Karol w Toronto cz. 1

Moja podróż do Kanady zaczęła się w poniedziałek, a w zasadzie to już w niedzielę, bo żeby bez niepotrzebnego napięcia zdążyć na poranny samolot do Toronto, musiałem po niedzielnym sędziowaniu, zostać na noc w Sztokholmie.
Przed snem obejrzałem sobie mecz 76ers-Cavs. Oglądając to starcie, dotarły do mnie dwie rzeczy. Pierwsza, że za 24 godziny tych samych Sixers, będę oglądał na
żywo. Druga, zła, że nie zobaczę Joela Embiida, który, póki co, nie gra meczów w back to back.

Lot był długi ale minął mi dość płynnie. Miałem sporo miejsca, nieinwazyjnych współpasażerów, całkiem niezłe jedzenie a na końcu samolotu wolne miejsce żeby sobie postać, rozprostować kości, porozciągać się. Korzystałem z tej przestrzeni (razem z innymi lecącymi) mniej więcej co godzinę. To był dobry patent. Od teraz będę go stosował przy każdej możliwej okazji w podróży.
Na kanadyjskiej ziemi byłem po 16.00 czasu lokalnego. Mecz z Filadelfią zaczynał się o 19.30. Niby bezpieczny bufor, ale nie do końca. W życiu zdarza mi się czasem spóźniać albo być na styk, ale nigdy nie na NBA. I chciałbym, żeby tak zostało. A najlepiej, żebym się poprawił w świecie poza NBA.

Kolejka do rozmowy z celnikami była wolna jak 39-letni Paul Pierce. Niestety – taka Prawda. Nie wiem z czego to wynikało. W lutym było szybko i sprawnie. Patrzyłem
na zegarek i na kolejkę. Na kolejkę i na zegarek. W końcu doszło do mnie. Rutynowa rozmowa – kto, po co, dlaczego i pytanie o jakąś online rejestrację. Mówię, że nie wiem o co chodzi, że jak byłem w lutym, to nie było takiego czegoś. Celniczka na to, że zmieniło się od marca. Ja na to, że nie wiedziałem. Ona na to, że to moja brożka, żeby wiedzieć takie rzeczy. Ja na to, że się zgadzam, tylko gdzie to sprawdzać. To pytanie pozostało bez odpowiedzi. Od niechcenia wbiła w paszport pieczątkę
(dobrze, że nie miśka), życzyła miłego pobytu w Kanadzie a na koniec rzuciła – Teoretycznie to mogłabym Cię odesłać z powrotem do Finlandii, Polski czy wherever.
S..aj pomyślałem i czym prędzej zabrałem się stamtąd. Nie miałem już czasu ani się przebrać, ani umyć, ani zjeść. Zostawiłem tylko bagaże w samochodzie kuzyna i w biegu ruszyłem do metra.

W ACC byłem godzinę z minutami przed meczem. Dla mnie to za późno. Ale na
szczęście to byli tylko 76ers. Za późno, bo dla mnie, jadąc na NBA na żywo, priorytetem nie są mecze same w sobie. Te oglądam od ponad ćwierćwiecza. Mając akredytacje szukam smaków ligi od kuchni, ciekawych historii, interesujących ludzi. Samo odebranie akredytacji też wymagało ode mnie spalenia paru kalorii.

Nauczony procedur z All-Star Weekendu, poszedłem do znanego sobie wejścia. Niestety w sezonie regularnym to wejście było wygaszone (tak, zawsze chciałem użyć tego słowa w kontekście czegoś innego, niż oświetlenie bądź ogrzewanie). Poszedłem do innego. Tam odesłali mnie na drugą stronę ACC. Stamtąd, z kolei, odesłano mnie prawie do początkowego miejsca. Ale nic tam. W końcu trafiłem, gdzie miałem. Odebrałem akredytację i poszedłem do media roomu – żeby zjeść.
Nie zawiodłem się. Krem z pieczarek, grillowane mięso, warzywa.
Opcjonalnie pizza i hot-dogi. Teraz mam przegląd całego spektrum kulinarnych
relacji liga/organizator – media. Począwszy od imprez FIBA, przez
polskie eventy koszykarskie, aż po NBA w Londynie, NBA live gdzieś tam w świecie,
All-Star Weekend, wreszczcie na sezonie regularnym kończąc. NBA w Londynie to taka pluszowa, milusińska wersja NBA. Przekonałem się już o tym podczas Weekendu Gwiazd.

To było chłodne wydanie profesjonalizmu. Przez kilka dni przed Weekendem Gwiazd, liga zasypywała akredytowanych dziennikarzy, masą maili z wiedzą niezbędną – o
procedurach, o poruszaniu się po ważnych dla nas budynkach, o nakazach i zakazach, o terminach i adresach wszystkich parkietowych oraz okołoparkietowych wydarzeń. Z otrzymaną wiedzą mogłeś zrobić co chciałeś. Już na miejscu nikt nie dbał o to czy wszystko zrozumiałeś poprawnie. Nie było, jako takiej, osoby odpowiedzialnej za kontakt z mediami.”

Teraz, w czasie długiego sezonu regularnego, wszystko jest wzięte o krok dalej. Gdy dostałem akredytację, zapytałem gdzie będę miał miejsce w czasie meczu. “Coś tam sobie znajdziesz.” – odpowiedział gość w czarnym garniturze. I wcale nie był niemiły. Wręcz przeciwnie. Jasne, coś tam sobie znalazłem. Ostatecznie okazało się, że to coś tam dla mediów spoza rodziny NBA, spoza rodziny mediów bezpośrednio związanych z Toronto Raptors, to jest rakieta w kosmos czyli pod samą kopułę ACC. Nie, dziękuję, pomyślałem zaraz tylko, jak z ciekawości się tam wdrapałem. Gdybym miał gdzieś to całe NBA, gdybym miał tu, powiedzmy, grupę znajomych, dobre jedzenie i picie, to jedna z takich ekskluzywnych budek w ACC, byłaby fajnym rozwiązaniem na spędzenie wieczoru z koszykówką w dalekim (dosłownie) tle ale tym, takim, taką? Nope.


Zszedłem na dół. Mam już swoje techniki i patenty na bycie blisko parkietu.
Jakie? Mógłbym Ci powiedzieć, ale to jest tajemnica, więc następnie musiałbym Cię zabić.

Mecz z 76ers. Hmm. Chyba nie chcemy o nim rozmawiać. Nie zanotowałem sobie z niego nic. Może tylko to, że Pascal Siakam wygląda na żywo dużo lepiej, niż jego statystyki. Jeśli się nie rozpije, nie osiądzie na debiutanckich stawkach, to będą z niego ludzie. Hala była pełna, kibice żyli tym meczem. Atmosfera była wzorowa – a przecież to byli tylko 76ers w potyczce dzień po dniu, pod koniec listopada. Byłem
pod umiarkowanym wrażeniem.

Po końcowym gwizdku byłem już w drodze do metra. Było po 22, co w prostym
przeliczeniu daje godzinę czwartą nad ranem w Polsce, piątą w Finlandii. Jechanie na adrenalinie też ma swoje granice, a poza tym w tych szatniach nie było za
bardzo nikogo, w czyim pobliżu bardzo mocno chciałbym się znaleźć.

Wtorek wykorzystałem na odpoczynek, wyrównanie różnic czasowych (mój organizm nadal nad tym pracuje). Cofnąłem się w czasie, o czym już pisałem.

Środa, czyli mecz z Grizzlies. To było coś, co od dawna miałem zakreślone w
kalendarzu. Conley, Gasol, Randolph no i oczywiście Carter. Niestety z wymienionej czwórki tylko Hiszpan tego wieczoru nadawał się do gry. Pan $150 mln ma pęknięty jeden z kręgów w dolnej części kręgosłupa, Z Bo nie grał z powodów osobistych a Half Man Half Amazing przyjechał do Kanady z bolącym biodrem. Szkoda.

Ale był i nawet udało mi się do niego odezwać. Wielką rozmową bym tego nie nazwał no ale wiesz, cieszę się. Tym razem byłem w hali trzy godziny przed rozpoczęciem meczu. Tak, jak chciałem. Widziałem rozgrzewki i inne rzeczy. Gość, który odpowiada za wydawanie akredytacji, już mnie pamiętał. Karol, right? That’s right. Skumplowałem się też z kilkoma osobami pracującymi w ACC.

Gracze poza rotacją (obu drużyn) dostali okazję by się spocić. Austriak Jakob
Poeltl, którego mecze miałem okazję sędziować parę lat temu w Wiedniu,
trenował z Jamaalem Magloirem. 38-latek jest w sztabie szkoleniowym
Toronto. Podobało mi się jak motywował do jeszcze cięższej pracy 21-letniego Poeltla.

Młodzi wysocy Memphis nie pocili się aż tak mocno, ale za to wykonywali szereg ciekawych ćwiczeń podkoszowych. Siadłem sobie zaraz za ławką Niedźwiadków. Nikt nie miał z tym problemu. Pytałem.

Przyszedł Carter. Ubrany jak do gry ale wiadomo było, że w meczu nie wystąpi. W
dłoniach miał komórkę, którą co jakiś czas sprawdzał. Miły uśmiechnięty. Jego dłoń uściśnięto niezliczoną liczbę razy tego wieczoru. Ludzie w Toronto już mu wybaczyli. Widziałem to. Gdy pokazali go siedzącego na ławce w czasie meczu, kibice zaczęli wiwatować. V.C. odpłacił się firmowym uśmiechem, chyba tak charakterystycznym, jak jego dunki. Nie byłoby wielkiego basketu w Toronto, gdyby nie pan Carter. Co do tego nie ma wątpliwości. Przykład Vancouver, gdzie zawodowa koszykówka się nie
utrzymała, jest dobitny, ale nie jedyny. Carter naniósł Raptors i Toronto na mapę NBA. Przez tych sześć i pół sezonu, co mecz, zabierał fanów w przestworza. Jego nieludzka fizyczność była i w zasadzie jest zjawiskiem do dziś.

Tym razem zostałem po meczu. Poszedłem do obu szatni. Najpierw do gości z
Tennessee. Rozejrzałem się. W powietrzu unosił się zmiksowany zapach
Bengay’a, spoconych ubrań, kosmetyków kąpielowych oraz owoców, których
wielki półmisek leżał na stole na środku szatni. Personalnie, krajobraz był ubogi. Cartera w ogóle nie było, bo niegrający zawodnicy nie mają obowiązku rozmawiać z mediami. Gasol chyba jeszcze był pod prysznicem. Z debiutantami nie chciałem rozmawiać, bo niby o czym? Podszedłem do Tony’ego Allena. Pogadaliśmy o starych, dobrych bostońskich czasach, o mistrzostwie z roku 2008, o jego kontuzji ACL, po której wrócił na 100% lub gdzieś blisko tego. 34-letni już Allen powiedział, że tamten czas z Garnettem, Piercem, Allenem i Rondo to był magiczny okres w jego życiu. Kiedy powiedziałem mu, że śledzę jego karierę od samego początku, co jest prawdą, bardzo się ucieszył. Uścisnął mi dłoń a potem zaczął powoli ściągać z siebie bandaże, buty, meczowy strój i inne akcesoria a potem zniknął za kotarą prowadzącą pod prysznice. Wyglądał na mocno zmęczonego.

Poszedłem do szatni Raptors. Co zrozumiałe, pomieszczenie o niebo bardziej eleganckie, bogato wyposażone, pachnące. Demarre Carroll właśnie nakładał na siebie jakiś balsam, potem ubrał się jakby od razu po meczu szedł na rockowy koncert. Stylówę podkreślił kilkoma złotymi łańcuchami o dość grubych ogniwach. Corey Joseph dopytywał jak tam wynik piłkarskiego FC Toronto, którzy pierwszy raz w historii zagrają za tydzień o puchar MLS (przeciwko Seattle). W trakcie meczu z Grizzlies byliśmy informowani o wyniku tego starcia z Montrealem (FC Toronto przegrali na wyjeździe 3:2, u siebie wygrali 3:2 a w dogrywce wbili dwa gole. Podobno mecz był niezły). DeRozan i Lowry mają swoje szafki obok siebie. DeMar ma tam zdjęcia swojej rodziny. Kyle motywujące sentencje oraz sporą kolekcję butów.

Było śmiesznie. Widać, że obu łączy autentyczna przyjaźń. Jeśli udają, to dałem się nabrać. Dużo rozmawiają ze sobą a gdy przychodzi do pytań mediów, to nawzajem sobie dogadują i się przedrzeźniają. Jak to kumple mają w zwyczaju. DeRozan jest wyrzeźbiony jak grecki posąg. Lowry ma ewidentne tendencje do tycia. Trochę sadełka z przodu oraz love handles po bokach. Niektórzy żartują, że będzie to zrzucał latem co z kolei ma być jedną z jego silnych (żeby nie  powiedzieć ciężkich) kart przetargowych, gdy będzie negocjował nowy kontrakt. Ma opcje na przyszłe rozgrywki za $12 mln, co w realiach nowego salary jest dość śmieszną stawką. Na jednym z korytarzy w ACC spotkałem Masai’a Ujiri’ego, menadżera Raptors. Pogadaliśmy chwilę. Przypomniałem mu naszą rozmowę z tego roku z Londynu.
Powiedział, że kojarzy moją twarz. Zapytał na jak długo przyjechałem do
Toronto. Potem ktoś go zawołał. Powiedział, że będziemy jeszcze się widzieć i poszedł.


Wczoraj, podczas kolejnego dnia przerwy, byłem m.in. w sklepie Raptors. Chciałem
sobie kupić koszulkę Demarre Carrolla. Z przyczyn oczywistych. Niestety dla mnie, mieli tylko za małe i za duże. Przymierzyłem po jednej, żeby się upewnić, że nie pasują. Kabiny w przymierzalni były jak metalowe tuby, zamykane na klucz. Podeszła dziewczyna, żeby mi otworzyć. Zapytała jak mam na imię. Powiedziałem, że Karol pisane przez K, nie C. Ona zapytała – o tak pisane? I pokazała na swoją plakietkę. “Karol, asystent klienta.” Nieźle. Karol przymierza koszulkę Carrolla a pomaga mu Karol. Zaczęliśmy się śmiać. Zanim w ogóle wziąłem te dwie koszulki do przymiarki, rozmawiałem z innym pracownikiem, który starał się znaleźć dla mnie
odpowiedni rozmiar. “Ale w ogóle, to po co Ci jego koszulka? No zagrał dobrze wczoraj, ale wiesz to Carroll.” – pytał w żartach. Bo nazywam się Karol. – odpowiedziałem. To kończy temat, odparł śmiejąc się. Oby niedługo mieli świeżą dostawę.

Dziś gramy z Lakers. I zdaje się, że pierwszy raz w życiu, napisałem my mając na myśli Raptors. Chyba nie mam wyjścia, muszę im kibicować. Ekipa Dwane’a Casey’a będzie grać trzeci mecz, swojego sześciomeczowego home standu. Mają w tym momencie serię czterech wygranych z rzędu. Lakers, z kolei, wygrali wczoraj w Chicago po niezłym meczu. Liczę na ciekawe widowisko na parkiecie oraz okazje żeby trochę powęszyć wokół. Jak to ja.
A to moja stylówa na ten wieczór…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.