Abecadło z pieca spadło, prosto na me Jordany

Kiedyś w liceum na polskim robiliśmy analizę wiersza. Nie pamiętam czyjego pióra. Ale to nie jest ważne w tym momencie. Nauczycielka zapytała nas dlaczego autor w którymś z wersów użył pewnego słowa a nie innego.
"Bo mu się ilość sylab nie zgadzała." – powiedział mój kolega.
I wcale nie żartował.
Oczywiście prawidłowa odpowiedź a raczej taka, jakiej oczekiwała nauczycielka była inna – bo autor przez ten konkretny zabieg, chciał przekazać to i to.

Ale wysłuchała z powagą argumentów mojego kolegi, do którego ja się podłączyłem w trakcie, mimo że jej pierwsza reakcja na jego słowa brzmiała: "No wiesz Jakub?! Przecież [nazwisko autora] to był wielki poeta."

Argumenty nasze były takie: Nikt nie kwestionuje, że [tu znów pada nazwisko tegoż poety – dajmy na to, że był to Lord Byron] był utalentowanym pisarzem, że tworzył ponadczasowe dzieła. Ale prawda o nim i o innych artystach jest taka, że oni też musieli/muszą coś do garnka włożyć, muszą mieć za co zapłacić za mieszkanie i tego typu rzeczy, które ponadczasowymi nie są.

Poeta dostaje natchnienia, siada i tworzy wielkie dzieło. Ale kiedy natchnienie nie przychodzi a coś stworzyć (i sprzedać) musi, wtedy pojawia się potrzeba wyprodukowania czegoś – tak zwyczajnie, bez namaszczenia, bez Joyce’owskiego strumienia świadomości.

Jedne dzieła stają się dziedzictwem kultury a inne pomagają napalić w piecu…

Nie słucham polskiego hip-hopu. Kojarzę tylko niektóre nazwiska ale w większości są to dla mnie anonimowe osoby. Nie znam ich twórczości, choć słyszałem i znam kilka kawałków.
To nie jest jakaś tam moja manifestacja bo
jestem więcej niż pewny, że wśród nich są prawdziwi artyści z czymś wartościowym do przekazania – po prostu nie słucham i już.

Jest wśród nich taki pan, którego pseudonim artystyczny brzmi Ten Typ Mes.
Nie sądziłem, że kiedyś na swoim blogu o NBA poświęcę temu panu wpis ale – hej – chyba właśnie to się dzieje.

Szczepan Radzki, mój kolega z Magazynu MVP odniósł się na swojej stronie do pewnego felietonu Mesa, zamieszczonego na stronie T-Mobile.pl

Przeczytałem wpis Szczepana, przeczytałem wpis Mesa…
 
Przypomniał mi się Jakub, nauczycielka i tamta lekcja polskiego.

"Abecadło z pieca spadło,
 O ziemię się hukło,
Rozsypało się po kątach,
Strasznie się potłukło."

Dziękuję panie Julianie.

Jemu (Mesowi) ewidentnie nic ciekawego nie przyszło do głowy tego dnia. Wiem jak to jest – czasem musisz coś napisać i ci nie idzie. A czasem jedziesz autobusem i tryskasz pomysłami a nie masz przy sobie nic do zanotowania uciekających myśli.
Mes miał jeden z tych dni, gdy termin go gonił a w głowie była pustka.

O, a może napiszę o tych, co buty sportowe kolekcjonują… no i napisał.

Mes nie uderza bezpośrednio we mnie. Mam kilka par Jordanów, kilku już nie mam. Mam kilka par Kobenów, kilku już nie mam. Mam parę innych modeli. Kolekcją bym tego nie nazwał – ot, specjalistyczna odzież robocza jeśli wiesz o czym mówię, a wiem, że wiesz o czym mówię.

Mes uderza jednak w środowisko, które z oczywistych przyczyn jest bardzo dobrze mi znane i bliskie.
I nie wie jak bardzo się myli w swoim felietonie.

"Adidaski są potrzebne, wiadomo. Nie urodziłem się w mokasynach, lubię śmigać w obuwiu lekkim i podbitym bąblowatą podeszwą, więc zrozumcie mnie dobrze: nie hejtuję butów, a podważam sens but-manii." – pisze Mes. "Bo pielęgnowanie w sobie apetytu na konkretne modele Łyżwy i ustawianie
ich w piramidy w specjalnych szafach zdaje mi się 44,5 raza mniej męskie
niż jakiekolwiek moje niby pedalskie laczki."
– dodaje.

Dalej wytacza ostre działa. Chce kolekcjonerów butów, chwycić za serca i sumienia. Ukazuje życie ciemiężonych dzieci w Chinach. Ciemiężonych przez butowe korporacje, które zmuszają je do katorżniczej, półniewolniczej pracy. Wszystko po to, żeby połechtać ego tych, którzy te buty kupują.
Mes podkreśla korporacyjność całego procesu, przybliża nam mechanizmy windujące ceny owych wyrobów obuwniczych.

Tu czytanie na chwile przerywamy, żeby zobaczyć bosego autora felietonu, puszczającego kaczuszki.

Pod fotką poznajemy pragenezę powstanie tekstu. Mes, jak sam pisze, podnieca się pewnym porównaniem, które nawet zapisał sobie w telefonie. Brzmi ono tak:

"Dorabianie filozofii elitarności do modeli ciżemek z ChRL jest jak kolekcjonowanie kanapek z McDonalda." – z wykrzyknikiem na końcu.   

Wszystko jasne. Znamy inspirację do napisania tekstu.
Następnie, jak w przypadku produkcji butów w Chinach, Mes pozwala sobie zapoznać nas z masową produkcją żywności w fast-foodach, na wybranym przykładzie.

Na koniec konkluzja, w której Mesowi wydaje się, że "owrzodził kolekcjonerom tyłki niewygodną krytyką". Potem płynne przejście do jego odzieżowych klimatów – skórzany but, lepsza marynarka, szwajcarski zegarek.

Czyli co?
Mes lubi śmigać w adidaskach ale gardzi tylko tymi modelami kolekcjonerskimi, tymi droższymi, tymi limitowanymi, tymi pfffee?
Jego seryjne adidaski nie są wyprodukowane w Chinach?
Przebitka w cenie do faktycznej wartości jest jeszcze do zaakceptowania w wersjach regularnych ale w
kolekcjonerskich już nie?

Przeczytałem komentarze pod jego wpisem. Zrobiłem to, kiedy już miałem sporą część tego tekstu.  
Komentujący doszukują się tam dissa na kogoś z branży.
Czyli co? Szczepan i ja dostaliśmy zbłąkaną kulkę?
No cóż w szeroko rozumianej kulturze hip-hop takie rzeczy się zdarzają. Jeśli Mes chciał zastrzelić swoich wrogów po fachu, to przy okazji rykoszet sięgnął i nas.

Mylisz się Piotrek. Dla nas ludzi koszykówki buty to nie jest lans. To nie jest kolekcjonowanie kanapek. I wcale nie dorabiamy do tego filozofii. Może twoi koledzy po fachu tak mają i tak robią ale skoro strzelasz ogólnie, to strzelasz też w nas.

Nosimy Jordany XI, XII i XIII i inne bo uwielbiamy tego, który nosił je jako pierwszy. Wracamy do tych czasów. 72:10, Flu Game, The Last Dance, It Must Be The Shoes, The Shot…mówić dalej?

A pamiętasz?
Nie, nie pamiętasz, bo to nie twoja bajka Piotrek. Nie masz pojęcia, o czym napisałem dwie linijki wyżej. Gdybyś pamiętał, znał temat, to byś nie pisał tekstów inspirowanych zdaniem zapisanym w telefonie. Nie wyjeżdżałbyś do Chin, żeby pokazać nam biedne dzieci. Twój szewc Bentley’em nie jeździ choć twoja świńska skórka jego roboty też potrafi kosztować kilkaset euro za parę.
Biorę do ręki but i wprowadzam cię opowiadaniem do świata, którego nie znasz, być może nie rozumiesz. Wszak koszykówka to sport u zarania akademicki, dający się pokochać i zrozumieć dopiero od pewnego poziomu. 44 i pół to trochę za mało Piotrek…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.