Dwa słowa o zwolnieniu Freda Hoiberga z Fredem Hoibergiem w tle

Przeczytaj to sobie, bo pragnę sprowadzić światło na obszary Twojej wiedzy o zawodowej koszykówce, które na ten moment pokrywa ciemność. Głęboka ciemność. Egipska ciemność. Będziesz mieć spokojniej. A następnym razem, jak w rozmowie o NBA, ktoś Ci powie, ze coach X z klubu Y, musi odejść, Ty wtedy przekażesz tę światłość, a przy okazji błyśniesz. Dobrze?

Nie mam nic wspólnego z Fredem Hoibergiem. Nie znam go osobiście. Nie zapłacił mi za to, żebym go bronił. A szkoda! Choć w gruncie rzeczy, ja go nie bronie. Bo dlaczego niby? Rozmawiamy tu jedynie o pewnym zjawisku, którego będziesz mógł/będziesz mogła, używać sobie potem jako prawidła w podobnych sytuacjach, które na pewno się zdarzą. 

Nie wiem czy Fred Hoiberg jest dobrym trenerem. Nie wiem też czy jest złym trenerem. Ale to nie jest tu najistotniejsze. Ty tez tego nie wiesz, choć na podstawie błędnego wyciągania wniosków, albo raczej braku odpowiedniej znajomości ligowych realiów, wydaje Ci się, że wiesz. Nie wiesz. Uwierz. I o tym głównie jest ten tekst.

W NBA jest dosłownie garstka trenerów, którzy mają swobodę działania, jeśli chodzi o rotacje i dystrybucję minut gry dla zawodników. Ta wąska garstka zawęża się jeszcze bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę trenerów, którzy mają jakiś głos przy okazji ruchów kadrowych. Zawodowa koszykówka to jest biznes. W wydaniu NBA, ten biznes jest zjawiskiem jeszcze wyższego poziomu. Zanim pogadamy o Fredzie Hoibergu, chciałbym zabrać Cię w pewną podróż.

Daj rękę. Pokażę Ci w czym rzecz…

Każdego roku, o zdobyciu tytułu w NBA, mówi jakieś 6-8 ekip, choć realnie marzyć o pierścieniu może maksymalnie 4-5 drużyn. Dalej jest grupa w miarę pewna play-offów, której ambicją jest zamieszać. Jak się uda zamieszać, czyli dajmy na to, zagrać game 7 w II rundzie lub dalej, to fajnie, jak nie, to też dobrze. Następna jest grupa drużyn, których ambicją jest samo wejście do play-offs. Mniej więcej połowa ekip NBA chce wyłącznie zarobić, przetrwać, istnieć w lidze. Wygrywać? Przy okazji. Jakby się dało. Już na starcie rozgrywek wiedzą, że nie grają o nic. W aspekcie czysto sportowym rzecz jasna, bo przecież każda organizacja NBA, jest źródełkiem, z którego biją dolary. Z jednego miejsca bije ich więcej, z innego mniej. Liga NBA, to taki trochę kołchoz. System salary cap daje iluzję sprawiedliwych szans dla każdej z 30 drużyn. Iluzję, bo jak jest w rzeczywistości, wszyscy wiemy. W takim Los Angeles zawsze będzie fajniej, niż w takim Milwaukee. Od roku 1999 roku, 16 z 20 mistrzowskich tytułów trafiło do zaledwie czterech miast. Cztery inne miasta rozdzieliły między siebie cztery pozostałe pierścienie. Trochę daje to do myślenia, prawda? Gdyby nie salary cap, NBA którą znamy i lubimy, nie miałaby racji bytu. Liga stałaby się ligą (przynajmniej) dwóch prędkości. Bogaci byliby jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze biedniejsi. Największy talent skupiłby się w obrębie 8-10 najbogatszych, największych i najfajniejszych miast USA (+ może Toronto), reszta musiałaby zamykać biznes. I może właśnie taką ligę, złożoną z 10-12 drużyn przyszłoby nam ostatecznie oglądać.

Nadążasz?

Dla Kilkunastu ekip spod parasola NBA, rokrocznie, wygrywanie nie jest nadrzędną sprawą. Oczywiście, w teorii, nikt w takim stanie nie chce trwać wiecznie. Dlatego mamy w NBA drafty, transfery, schodzące kontrakty, finansowe podłogi do zapełnienia, różne kontraktowe wyjątki i obostrzenia oraz wiele innych ciekawych figur, którymi kluby posługują się, by istnieć. Coś, jak w grze “Monopoly”. Spójrz, Bulls w tym sezonie zapłacą swoim zawodnikom ponad $105 mln z tytułu kontraktów. Bulls mają teraz bilans 5:20 i nie grają o nic. Nie licząc dobrej pozycji przed draftem. Zdejmij podłogę w salary, ściągnij 12 gości z Euroligi, albo chłopaków, którym czegoś zabrakło w drafcie, podpisz każdego za maksymalnie $5-7 mln od głowy i zrób z nimi podobny bilans, ale zostaw sobie w kasie 40 baniek. To takie proste. Przyznaj, że nie przyszło Ci to wcześniej do głowy.  

Żywotność, aktywność drużyn w NBA jest cykliczna. Są cykle przegrywania/przebudowy i cykle wygrywania/prosperity. W zależności od kompetencji zarządu i właścicieli, talentu graczy, szczęścia i paru innych czynników w obrębie danej organizacji, cykle wygrywania bywają częste i długie – czołem Spurs! Bywa też tak, że cykl przegrywania tak się zapętli, że ciężko z niego wyjść. I tu do gry wchodzi draft oraz cała gama narzędzi regulacji, które wymieniłem wcześniej. Bulls od dwóch lat wiedzą, że nie będą wygrywać. Stąd na przykład duże kontrakty dla ludzi, którzy sprzedadzą im bilety i koszulki, co w rezultacie nie tylko zwróci pieniądze za te umowy, ale też pozwoli na nich zarobić. Podobne zjawisko tyczy się wielu innych drużyn. To jest taki trochę przemiał pieniędzy. W cyklu przegrywania, ale zarabiania, można trwać w najlepsze. Pozdrawia James Dolan, którego Knicks są idealnym tego przykładem. Na boisku drużyna z Nowego Jorku jest od lat pośmiewiskiem ligi. Ale jeśli chodzi generowanie pieniędzy dla ligi, Knicks są dla NBA kurą znoszącą złote jajka.
Można mieć nosa do draftów, ściągać sobie młodych, utalentowanych graczy, i hodować ich przez 3-4 lata na mocy relatywnie niskich, debiutanckich kontraktów. Potem, przy (najczęściej) nieudanej próbie zatrzymania ich na lata, na mocy “dorosłego” kontraktu, zacząć cykl od nowa.

Jest też gra agentów. Ta gra nie tyczy się największych gwiazd, bo ich kontrakty negocjuje się łatwo, szybko i przyjemnie. Jak masz w swojej stajni LeBrona, Hardena czy Westbrooka, to idziesz tylko sprawdzić czy Twój klient w odpowiedniej rubryce złożył podpis. Ta ciemna gra agentów tyczy się zawodników średnich i słabych. Bo to oni stanowią przecież większość we wszystkich zawodowych ligach, we wszystkich sportach zespołowych. Jak to działa? Patrz. Agent wysyła CV/ofertę swojego zawodnika do pewnego klubu. Zawodnik jest średni, ale jak dasz mu szansę (minuty), to zagra Ci sezon z miłymi dla oka statystykami. Nie masz sportowego interesu w tym, żeby mu płacić i nim grać? A jeśli w stajni tegoż agenta jest też as w talii, który za rok od teraz będzie wolnym agentem? No wiesz, my mu powiemy, że ładnie potraktowaliście naszego człowieka, daliście mu pograć i zarobić. Macie obiecaną rozmowę podczas wolnej agentury. Co Wam zależy? Przecież nie gracie o wygrane. A jak przy okazji coś tam wygracie, to Wasze podwójne szczęście. Procent od kontraktu wędruje do agencji. A takich płotek jest w tym jeziorze całe multum. Nie dawało Ci spać rok temu czemu Kentavious Caldwell-Pope grał ponad przebojowym Joshem Hartem? Przeszło Ci przez myśl, że Luke Walton nie widzi rzeczy, które Ty widzisz? A wiesz, że KCP jest graczem ze stajni LeBrona? Tak to działa. O grach agentów się nie mówi, kibice z kanapy nie do końca zdają sobie sprawę z istnienia tych gier. Jest Las Vegas i jest też Las Vegas. Ale Ty już wiesz.

Zawodnicy dostają słowo, że będą grać. Czasem nawet jest to w jakiś sposób ujęte w kontraktach. Nie za karę, nie jako straszak, nie jako blokada przed większą sumą pieniędzy. Tylko dlatego, że tak chcą. Oni i ich agenci. Bo grają o kolejne kontrakty, większe, gdzie indziej. Rozumiesz? I jeśli myślisz, że jakiś trener, trenerzyna ma tu coś do powiedzenia, to jesteś w dużym błędzie. Czasem myślisz sobie, czemu on k…a nie sprawdzi tego ustawienia? Przecież to jest logiczne! Czemu nie da szansy temu czy innemu graczowi? Przecież per 36 minut on robi cuda. Czemu nie zrobi tego, czy tamtego? Trenerzy w NBA to nie są zbieracze leśnego runa. Zdaje mi się, że wiedzą o koszykówce trochę więcej, niż Ty. Bo Ty jesteś przy komputerze a oni w NBA. Prawda? Ale trenerzy w NBA, w większości, są tylko figurantami. Zawodnicy NBA, nie tylko z elity, przynoszą co wieczór do szatni saszety z przyborami do kąpieli, modne ubrania oraz własne, często przerośnięte ego i nie zawsze zdrowe ambicje. Bardzo się mylisz, jeśli myślisz, że prowadzenie drużyny NBA ma coś wspólnego z juniorskim dyscyplinowaniem. Zagrałeś źle, ławka? Grasz dobrze, dostajesz szanse? W NBA tak to nie nie działa. Podpadnij jako trener, jednemu czy drugiemu. Zaraz dostaniesz telefon z góry, która to góra dostała wcześniej telefon od wściekłego agenta rozżalonej gwiazdki. Tylko garstka trenerów NBA ma plecy na górze, tylko garstka może świadomie wejść w konflikt z graczem, bez obawy o stołek. Czołem Rajon Rondo, czołem Rick Carlisle. No i czołem Mark Cuban!

Tak to wygląda od tej drugiej strony, której nie pokazują kamery, o której nie za często mówi internet. Pomyśl o tym, daj sobie moment. Ja tymczasem wrócę do Hoiberga. Bogatszy/bogatsza o nową wiedzę, teraz spojrzysz na niego trochę inaczej. Obiecuję.

Fred Hoiber przez trzy z kawałkiem sezony pracy w Bulls, nigdy nie dostał uczciwej szansy na prowadzenie drużyny w stylu, jaki mu się marzył. A skoro pracę dostał, to znaczy, że tenże styl, został zaakceptowany przez duet Gar Forman i John Paxson. Hoiberg chciał dużo biegać, rzucać za trzy punkty. Po poprzedniku odziedziczył skład biegający i rzucający mało, z sześcioma zawodnikami w wieku 30+. Wygrał 42 mecze i o włos minął się z postseason. W kolejnym roku, dalej chciał biegać i rzucać. Dostał 34-letniego Wade’a, który z biegania dawno wyrósł i Rondo, który nie umie w to rzucanie. Ze składem, który talentem nie ociekał, który na wielu płaszczyznach był dysfunkcyjny, zrobił 41:41, wszedł do play-offs i jako ósemka, wygrał dwa pierwsze mecze z wielkimi Celtics. I kto wie, co by się działo dalej, gdyby nie kontuzja play-offowej wersji Rajona Rondo. Resztę znasz. Tankowanie rok temu. Tankowanie i teraz. To nie Hoiberg sprowadzał do Chicago zawodników. To nie on podjął decyzję o tankowaniu. To nie Hoiberg dawał kontrakty zawodnikom i sprowadzał latem wolnych agentów. Napisałem, że nie wiem czy Hoiberg jest dobrym trenerem, ale faktem jest, że jego warsztat pracy z Iowa State był wysoko oceniany przez innych amerykańskich trenerów. Z potwierdzonego źródła wiem, że trenerzy NCAA ale także NBA, mają w swoich play bookach zagrywki nazwane Hoiberg, które były podpatrzone gdy pracował w NCAA. Kopiowanie zagrywek jest zjawiskiem powszechnym, ale nie kopiuje się byle czego, od byle kogo. Chyba.

I widzisz, kolejny raz, na przestrzeni lat, przychodzi mi bronić jakiegoś trenera. Ostatnio Mike’a Taylora na EuroBaskecie, wcześniej Mike’a D’Antoni’ego, jak go zwalniali Lakers a internet śmiał się z jego wąsów. Jeszcze raz – nie bronię konkretnego nazwiska, w konkretnym klubie, tylko zjawiska. Kibice mają tendencje oceniać trenerów po wynikach, ale pamiętać musimy, że to, jak gra dany zespół, jak wygląda, jak jest zbudowany, to wypadkowa wielu różnych czynników, w których czysty coaching bywa najmniej ważną składową. Chciałem Ci o tym opowiedzieć…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.