Toronto 2019

Czołem Toronto! Znów się widzimy! Cieszę się! Ty też? Lubię to miasto. Lubię jego luz, pozytywnych, uśmiechniętych ludzi. Kanada, pod wieloma względami, jest trochę jak Skandynawia, tylko że po angielsku. I nie chodzi mi o łosie i niskie temperatury. Tym razem postanowiłem nie popełnić błędu sprzed roku. Mam plan, żeby napisać parę słów po każdym meczu, na którym będę, a nie odkładać tego do powrotu do domu. Wszyscy wiemy, jak to się kończy. W zasadzie, to jestem winny czytelnikom, ale przede wszystkim samemu sobie, jeszcze jeden wpis z zeszłorocznej wyprawy. Ale teraz jest teraz, więc nie grzebmy w trupach. 

Prosto z lotniska ruszyłem do ACC, oj przepraszam, to już nie jest Air Canada Centre, tylko Scotiabank Arena. Gdybym się w którymś z kolejnych wpisów pomylił, to wiedzcie, że Torontyjczycy też nie do końca uznają tej nowej nazwy. Jeśli już przy ACC jesteśmy, to dzień wcześniej, 21 lutego, minęła dokładnie dwudziesta rocznica pierwszego meczu Raptors w tym obiekcie. Wcześniej, przez trzy sezony, od początku swojego istnienia, drużyna grała w hali Skydome, która była przeogromna, i nie do końca nadawała się do oglądania koszykówki. Na pewno nie z tych górnych sektorów. 


Gdy przed sezonem analizowałem kalendarz Raptors pod kątem zobaczenia jak największej liczby meczów w jak najkrótszym czasie w ramach jednej wyprawy, zakreśliłem sobie dwa okna. Ostatecznie wybrałem to tutaj, które zaczęło się w piątek, na które składać się będzie (prawdopodobnie) pięć meczów. Cztery na pewno. 


Zacząłem mocnym akcentem. Do Szóstki przyjechali wielcy San Antonio Spurs. Mów, co chcesz. Dopóki drużynę z Teksasu będzie prowadził Gregg Popovich, dopóty będę ten klub nazywał wielkim, bez względu na ich pozycję w tabeli. Był to mecz sentymentalny. DeMar Derozan po raz pierwszy w roli gościa, po raz pierwszy nie w koszulce Raptors. Po dziewięciu długich latach, po latach, w których z chłopca zmienił się w mężczyznę, z młodego talentu, w gracza formatu All-Star i reprezentacji Stanów Zjednoczonych. Nie było cienia wątpliwości, że chłodne zimą Toronto, przywita swoją byłą gwiazdę gorąco. Pytaniem była jedynie skala. A ta przerosła moje wyobrażenie. Koszulki DeRozana były wszędzie. Na ulicach, w metrze, w sklepach. Im bliżej hali, tym więcej. Przesadziłbym, gdybym powiedział, że w czasie meczu, na trybunach widziałem ich tysiące, ale kilka ładnych setek na pewno.


Fetowanie DeMara zaczęło się już podczas rozgrzewki, na długo przed rozpoczęciem meczu. Później, podczas prezentacji pierwszej piątki Spurs, DeRozan dostał owację na stojąco, większą, niż zazwyczaj dostawał, gdy grał w Toronto. To było niesamowite. Po rozpoczęciu meczu, kibice reagowali na każdy jego kontakt z piłką. Tego wieczoru, fani Raps mieli ulokowane uczucia w dwóch miejscach – w Raptors, rzecz jasna, oraz w DeRozanie. Jego dobre zagrania były niemal identycznie oklaskiwane, jak dobre zagrania Raps.

Podczas pierwszej przerwy na żądanie, DeMar dostał swój video tribute. Reakcja fanów była fantastyczna!


DeMar nie był jedynym byłym graczem Raps, który tego wieczoru został uhonorowany przez klub z Kanady. Jakob Poeltl, który również wziął udział w wymianie, na mocy której Kawhi Leonard trafił do Raptors, a DeMar do Spurs, również dostał swój mały video tribute. Oczywiście na odpowiednio mniejszą skalę. Powtórzę kolejny raz, moim zdaniem 23-letni Austriak, ma papiery by pograć w tej lidze kilkanaście lat, i by być podkoszowym wyjściowego składu którejś z 30 ekip NBA. Poeltl nadal bardzo kumpluje się z Pascalem Siakamem. Rozstanie nie przerwało ich przyjaźni. Po meczu obaj długo rozmawiali. Poeltl, już umyty i przebrany, wyszedł do grupki fanów, którzy zostali w hali. Identycznie robił w poprzednich dwóch latach, gdy tu grał. I tak samo, jak wtedy, Siakam był z nim. Żartowali, śmiali się, robili zdjęcia, padali sobie w objęcia.    

Można powiedzieć, że był to mecz szeroko rozumianej przyjaźni. Nie zapominajmy, że Rudy Gay zagrał w Toronto drugą część sezonu 2012-13 (po transferze z Memphis) oraz pierwszą część rozgrywek 2013-14 (potem trafił do Sacramento). On, DeRozan i Lowry spotkali się w tunelu między szatniami i długo rozmawiali. Nie zapominajmy też, że Danny Green, który razem z Leonardem trafił do Kanady, zagrał osiem długich lat w San Antonio, był ważną częścią mistrzowskiej rotacji z roku 2014. On też serdecznie sobie porozmawiał z LaMarcusem Aldridge’em i Patty Millsem. No i do tego wszystkiego trzeba dodać fakt, że naprzeciwko siebie stanęli bracia Gasol. Wprawdzie Pau wziął udział tylko w rozgrzewce, a sam mecz obejrzał z ławki, ale liczy się sam fakt. Oni też pogadali i pożartowali w tunelu między szatniami. Ten mecz był wyjątkowy na wielu płaszczyznach. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby tylu graczy na raz spotkało się w tym, wspomnianym wcześniej, tunelu łączącym obie szatnie, z którego można bezpośrednio wyjść z hali lub wejść na parkiet. Te mały grupki wyglądały jak pogawędki podczas szkolnej przerwy.

Sam mecz był niezły. Trzymał w napięciu do samego końca. Na 44 sekundy przed końcem, Marco Belinelli, rzutem za trzy punkty, z podania DeRozana, dał Spurs prowadzenie 117:115. Na niecałe 25 sekund przed końcem meczu, faulowany był Ibaka, który trafił tylko jeden rzut wolny. Piłkę zebrał DeRozan. Wydawało się, że Raps będą chcieli przerwać akcję faulem, postawić go na linii i tym samym dać sobie dodatkowe posiadanie na przynajmniej doprowadzenie do remisu. Tymczasem agresywnie broniący Leonard, z pomocą Lowry’ego zdołali zabrać mu piłkę. Kawhi popędził w stronę kosza i skończył akcję bezpiecznym wsadem z jednej ręki. W odpowiedzi Spurs nie byli w stanie oddać czystego rzutu.

DeMar zapytany po meczu, co sądzi o Raptors, posłużył się porównaniem do byłej dziewczyny, którą spotyka się pierwszy raz po rozstaniu. “Yeah, and you be like, damn, she still fine as hell.” 

DeRozan był najlepszym strzelcem Spurs (23). Dla Raptors najlepiej punktowali Kawhi (25) i Siakam (22). 

 

Złapałem Gregga Popovicha. Niestety dla mnie, było to już na długo po meczu, trochę po tym, jak Pop był dostępny dla mediów. Już był przebrany z meczowego garnituru, w brązową skórzaną kurtkę, swoją drogą całkiem stylową, wyglądał na zmęczonego. 

– Mogę zadać jedno pytanie?

– Zadaj. Jak mi się spodoba, to odpowiem.

– Koszykówka bardzo się zmieniła w ostatniej dekadzie. Mocno zatarły się tradycyjne pozycje, dużo więcej rzuca się za trzy punkty. Jak, w opinii trenera koszykówka będzie zmieniać się dalej, jak będzie wyglądać powiedzmy za 5-10 lat? W którym kierunku może to wszystko pójść?

– No, pytanie całkiem dobre (uśmiech), ale ja nie jestem aż taki mądry, żeby Ci odpowiedzieć.

Pop, zanim odpowiedział, spojrzał na mój telefon z włączonym dyktafonem, potem na moją akredytację. Być może zainteresował go polski język na ekranie. Nie licząc dwóch Hiszpanów, zdaje się, że byłem tego dnia jedynym przedstawicielem mediów spoza USA i Kanady.  

Ale za to udało mi się złapać dwóch, a nawet trzech graczy. Pogadałem chwilę z Davisem Bertansem i Pau Gasolem.

Bertans przekonywał, że koszykówka na Łotwie idzie mocno w górę, że zainteresowanie tym sportem rośnie. I o ile obecność w NBA jego samego, Kristapsa Porzingisa i Rodionsa Kurucsa, to wypadkowa wielu sprzyjających im okoliczności, o tyle młode pokolenie łotewskich koszykarzy rozwija się w oparciu o program, który ma szerokie podstawy, jest profesjonalnie zaplanowany, konsekwentnie realizowany i ma szansę wypalić. Przynajmniej jego zdaniem. Davis dostrzega kilka młodych talentów, które już niedługo mogą zapukać do bram zawodowej koszykówki. Bardzo podoba mu się kadra U19, widzi w jej składzie kilku zawodników, którzy mają szansę trafić do drużyn Euroligi lub nawet NBA.

Byliśmy w trakcie ostatniego okna dla reprezentacji, w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata, więc pozwoliłem sobie zapytać go, co sądzi o zreformowanej formule FIBA odnośnie rozgrywania eliminacji (okna w trakcie sezonu, kosztem wakacyjnych turniejów, które siłą rzeczy pozbawiają zawodników NBA możliwości gry). Gracz Spurs przyznał, że ubolewa nad tym, że nie może pomagać drużynie narodowej podczas rozgrywek NBA. W poniedziałek Łotwa stoczy wyjazdowy bitwę z Czarnogórą. Gospodarze będą bronić ośmiopunktowej zaliczki wywiezionej z Rygi.


Pau zapytałem o to samo. Powiedział, że jego zdaniem to nie jest dobry pomysł FIBA, ponieważ to nie daje równych szans drużynom, bo jedne tracą znaczących graczy w skali NBA czy Euroligi, a inne z kolei, przystępują do eliminacji prawie niezmienione. Hiszpan zwrócił uwagę na Słowenię, aktualnych mistrzów Europy, którzy w swojej grupie eliminacyjnej do Mistrzostw Świata zajęli ostatnie miejsce po przegraniu dziewięciu z jedenastu meczów. Jego zdaniem poprzedni system działał całkiem nieźle. Zawodnicy lubili rywalizować podczas wakacyjnych turniejów. 

Na temat brata Marca, który niedawno przeniósł się Toronto. O jego roli w drużynie, grze (póki co) z ławki. “Mój brat rozumie koszykówkę, gra w tej lidze wystarczająco długo, by wiedzieć, że Raptors ściągnęli go tutaj, żeby pomógł im zdobyć mistrzowski tytuł. Ostatecznie, jeśli drużyna będzie wygrywać, jego rola zmiennika nie będzie mieć dla niego znaczenia. To nowa rola dla niego. Marc był starterem przez wiele ostatnich lat. Ale on zdaje sobie sprawę z tego, że zmiana drużyny, to jest proces, sztuka kompromisów. Marc jest świetnym koszykarzem, uwielbia rywalizację. Na tym etapie swojej kariery zależy mu tylko na wygrywaniu.” 

Powiedziałem, że udało mi się złapać dwóch, a nawet trzech graczy, bo z dwoma pogadałem, a z trzecim zrobiłem tylko zdjęcie. Kolega OG Anunoby’ego, któremu dałem aparat, ewidentnie nie umie w zdjęcia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.