, nalej sobie czegoś do szklanki, zrób sobie kanapkę. Zapraszam!

– 76ers. Wielka robaczywka dla całej organizacji. To, że w kiepskim stylu pożegnali się z sezonem, to jedno. Drugie, ważniejsze, jest to, że prognozy na przyszłość nie są różowe. Licząc razem z tymi rozgrywkami, Szóstki zapłacą za usługi Harrisa i Horforda $290 mln w ciągu pięciu lat. Embiid i Simmons nadal nie będą maksymalizować swoich talentów, dopóki któryś nie nauczy się dobrze rzucać. Ale z drugiej strony, ciekawie będzie patrzeć, jaki Elton Brand ma pomysł na ten skład.

– Bucks jeszcze nie odpadli z play-offs, Giannis ma jeszcze przez rok ważny kontrakt, a już wściekłe media i wściekli kibice rysują narracje, że musi odejść z Milwaukee. Najdziwniejsze jest to, że z obozu samego Giannisa jeszcze nigdy nie było choćby pół sugestii, że może chcieć opuścić Wisconsin. Drażni mnie to od lat. Tworzy się narracje, że młode gwiazdy muszą odchodzić, muszą łączyć się w super drużyny, najlepiej w wielkich organizacjach, w wielkich ośrodkach. Tworzy się sztuczną presję czasu, że niby to danemu graczowi powinno zacząć się spieszyć do zdobycia tytułu. To jest szaleństwo. Czy Giannis, w koszulce Heat, Lakers, Raptors, czy kogokolwiek innego, nagle zmieniłby drastycznie swój styl gry? Nagle nauczyłby się rzucać? Drużyna, która w sezonie regularnym podchodziła pod 70 wygranych (gdyby sezon się odbył w całości), która w przekroju historii NBA robiła rzeczy na obu końcach parkietu, które robiła dosłownie garstka przed nimi, nagle jest złą organizacją dla gwiazdy Antetokounmpo, dla maksymalizowania jego talentu? Czy do tego sprowadza się to wściekłe ujadanie? Zamiast komplementować grę i taktykę Heat, ludzie urządzili sobie igrzyska jechania po Bucks, którzy jeszcze tydzień temu byli ich faworytem do tytułu. Aj, szkoda gadać.

– Od zakończenia pierwszej rundy play-offs, zawodnicy NBA dostali zgodę na sprowadzenie do bańki swoich rodzin. Sędziowie dostali zgodę na sprowadzenie po jednej osobie towarzyszącej. A trenerzy nie. Moim zdaniem jest to skandal. Mówi o tym Mike Malone z Denver Nuggets.

– Paul Millsap. Nie istniał w serii z Jazz. W siedmiu meczach tylko raz przekroczył pułap 10 punktów. Jego średnie z serii to tylko 6.9 punktu, 3.3 zbiórki oraz 1.1 asysty. Rok temu dawał Nuggets prawie 15 punktów i prawie 8 zbiórek w postseason. Dwa lata temu, w Atlancie produkował 24/9/4.

– Marcus Morris. Robaczywkę dostaje za dobrze wiecie co. Luka Doncic jechał z nim, jak z małym, kwiczącym dzieckiem. Morris z kolei, nie ma co się dziwić, był tym sfrustrowany. W końcu ma w lidze opinię gracza 3 and D.  W meczu kończącym serię bez pardonu, skosił atakującego kosz Doncica. Sędziowie bardzo słusznie wyrzucili go za to z boiska. Potem na swoich platformach społecznościowych stwierdził, że młody Słoweniec jest płaczkiem. Brakowało tylko, żeby Marcus Morris założył na nos pompon klauna. Bo do tego sprowadził swoją postać w starciu z Luką. Zupełnie niepotrzebnie, bo trochę bez echa przeszło, że wcale nie był w tej serii tak tragiczny, jakby mogło się wydawać. 12.8 punktu na mecz, do tego 5.7 zbiórki, 2 asysty i 1.3 przechwytu, 57.8% zza łuku (!). Po prostu nie był w stanie kryć Doncica, co zapewne spędzało mu sen z powiek, ale przecież tak to już będzie przez najbliższych 15 lat w NBA.

– Markieff Morris. 19 punktów, 19 zbiórek, 5 asyst, 2 bloki i przechwyt. Nieźle, co? Tyle, że to jego łączna zdobycz za całą serię z Blazers. Nie o takiego bliźniaka Lakers się starali!

– Irytuje mnie sposób, w jaki Dwight Howard reaguje na faule odgwizdywane przeciwko niemu. Zawsze zdziwiony, oburzony, roszczeniowy. Że to wcale nie tak, że to nie on, że tamten zaczął. Duże dziecko.

– Reggie Miller. Komentuje NBA od lat, ale dalej nie rozumie, dalej się nie nauczył. Reggie ma problem z dzisiejszą NBA. Być może nawet sam o tym nie wie. Nie lubię jego sposobu komentowania meczów. Pisałem już o tym kiedyś. Opowiada banały, emocjonuje się głupotami. Ma dość ciężkie poczucie humoru. Ale załóżmy, że jest to tylko moje odczucie, z którym zgadzać się nie trzeba. Ale Miller robi coś jeszcze, co już nie jest tylko moim odczuciem, a faktem, z którym, moim zdaniem sama NBA powinna coś zrobić. Otóż Miller, dość regularnie, podczas transmisji meczów, przepraszam bardzo, oddaje kał na obecną NBA, czyli de facto, oddaje kał na swojego (niebezpośredniego) chlebodawcę, a nam, kibicom, obrzydza sam produkt. Reggie od lat ma problem z kierunkiem, w jakim poszła liga, która najzwyczajniej w świecie oczyściła się z brutalności. Tylko tyle i aż tyle. Trzy lata temu NBA wprowadziła nowe dyrektywy odnośnie oceniania sytuacji związanych z faulami niesportowymi. Miller, komentujący jeden z pierwszych meczów tamtych rozgrywek, miał z tym ewidentny problem podczas transmisji. “O nie, o nie, oni będą to oglądać. Ale po co? Po co? Przecież to był zwykły faul. Twardy, ale zwykły faul. Nie róbmy tego. Nie idźmy tam.”. Reggie oświadczył wtedy , że w obecnej NBA zdobywałby po 50 punktów na mecz. Podczas ostatniego meczu Heat-Bucks zjechał do 45 punktów. Dalej ma problem z tym, że jego zdaniem, dziś nie da się bronić przeciwko strzelcom. Albo Reggie nie rozumie tego, co widzi z pozycji parkietu, tego jak zmieniała się przez lata liga, albo nie wiem, może ma żal do NBA, że dziś zawodnicy mogą w niecałe trzy sezony zarobić tyle, co on przez 18 lat w lidze. Nie wiem, ale przeszkadza mi to.

– Jak już jesteśmy przy ludziach mediów, to robaczywka dla Kendricka Perkinsa i Paula Pierce’a za głupie gadanie. Rozumiem, że zaczynają swoje kariery w mediach i zależy im na tym, żeby szybko zbudować swoje wizerunki, jako ludzi, którzy mają swoje opinie, którzy analitycznie patrzą na NBA. Chcą, żeby ich głos był słyszalny. Problem w tym, że w wielu ich wypowiedziach brakuje logiki, spójności, sensu. Chyba nie o takie wizerunku powinno im chodzić. Pozdrawiam fanów Celtics składu 2008.

– Komunikaty sędziów. Jak dla mnie, osoby która też sędziuje mecze koszykówki, ogromnym atutem transmisji meczów NBA, zawsze było to, że sędziowie nie byli nigdy częścią przedstawienia. Teraz w bańce, z jakiegoś powodu, zaczyna się ich eksponować. Mówią do mikrofonów, co będą robić, potem ogłaszają, co postanowili. Nie potrzebujemy tego. Jak siadam do NBA, to chcę oglądać mecz koszykówki. Nie interesuje mnie wykładnia przepisów, mimo że jestem sędzią. Płacę za oglądanie meczu koszykówki, nie za klinikę sędziowską. Proszę więc o mecz koszykówki.

– A skoro już jesteśmy przy sędziach, to odgwizdują zdecydowanie za dużo fauli przy rzutach. Od paru sezonów, sędziowie NBA i FIBA, stosują zasadę chronienia strzelców. I to jest dobry kierunek. Przy czym, tutaj w bańce, moim zdaniem, ta zasada jest zbyt mocno naciągana. Końcówka meczu nr 2 Bucks-Heat. Heat prowadzą trzema punktami. Na cztery sekundy przed końcem meczu Middleton jest faulowany przez Dragica (to znaczy, taka jest decyzja sędziów), przy rzucie za trzy punkty. Gracz Bucks trafia wszystkie trzy próby. Mamy remis. W ostatniej akcji meczu, sędziowie gwiżdżą dyskusyjny faul Giannisa na Butlerze. Gracz Heat oddaje swoje rzuty, gdy na zegarach wyświetlają się zera, gdy nikt nie stoi „w trumnie” po zbiórkę. Swoją drogą była to dopiero trzecia taka sytuacja (!) w historii NBA, pierwsza od 1979 roku. To nie jest dobra wizytówka NBA, to nie jest najlepsza reklama tego produktu. Dwa złe gwizdki niejako się zneutralizowały, wygrali Heat. Miałem wrażenie, że po złej decyzji odnośnie faulu na Middletonie, sędziowie oddali w następnej akcji. A wystarczyło w obu sytuacjach połknąć gwizdek. Słowo wyjaśnienia – sędziowie sami w sobie nie są problemem. Są najlepsi w tym biznesie na świecie. Nie da się ich zastąpić lepszymi, bo takich nie ma. Jak nie wierzycie, to pooglądajcie sobie sędziów w innych ligach. Problemem jest to, że NBA w pragnieniu bycia transparentną wykonała ruch, którego my kibice, wcale od niej nie oczekiwaliśmy. Raporty dotyczące decyzji sędziowskich z ostatnich dwóch minut meczów, 16 różnych okoliczności, w których sędziowie po prostu muszą iść obejrzeć daną akcję na ekranie, mimo że mogą nie mieć cienia wątpliwości, co tam zobaczą i jaką podejmą decyzję. To spowalnia mecz, zabiera emocje z widowiska, a w połączeniu z tym, że mamy okazję widzieć to, co oni, i mieć jak na dłoni, co w danym momencie się wydarzyło, rzuca to nieco cienia na ich kompetencje, co oczywiście jest wnioskiem błędnym. Przynosi to więc rezultat odwrotny z pierwotnie oczekiwanym.

– Kyle Kuzma. Ledwo się nie zaczął mecz, już nawet nie pamiętam który w serii z Blazers, młody gracz Lakers zaczął wykrzykiwać w stronę kamer „he can’t guard me” trafiwszy może ledwie swój drugi swój rzut. Potem walnął air balla i na tym się skończyło. Trochę za dużo tego pozerstwa, tej sztucznej twardości.

– Jacque  Vaughn. W jednym z meczów serii Raptors-Nets, sędziowie poszli do monitorów zrobić review pewnego zagrania, czy miało miejsce w czasie. Werdykt nie był po myśli trenera Nets. Ten natychmiast wziął challenge, czyli dosłownie wysłał sędziów do obejrzenia akcji, którą parę chwil wcześniej oglądali i już podjęli decyzję. Oczywiście jego challenge nie był zakończony sukcesem.

– Robaczywka dla białych, polskich chłopców, którzy z jednej strony twierdzą, że czarni w Ameryce przesadzają, że rasizmu tam nie ma (bo pan Larry Elder tak im powiedział). Utrzymują, że czarni są zbyt wrażliwi i przereagowują rzeczywistość. Podczas gdy ci sami biali, polscy chłopcy gotują się na brak reakcji ze strony NBA w sprawie niesławnych słów Montrezla Harrella pod adresem Luki Doncica. Że jak to? Gdyby było odwrotnie, to by była afera. Owszem, tu macie racje. Byłaby to afera. I nie mówię, że się z tym zgadzam, bo się nie zgadzam. Niestety tak działa ten świat, że przyjmowane są różne kryteria do oceniania zachowań w odniesieniu do obu ras. Zalecam dystans i trochę mniej emocji.

– Podczas trzydniowego bojkotu meczów, dochodziły do nas różne informacje z bańki. O rozmowach na linii gracze-właściciele, o pomysłach na przyszłość, o rolach, jakie odgrywali w tychże rozmowach różni gracze. Temat można by rozebrać na czynniki pierwsze, ale za dużo tego politykowania w NBA ostatnio (tym bardziej, że kolejna robaczywka też taka będzie). Robaczywka dla Clippers i Lakers, którzy podobno, jako jedyne dwie ekipy w bańce, chcieli zakończyć sezon i wyjechać z Orlando. Aż dziw bierze, że LeBron na jesieni swojej kariery był gotowy zrobić coś takiego. Że AD, Kawhi i PG też tego chcieli. Pytaniem retorycznym jest tu pytanie w jaki sposób zakończenie sezonu, miałoby pomóc sprawie?

– Nie chciałem zaczynać od tego tematu, bo być może byśmy się nie spotkali tu na końcu tego tekstu. Wielka robaczywka wędruje do Stephena A. Smitha z ESPN. Jak zapewne już wiecie, Steve Nash został zatrudniony na stanowisko głównego trenera Brooklyn Nets. 46-letnie Kanadyjczyk jeszcze nie prowadził żadnej drużyny NBA, ale ma za sobą 18 lat doświadczenia w NBA na newralgicznej pozycji rozgrywającego. Ma coś jeszcze – przyjaźni się z Kevinem Durantem, bo pracował z nim przez trzy lata w Warriors. Poza tym, przez dwa lata dzielił szatnię w Phoenix z obecnym menadżerem klubu, Seanem Marksem. Stephen A. Smith ma to gdzieś. Jego zdaniem głównym kryterium, które zadecydowało o zatrudnieniu Nasha, był jego…kolor skóry. Smith, zanim strzelił zwrotem white privilege, dość przytomnie wymienił argumenty logicznie przemawiające za słusznością zatrudnienia Nasha. Ale jest biały. I to jest problem dla pana Smitha. On podkreśla nawet, że wie, iż liderzy Nets, KD i Kyrie, dali zielne światło do tego ruchu, ale nadal ma problem z…ilością melaniny w skórze Nasha?! Bardzo przepraszam, ale to jest obrzydliwy bełkot. Swego czasu ciemnoskórzy Derek Fisher i Jason Kidd dostali posady głównych trenerów bezpośrednio po zakończeniu gry. Smith wymienia nazwiska Marka Jacksona, Sama Cassella, Tyronna Lue i głośno pyta, czemu któryś z nich nie dostał pacy w Nets. Nie wiem czy pan Smith zdaje sobie sprawę z tego, że to jest właśnie rasizm. W czystej postaci. No bo niby Nash ma kompetencje, niby klub i liderzy go chcieli. On to rozumie. Ale kolor skóry nie ten?! Czemu niby Nash miałby nie dostać tej pracy? Bo są czarni trenerzy w kolejce? Czy Smith chce powiedzieć, że gdyby KD i Kyrie chcieli ciemnoskórego coacha, to by go nie dostali? Smith wspomina o tych szczególnych czasach, gdy Ameryka walczy (albo przynajmniej tak się niektórym wydaje) o sprawiedliwość. Ale chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że postulaty takie, jak te jego w żaden sposób nie pomagają sprawie. Użycie zwrotu white privilege w tej sytuacji jest wręcz karykaturalne.

Jest też dalsza cześć. W tej Smith zarzuca KD i Kyrie’emu, że ci woleli białego trenera, zamiast z któregoś z czarnych szkoleniowców. Tworzona jest też narracja przez Smitha, że czarni trenerzy, nawet jak dostają prace, to zazwyczaj w trudniejszych warunkach. Nash dostał „samograja”. Oczom i uszom nie wierzę, gdy słucham tej pokrętnej logi, która nie trzyma się kupy, poza jedynym argumentem – Nash jest biały.



* Tekst napisałem oryginalnie dla portalu Unibet.

1 comment on “Śliwki vs Robaczywki w Bańce vol. 3

  1. Pingback: Boogie Cousins zawsze groźny – Karol Mówi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.