Karol w Toronto cz. 3

Każdy meczowy wieczór w Toronto wyglądał bardzo podobnie. To znaczy przebiegał według podobnego scenariusza. Mecz a po nim mini wywiad z trenerami gości przed drzwiami ich szatni, dalej wizyta w tejże szatni oraz wizyta w szatni gospodarzy.
Co by się nie wydarzyło, zawsze miałem poczucie, że zmarnowałem czas, albo raczej, że nie wykorzystał go wystarczająco dobrze. Czułem, że mogłem zrobić więcej, więcej zobaczyć, więcej dopytać, więcej wchłonąć. Po prostu więcej. Podejrzewam, że to przypadłość każdego, kto dotyka żywej NBA tylko raz na jakiś czas. Z głową pulsującą od kłębiących się w niej myśli, szedłem do pokoju dla mediów. Się napić. Był tam taki sok jabłkowy. Dobrze schłodzony. Co według mojego kolegi, jest tajemnicą i gwarancją smaku większości soków owocowych. Lubię wiedzieć co jem i piję więc już pierwszego dnia poddałem dogłębnej analizie skład tego soku. Stałem na korytarzu koło szatni gości, pochłonięty lekturą etykiety. Przechodziły akurat koło mnie cheerleaderki Raptors. Nie zauważyłem ich. One mnie tak.
„Nie martw się. Nie przytyjesz od tego soku.” – rzuciła któraś z nich. Uspokoiła mnie.
Wypijawszy swój sok, zabierałem jeszcze wydruki ciekawostek związanych z meczem. Frekwencja w ACC, najlepsze występy graczy w odniesieniu do przeszłości, jakieś ciekawe fakty. Lubię tego typu statystyki.
I to oznaczało koniec mojego roboczego dnia. Godzina 22 w Toronto, u nas czwarta lub piąta nad ranem w zależności czy rozmawiamy o Polsce czy Finlandii. Byłem zmęczony. Ale nie umiałem zdefiniować tego zmęczenia. Czy czułem się zmęczony jak czuje się człowiek po 22 wieczorem po dniu pracy i wrażeń czy raczej jak ktoś, kto jeszcze nie zasnął o 4-5 nad ranem. Do końca nie umiałem sam siebie rozgryźć. A znam wiele twarzy zmęczenia, niewyspania, treningowego zniszczenia, suchych oczu, ciężkiej głowy.
Znaną już sobie drogą szedłem do metra. Z Union na St. George, a stamtąd na Kipling. Potem jeszcze kawałek samochodem i w domu. I tak sześć razy w jedenaście dni.


Hawks przyjechali do Toronto. To była sobota, 3 grudnia. Dla mnie starcie czwarte z sześciu. Dla Atlanty 44-punktowy wp..ol. 128:84.

Zawsze miałem Dwighta Howarda za miękkiego pajaca (Kevin Garnett zwykł był nazywać go klaunem). Ale nigdy nie sądziłem, że kiedyś będę miał przez niego kłopoty.
Po meczu z Hawks wszedłem do szatni Atlanty. Na pierwszym planie on. Nie siedział bez ubrania, nie zastałem go w dwuznacznej sytuacji, nie zaglądałem mu do telefonu, nie szukałem sensacji – bo nigdy nie szukam. Siedział to zrobiłem mu zdjęcie. Nawet nie liczyłem ani nie oczekiwałem, że spojrzy. Lepiej by było gdyby został profilem. Spojrzał. Foch. No nic, pomyślałem. Za bardzo nie interesowało mnie co sądził na temat tego zdjęcia. A jednak. Ale o tym później.

Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak cicho mówił do dziennikarzy. Głośniej Dwight. Mówił jakieś oklepane banały – gdy dawało się je wyłapać. Głośniej Dwight. Ludzie patrzyli się na siebie. Nikt nic nie słyszał. Trochę głośniej please. Żadnej reakcji. Ludzie dość szybko się rozeszli. Nie, to nie. Kogo obchodzi jakiś mecz z początku grudnia? Kto interesuje się Atlantą Hawks? Nie było Millsapa, nie było z kim pogadać. Wszyscy ponurzy, skupieni na swoich telefonach. Może tak właśnie jest w szatni ekipy, która przegrywa różnicą 44 punktów? Nie wiem. Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji.

Zabrałem się do szatni Raptors. Tam zrozumiała radość. Zawodnicy uśmiechnięci, skorzy do rozmów. DeRozan, w ramach szeroko rozumianych przyjacielskich żartów, rozsypał kolekcję butów Lowry’ego. Lucas Nogueira ze swoim firmowym uśmiechem, w misternie podziurawionej koszulce, i efektownej brązowej kurtce skórzanej, opowiadał o swojej coraz ważniejszej roli w rotacji. Na koniec, zapytany o to, co będzie robił wieczorem, w kontekście nadchodzącego dnia wolnego, znów szeroko się uśmiechnął i powiedział – „Konkretnych planów nie mam, ale nigdy nie wiesz, co mają do zaoferowania uroki miasta.” – święte słowa Bebe.

Debiutanci Fred Van Vleet i Jakob Poeltl stali z boku i rozmawiali z jakimś gościem w czarnym garniturze. Dostali instrukcje by następnego dnia stawić się w jakimś centrum handlowym w celach promocyjnych. „To będzie dobrze odebrane. Wpłynie pozytywnie na Wasz wizerunek.” – powiedział gość w czarnym garniturze.

Po dniu, potrzebnej nam wszystkim, przerwy do Toronto przyjechali Cleveland Cavaliers.
Ale zanim o nich, kilka zdań o moich kłopotach z Howardem. Dostałem maila od NBA, że naruszyłem przepisy, odnośnie robienia a raczej nie robienia zdjęć w szatniach. Filmy (z wywiadów) owszem, zdjęcia nie. Trochę dziwne, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy z filmu w wysokiej rozdzielczości możesz wyjąć dowolne print screeny. Najbardziej zdziwiło mnie jednak skąd wiedzieli, że ja to ja. To mi zaimponowało na swój sposób. Chłodny profesjonalizm NBA w swojej najlepszej formie. Mail przyszedł bowiem z działu akredytacji, nie od struktur Toronto Raptors. Komunikacja między poszczególnymi komórkami NBA, to musi być coś. W mailu podkreślono, że w żaden sposób nie wpłynie to negatywnie na moje przyszłe wnioski o akredytacje.

Wracając do meczu z aktualnymi mistrzami NBA. To był trochę inny wymiar podejścia do zawodów. Nie wiem jak robią to Warriors czy Spurs, ale Cavs robią to inaczej, niż inni, których miałem okazję oglądać z bliska.

W drużynie jest mocno zarysowana hierarchia. LeBron James prawie w ogóle nie brał udziału w rozgrzewce. Pojawił się jakieś pół godziny przed pierwszym gwizdkiem. Trochę porzucał, trochę pobiegał, trochę się porozciągał ale widać było, że nie chciał się zmęczyć. Podobnie Kyrie Irving.
Kevin Love bardzo skupiony był na detalach. Godzinę przed meczem pracował nad grą tyłem do kosza. Chyba nigdy nie widziałem kogoś tak mocno przywiązującego wagę do szczegółów. Musiał dostać piłkę dokładnie tam, gdzie sobie to założył. Potem wykonywał określony manewr, powtarzał go kilka razy, za każdym dokładnie tak samo. Był zły na siebie, kiedy coś nie wychodziło mu tak, jak to sobie wyobrażał, mimo że piłka wpadała do kosza. Później pracował nad rzutami zza łuku a na koniec, razem z Tristanem Thompsonem, rozruszał mięśnie nóg. Widać, że to prawda co mówi się o jego profesjonalizmie.

Iman Shumpert zachowywał się jak idiota. Przyszedł ze słuchawkami na uszach. Ćwiczył trójki a przy tym co kilkanaście sekund wykrzykiwał usłyszane wersy. Gdy nie miał piłki w dłoniach, zdawał się grać rolę przy kręceniu jakiegoś gangsta rapowego teledysku. Może komuś się to podobało. Mnie nie.

James Jones trafiał trójki jak szalony. Richard Jefferson nadal potrafi siarczyście zadunkować – ale o tym wiecie z bożonarodzeniowego meczu z Warriors. Chris Andersen ma bardzo pewną rękę na półdystansie. J.R. Smith porobił trochę wszystkiego. Wyglądał na zaspanego.

Mecz mógł się podobać. Wygrali Cavs 116:112. Raptors trochę za późno ruszyli ze swoją szarżą. Świetny, naprawdę świetny rzut za trzy DeRozana z narożnika boiska…niestety dla widowiska nieuznany przez sędziów. Video review pokazało, że D.D. minimalnie przekroczył linię. Szkoda, że DeMar tak późno zdecydował się atakować obręcz. Przez większość meczu polegał tylko na swoim rzucie.

Irving jest niesamowity w koźle. To wiecie z TV. Na żywo wygląda to jeszcze lepiej. Czasem można odnieść wrażenie, że piłka jest częścią jego ciała, jakimś przedłużeniem dłoni.
LeBron robił wszystko na pół gwizdka, po czym na chwilę eksplodował. Później znów wracał do trybu czuwania. Nie spieszyło mu się w kontrze, a i tak znajdował się tam gdzie chciał, by zrobić co miał zrobić. Swoją decyzyjnością, czytaniem gry, wyprzedzał wydarzenia na parkiecie o całe sekwencje. Tak to wyglądało. Zdaje się, że wszedł w ten etap swojej kariery, jak Jordan podczas drugiego 3-peat. Bierze z gry tyle, ile ona mu daje. Jak najmniejszym nakładem sił (a jeśli mu nie daje, to sam sobie bierze). Byle do play-offów, byle do Finałów.

W szatni Cavs kosmos! Stałem bardzo długo koło LeBrona. Tym razem nie ryzykowałem robienia zdjęć. Po prostu stałem i patrzyłem. Zaryzykował jakiś Austriak. A zrobił to w bardzo prymitywny/komiczny sposób – aparat nakrył kartką ze statystykami. Zauważył to sam LBJ – „Kolego, proszę Cię nie rób tak.” – powiedział do dziennikarza. A ten bałwan za chwilę kolejny raz spróbował tego samego, w równie prymitywny sposób.
Jasne to kusi. Jesteś na wyciągnięcie dłoni od najlepszego gracza NBA, jednego z najlepszych w historii.

Ciało Jamesa to temat na osobny tekst. Wygląda jak byk, jak Hulk, jak nie wiem co czy kto. Szerokie plecy, imponujące bicepsy, rozbudowane nogi. Nie wiem czy wiecie, ale LeBron wydaje rocznie ponad $1 mln na swoje ciało – personalni trenerzy, dietetycy, kucharze, odżywki, odnowa bilogiczna i tego typu rzeczy. To widać. Stoisz koło niego i czujesz bijącą siłę. Musiałbym mieć bardzo dobrze zapłacone, żeby stanąć mu na ofensa.

LeBron, po kilku drobnych zabiegach masażystów, wyjął telefon i zaczął mały przegląd internetu dla swoich kolegów. “Słuchajcie tego…” – zaczynał, po czym cytował wpisy na Twitterze graczy NBA i dziennikarzy. Po kilku zdaniach komentarza od siebie, lub od kogoś z drużyny, przechodził dalej. Czasem za komentarz starczał szyderczy śmiech.

W pierwszej części mojej relacji z Toronto, wrzuciłem fotkę z młodymi graczami Grizzlies. Jak słusznie zauważyliście, ich ciała przypominały raczej ciała zawodników z lubelskiej ligi amatorskiej (oczywiście z całym szacunkiem dla moich kumpli z Lublina, Świdnik i okolic), niż profesjonalistów z NBA. Przykład ciała Jamesa pokazuje, że nawet w NBA jest kilka poziomów profesjonalizmu.
Channing Frye cieszy się ogromnym szacunkiem w szatni. Gdy mówi, wszyscy słuchają. Love lubi żartować. Podobnie jak Jefferson, który w pewnym momencie zawołał do dziennikarzy – „No, przebrałem się, jestem gotowy na Wasze pytania. Czemu nikt nie podchodzi do mnie? Oj to już nie są czasy New Jersey Nets.”

Gdy chodzę boso w domu, rodzice mówią mi, że mam zniszczone stopy. Gdyby zobaczyli stopy Jamesa, złapaliby się za głowy. Powykrzywiane palce, blizny, otarcia. No cóż. Coś za coś. Najmniejsze palce obu nóg ma nienaturalnie odsunięte od reszty. Są dużo mniejsze. Wyglądają jak z innego zestawu. Skojarzyło mi się z ewolucyjnymi pozostałościami po nogach u pewnych gatunków węży…Chyba nie spodziewaliście się elementów darwinizmu w relacji z meczów NBA? Nikt się nie spodziewał.

Z racji dużego zainteresowania, wywiad z LeBronem przeprowadzono przed szatnią. To był jedyny taki przypadek podczas mojego pobytu w Toronto.

Tego wieczoru już nie poszedłem do szatni Raptors. Na korytarzu mijałem kolejno Love’a, Irvinga, Jamesa i innych graczy Cavs. Rozmawiali z zawodnikami Raptors oraz nieznanymi mi osobami. O nich później. Korciło mnie wyjąć aparat ale bałem się trochę. Wszak grałem już z żółtą kartką.
I tak zakończył się ten grudniowy poniedziałek. Do meczu z Wolves, mojego ostatniego, miałem trzy dni.

Bodaj w środę, napisał do mnie Janusz. Polak od chyba dziewięciu lat mieszkający w Kanadzie. Śledzi mój blog, jest pasjonatem NBA. Spotkaliśmy się w jednym z centrów handlowych. Wypiliśmy herbatę, pogadaliśmy nie tylko o baskecie. To było miłe spotkanie. Przy okazji dziesiątych urodzin mojego bloga pisałem o tym, że to właśnie ludzie są dla mnie czymś niezwykle ważnym, jeśli chodzi o blogowanie.
Wymieniamy myśli, rozmawiamy, uczymy się, idziemy do przodu. Takie było moje
marzenie, gdy zaczynałem pisać. Stworzyć miejsce, gdzie można wirtualnie przyjść, niefizycznie coś zabrać ze sobą, nienamacalnie coś zostawić a jednocześnie mieć możliwość przerobienia tego na coś bardzo realnego.”


Toronto uwielbia Andrew Wigginsa, urodzonego i wychowanego w pobliskim Brompton, na przedmieściach Toronto. Kibice w ACC fetowali go przed i w czasie meczu. Jego atletyzm jest zjawiskiem. To jak rusza się Karl Antony-Towns też jest zjawiskiem. Czysty talent zamknięty w ogromnym ciele. Zach Lavine bardzo podoba mi się jako koszykarz, nie tylko jako dunker/atleta. Rubio już nie nauczy się rzucać. A szkoda bo nadal uważam, że ma piękny koszykarski umysł.
Raps wygrali ten mecz 124:110. Zapamiętam z niego dunk DeRozana nad Rubio. I chyba tyle. No i oczywiście fakt, że był to mój ostatni mecz przy okazji tej wyprawy do Kanady.

Kilka spostrzeżeń:

– W przekroju całego pobytu w Toronto, bardzo złe wrażenie zrobił na mnie Jonas Valanciunas. Momentami zachowywał się jak jakiś gnojek z gimnazjum. Cwaniakował, ni stąd ni zowąd, podchodził do ludzi z organizacji i wymierzał im ciosy, podduszał. Oczywiście, w założeniu, to miało być śmiesznie. Nie było. Na boisku jest miękki, unika walki a to w połączeniu ze zbyt słabym rzutem, skłania mnie do tezy, że wstawienie do wyjściowej piątki Nougueiry, polepszyłoby Raptors tam, gdzie najbardziej wymagają usprawnień – w obronie. W takiej sytuacji transfer z udziałem Litwina nie byłby już tylko szeptem na korytarzach w ACC.

– Bardzo podobał mi się Lucas Nogueira. Ciężko pracuje, jest duszą towarzystwa. Rozśmiesza szatnię, dopinguje kolegów na ławce. Gdy gra, Raps zyskują nową jakość. Agresywny w atakowaniu obręczy po pick and rollach, świetnie łapie loby. Nie boi się pobrudzić sobie rąk w obronie. Przyjemnie oglądało się jego intensywność i dobrą energię.

– Pascal Siakam wygląda na żywo dużo lepiej, niż jego statystyki. Jeśli nie pójdzie złą drogą, jeśli będzie ciężko pracował a jego ambicją nie będzie samo utrzymanie się w NBA, to mogą być z niego ludzie.

Fred VanVleet. Jego obecność w NBA jest dla mnie zagadką. Niski, gruby, powolny, bez rzutu. Patrzyłem jak trenuje przed meczami. Kozioł, spin, rzut. Kozioł step back, rzut. Wpadały mu może dwa rzuty z dziesięciu. Bez krycia.

– Patrick Patterson to równy gość. Po jednym z meczów ucięliśmy sobie długą pogawędkę pod szatnią. Odpowiadał ciekawie, nie zbywał mnie banałami, był uśmiechnięty i uprzejmy.

– Siedziałem w pokoju, gdzie był m.in. Dominique Wilkins. Przysłuchiwałem się jego rozmowie z pewnym człowiekiem. Nique przekonywał rozmówcę, że LaVine nie nadaje się na startera w NBA, że skończy maksymalnie jako rezerwowy w tej lidze. Nie spodobało mi się to, bo w żadnym miejscu nie powiedział „moim zdaniem”. Strzelał opiniami jak jakimiś prawdami życiowymi nie podlegającymi dyskusji. Nie lubię tego typu konwersacji i tego sposobu przedstawiania spraw.

Otworzyłem drzwi, których być może nie chciałem otwierać. Zobaczyłem NBA z nieco mrocznej strony. Wokół zawodników kręcą się różni ludzie. Na swój sposób się ich boje a jednocześnie jestem bardzo ciekaw kim są. To nie są byli gracze, bo tych znam. To nie mogą być agenci ani skauci, bo ci po pierwsze się nie afiszują swoją obecnością w halach, po drugie nie bywają aż tak często na meczach, po trzecie nie mają aż takiej rozpoznawalności i takiego szacunku (?) wśród graczy. W Toronto był taki starszy pan. Zawodnicy każdej z sześciu drużyn, jakie widziałem, podchodzili przywitać się i chwilę pogadać. Ten pan nie miał żadnej plakietki, ale miał wszędzie dostęp.

Zawodnicy grają dla statystyk. O tym wiedziałem od ładnych paru lat. W Toronto przy parkiecie, miałem okazję bardzo się o tym przekonać. Szczególnie chodzi tu o bezpieczne zbiórki w obronie, gdy graczy ataku już nie ma. Zawodnicy dają sobie znać kto ma daną piłkę przejąć i podreperować swoje statystyki. Podobnie rzeczy mają się, gdy dany rozgrywający walczy o dużą ilość asyst. Wtedy częściej, niż wynikałoby z zagrywki, czy sytuacji na parkiecie, gracze decydują się na rzuty z jego podań.
Dopiero na miejscu, w hali, przekonujesz się ilu ludziom NBA daje pracę. Bary, restauracje, obsługa samego meczu, ochrona, szatniarze, chłopcy i dziewczęta od podawania piłek. NBA to jest biznes. Nieźle działający biznes.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o moją wyprawę do Toronto. Kończę ten tekst siedząc w media roomie w Londynie, w O2. Dziś wieczorem Pacers grają z Nuggets. Jak znam siebie, to relacja z tego wyjazdu powstanie po przynajmniej tygodniu.

1 comment on “Karol w Toronto cz. 3

  1. Pingback: Fred VanVleet: Cały czas iść do przodu, rozwijać się – Karol Mówi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.