#NBALondon16 – Relacja z wyjazdu

 To był kolejny niezapomniany wyjazd na mecz NBA do Londynu. Wprawdzie tym razem żadna legenda ligi nie dawała mi cennych rad, jak mam rzucać za trzy punkty. Nie spotkałem też nikogo ze szczytu listy moich ulubionych graczy ever. Swoimi pytaniami nie wprawiłem w zakłopotanie żadnego trenera ani nie zasmuciłem Jasona Smitha nie prosząc go o fotkę. Wreszcie, nie wkurzyłem żadnej z gwiazd. Mimo to, był to wspaniały wyjazd, o którym cały czas dużo myślę.
Przede wszystkim sam mecz był prawdopodobnie najlepszym starciem drużyn NBA, jakie miałem okazję oglądać w Londynie z pozycji parkietu. Dużo dobrych akcji, sporo ciekawych zagrań, atletycznych popisów. Dogrywka. Emocje. Ci, którzy zapłacili za bilety nie mają prawa czuć się zawiedzeni. Rok temu i w latach poprzednich bywało średnio jeśli chodzi o czysto sportowy poziom widowiska. Podkreślam, że mówię o aspekcie tylko sportowym bo w sferze doznań i przeżyć, będąc tam w O2 jesteś w bajce, razem z Alicją w krainie czarów. Najgorsze w tym wszystkim zawsze jest to, że po kilku godzinach lewitacji, musisz w końcu opaść na ziemię i wyjść z króliczej nory.

Moja wyprawa zaczęła się już we wtorek wieczorem. Mieszkanie na wyspie ma swoje plusy. Jednym z dużych minusów jest jednak wydostawanie się z niej. Lot do Londynu miałem w środę o 6.00 rano więc nie miałem innego wyjścia, jak przyjechać dzień wcześniej i nocować w Sztokholmie. Prom, autobus, hostel. Padał śnieg, był mróz. W takich okolicznościach przyrody zawsze pytam sam siebie czy wolę to czy, dajmy na to, spiekotę na Tiomanie. Kiedyś brałem w 10 przypadkach na 10 spiekotę, choć nie mam z nią samą dobrych wspomnień – bo już z wyprawami do Azji tak. Dziś, po ponad dwóch latach nieprzerwanego życia w Skandynawii, zaczynam myśleć inaczej. Czasem mam o to do siebie żal bo zawsze byłem ciepłolubny. Teraz zaczyna docierać do mnie, że łatwiej chronić się przed zimnem, niż izolować przed gorącem. Poza tym chyba zaczynam lubić zimno. Jeśli nie lubić, to przynajmniej przyzwyczajać się do niego. I za to też bywam na siebie zły. Planowałem nie kłaść się spać tej wtorkowej nocy i oglądać NBA ale internet był na to za słaby. O 3.30 ruszyłem autobusem na lotnisko. Na zapieczonych oczach sprawdziłem wyniki i poczytałem trochę wieści. Te okrutnie wczesne loty sprawiają, że czasem czuję się jak podróżnicza k..wa. Low costowcy latają gdy regularni sobie smacznie śpią. Nie powiem, że nie dojadam bo na punkcie wartościowego i dobrego jedzenia mam umiarkowanego i pozytywnego pier..olca – tak myślę, że jest pozytywny i umiarkowany. Ale często muszę niedospać albo czekać na połączenia w jakichś podłych miejscach. Jak się o tym pisze w dresach, w kapciach, w ogrzewanym pomieszczeniu, to wracanie do tego pamięcią jest na swój sposób śmieszne. Gdy się siedzi na przystanku o 5 rano pośród niczego, gdzieś w Szwecji i czeka na autobus, to wtedy śmiesznie nie jest. Ale nauczyłem się szanować upływający czas. Nie powiem, że jestem od tego spokojniejszy. Po prostu trochę inaczej, niż kiedyś reaguję na czekanie gdzieś na coś dwie godziny.
Samolot wylądował o czasie. A jaki był to czas, to już teraz nie pamiętam. Było za wcześnie na wszystko – tyle wiem. To było takie dziwne uczucie patrząc jak w maszynie kręcą się już gotowe parówki na hot-dogi. Kto tak rano jada hot-dogi? Wsiadłem w jeden z tych włoskich busów ze Stansted do miasta. Kolejny raz przez dobre 4 minuty zacząłem zastanawiać się jak i dlaczego Włosi opanowali rynek przewoźników na linii lotnisko-miasto. Wysiadłem na Baker Street i ruszyłem metrem prosto do O2. Hmm, ten specyficzny zapach londyńskiego metra. Przypomina mi stare, dobre czasy gdy jeździłem nim regularnie.
Odebrałem akredytację, napiłem się Gatorade’a, odpaliłem komputer. Za czas jakiś pewna pani, którą poznacie później oznajmiła, że można wchodzić na parkiet patrzeć jak trenują.   

Sprawdzoną tradycją lat poprzednich, opowiem Wam o paru rzeczach, których nie mogliście widzieć w telewizji. Podzielę się też z Wami kilkoma przemyśleniami związanymi z ubiegłotygodniowym meczem w stolicy Anglii.

– W związku z ostatnimi zamachami terrorystycznymi, w O2 wzmożono środki bezpieczeństwa. Zwykle było tak, że ludzie z akredytacjami mieli dość rutynowo sprawdzane plecaki, torby i sprzęt elektroniczny. Tym razem przepuszczano wszystko przez rentgen. Było znacznie więcej pracowników ochrony i policji. Nie wpłynęło to jednak na komfort naszej pracy.

– Udało mi się porozmawiać dłużej z Mario Elie’m. Kiedyś zawodnikiem m.in. Houston Rockets, dziś w sztabie trenerskim Magic. Bardzo lubiłem jego grę, gdy byłem dzieckiem. Fajnie, że znalazł dla mnie dłuższą chwilę.

– Stałem koło Muggsy Bogues’a – gdzie był ten gość, co zawsze mi robi zdjęcia? Jedna z niewielu postaci NBA, na które to ja patrzę z góry. Aż dziw bierze, że ten człowiek z powodzeniem egzystował w lidze. Jest naprawdę mały!

– Niestety też nie udało mi się złapać Hakeema Olajuwona mimo, że kilka razy przechodziliśmy obok siebie.

– Macie swoje hasztagi…

– Pierwszy raz byłem świadkiem odebrania dziennikarzowi akredytacji. W środę, dzień przed meczem, jak każdego roku, można pojawić się na otwartym treningu obu drużyn. Potem, zazwyczaj, jest jakaś forma klinik koszykarskich w ramach NBA Cares – przedstawiciele obu drużyn przeprowadzają mini-trening z dziećmi oraz osobami niepełnosprawnymi.
Kończył się trening Magic, zaczynał czas dla mediów. Podchodziliśmy do kolejnych osób zadać jakieś pytania, zrobić zdjęcie albo tylko popatrzeć. Powoli nasz czas się kończył. Pewna kobieta po pięćdziesiątce, która była kimś w rodzaju koordynatora, dała sygnał, że czas dla mediów dobiegł końca i żebyśmy udali się poza linię boczną parkietu. Hiszpański dziennikarz słyszał ten komunikat ale był w trakcie rozmowy z Nikolą Vucevicem. Dał znać, że słyszy ale jednocześnie oznajmił, że ma jeszcze jedno pytanie do centra Magic. Nasza koordynatorka, nazwijmy ją Betty, nic nie powiedziała. Gdy tylko Hiszpan skończył rozmowę, Betty pojawiła się znów koło niego, tuż pod koszem, którego 24 godziny później bronić mieli podopieczni Scotta Skilesa. Do tej pory przemiła kobieta w średnim wieku, nagle zmieniła się w potwora. Cały czas z pogodnym wyrazem twarzy, zaczęła ściągać z szyi Hiszpana akredytację, bez której jesteś w tym świecie nikim.
Przez ułamek sekundy zdawało się, że Hiszpan łatwo skóry nie sprzeda i podejmie próbę oporu ale kolejny ułamek sekundy później chyba dotarło do niego, że w ten sposób tylko pogorszyłby swoją i tak już słabą sytuację. Całej scenie przyglądało się kilka osób, łącznie z Vucevicem i C.J. Watsonem (który od wielu tygodni leczy tajemniczą kontuzję łydki. Fani Magic mają swoje teorie na ten temat). Vuc był ewidentnie przejęty. W pewnej chwili wyglądało to nawet tak, że ma chęć się wstawić za Hiszpanem. Ale ostatecznie zrezygnował – może sam bał się o swoją plakietkę. Historia zakończyła się dobrze. Hiszpan w końcu odzyskał swoją akredytację. Wiedział, że gra z żółtą kartką więc obiecał zachowywać się bardziej niż poprawnie do samego końca.
Dotarło do mnie jak często stąpam po kruchym lodzie. Najgorsze było to, że przed tym zdarzeniem, nigdy byś nie powiedział, że Betty jest do tego zdolna. Upiec ciasto, zrobić herbaty, zacerować skarpety – owszem, tak. Ale taki akt? Nigdy. Okazało się, że pozory mylą. Zrozumiałem, że mój oprawca z Mistrzostw Świata w Hiszpanii, PRowiec USA, to tylko źdźbło trawy na wietrze w porównaniu z Betty.

– Masai Ujiri, menadżer Raptors to konkretny facet. Odpowiada ciekawie, rzeczowo, bez zbędnych ozdobników. Miał anielską cierpliwość do angielskich dziennikarzy, którzy przy pomocy jego rad chcieli uzdrowić basket na wyspach (Ujiri grał swego czasu w Anglii). Udało mi się dopchać ze swoim pytaniem. Zapytałem jaką będzie miał strategię na nadchodzące lato. W grę wejdą duże pieniądze, które z jednej strony poszerzą pole manewru menadżerom ale z drugiej strony mogą być pułapką. Rynek nie wyznaczył jeszcze stawek dla graczy dobrych, średnich i zadaniowców (gwiazdy dostaną max deale). Ujiri powiedział, że jego zdaniem jeśli dany klub ma upatrzonego wolnego agenta, który ich zdaniem pasuje im do systemu, to trzeba zrobić wszystko, żeby go mieć. Nawet jeśli wiąże się to wydaniem dodatkowych pieniędzy. To lato będzie podobne, z wyjątkiem tego, że w grę wejdą większe stawki. Wolny agent musi być dobrze traktowany, poczuć się chciany przez dany klub. To zawsze pomaga jego zdaniem. 

 
                            

  

– Victor Oladipo jest klasycznym “jajcarzem”. Lubi się wygłupiać i śmiać. Miał niezły ubaw z dziećmi i ogólnie wszędzie był uśmiechnięty i bardzo miły. Zawsze wydawało mi się, że jest wyższy.


 

                            

– Jason Smith tak samo. Sprawia wrażenie gościa, który ma duży dystans do siebie.

– Włosy Elfrida Paytona są zjawiskiem. Żadnych opasek, 100% naturalnie. W rozmowie bardzo nieśmiały.

– Luis Scola to wielki chłop. Przy okazji jest żywym przykładem na to, że europejskie (fibowskie) mierzenie graczy i nbaowskie mierzenie graczy, to dwa różne mierzenia graczy. Wiesz, cal ma 2.5 cm. Podeszwa buta też ma ileś. Razem daje to niezłe wyniki.

Zdaje się, że wspominałem o tym w poprzednich relacjach z Londynu ale muszę wspomnieć i przy tej okazji. Angielscy dziennikarze działają mi nerwy swoimi bezsensownymi pytaniami. Czasem da się z kimś porozmawiać dłużej, czasem nie. Fajnie byłoby móc zatem “wycisnąć” z danego rozmówcy tyle, ile się da. Tyle, że przy nich się nie da. Pytają cały czas o Luola Denga, o angielską ligę, o angielski basket. Podziwiam tych wszystkich, którzy zachowują pełen profesjonalizm odpowiadając na te pytania, na które co tu dużo mówić, siłą rzeczy za bardzo nie znają odpowiedzi. Jest taki jeden mały gnojek, którego kojarzę z twarzy. Ma charakterystyczny głos i manierę w postaci zadawania dwuczłonowych pytań, gdzie drugi człon jest sugestią odpowiedzi. Scott Skiles delikatnie “pojechał” mu za taki sposób zadawania pytań.

Angielski dziennikarz: Jaką radę dałbyś naszej młodzieży tu w Anglii, co młodzi zawodnicy powinni robić, żeby lepiej grać w koszykówkę? Kyle Lowry: Trenować.

– Jeśli już jesteśmy przy coachu Magic, to bardzo się cieszę, że udało mi się go spotkać. Od lat bardzo lubię i cenię jego warsztat. Jedni mówią, że zbyt duży zamordysta, inni, że jego filozofia sprawdza się tylko w młodych drużynach a po 2-3 latach strony mają siebie serdecznie dość. Jest w tym wszystkim dużo prawdy bo jego okoliczności odchodzenia z Suns, Bulls czy Bucks były bardzo podobne ale przecież każdy szkoleniowiec ma swoje plusy i minusy. Skiles długo odpowiadał na nasze pytania. Był ciekawy oraz niespodziewanie zabawny.
Z treningu Magic. A TUTAJ prezentacja.

– Ludzie pracujący jako maskotki klubów NBA, to ludzie nie do końca zdrowi psychicznie. Tak sądzę na podstawie długich obserwacji nie tylko tego co na parkiecie ale głównie tego co poza nim.

Kyle Lowry wie, że człowiek traci najwięcej ciepła przez głowę. Latem ładnie schudł ale widać, że ma tendencje do tycia.

– Adam Silver na kilometr wyczuwa pieniądze i dochodowe dla NBA deale. Tak to odbieram, gdy kolejny raz mam okazję słuchać go na żywo. David Stern kochał koszykówkę i miał głowę do interesów. Silver kocha biznes a koszykówkę po prostu lubi – lubi bo jest jego platformą do interesów. Może i też ją kocha na swój sposób ale biznes kocha mocniej. Być może i takie podejście utrzyma NBA na kursie wznoszącym. Nawet jest to wielce prawdopodobne. Myślę jednak, że może też zabrać ją w dotąd nieznane obszary. Nieznane, co nie oznacza złe dla ligi i tego sportu. Sliver ma świetny kontakt z mediami. Jest błyskotliwy. Nie zbywa nawet najgłupszych pytań (Stern robił to idealnie). Boję się go.

– Dziennikarze z różnych krajów pytają dlaczego co roku Londyn? Dlaczego nie Turcja, Włochy, Francja, Hiszpania, Niemcy, Polska?
Odpowiedź jest bardzo prosta – NBA i O2 oraz stacje telewizyjne mają kilkuletnią umowę na tego typu event czyli mecz w ramach sezonu regularnego. To nie jest tak, że każdego roku jest jakaś loteria, w której zawsze wygrywa stolica Anglii. Mówił o tym jeszcze Stern, powtarzał wiele razy Silver. Do niektórych, z jakiegoś powodu, to nie dociera.  

– Komisarz kolejny raz podkreślił, że ani europejska dywizja, ani pojedynczy klub w Europie, nie wchodzą w grę w najbliższych (długich) latach. Uuuuffff. 

– Gdy sędzia się pomyli, coach Skiles zadba o to, żeby delikwent o tym wiedział.

– NBA zabiera ze sobą do Londynu byłych ligowców. Miło było zobaczyć na żywo m.in. Horace’a Granta i Ricka Foxa.


– Rok temu drugą połowę obejrzałem z miejsc VIP, przy samym parkiecie. Było dużo “łysin” więc uznałem, że nie będę nikomu wadził. I nie wadziłem. Tym razem szykowałem się zrobić to samo. Zająłem jedno z miejsc. Miły, acz stanowczy ochroniarz, oznajmił mi, że to miejsce nie należy do mnie (jakbym nie wiedział). OK, powiedziałem. Jak tylko się ktoś pojawi, od razu wrócę na swoje, dodałem. Ochroniarz nie chciał gadać a ja nie chciałem robić afery. Wróciłem na swoje miejsce. Na tym, które zajmowałem przez chwilę siadł parę minut później…Didier Drogba. Inne pozostały wolne do końca meczu. Gdybym siadł na którymkolwiek innym miejscu, pewnie miałbym szansę oglądać mecz z pozycji parkietu, na dodatek w towarzystwie Drogby. Mój błąd.

– W końcu spotkałem człowieka o moim kolorze skóry…i nadal nie umiem robić selfie.

– Zza ławki Magic, przed III kwartą.


                            

I tak to mniej więcej wyglądało moi mili w tym roku. Udało mi się poznać parę osób z Polski. Wnioski mamy podobne. Oglądając NBA w telewizji masz czas na wszystko w czasie time-outów i przerw. Tam na żywo mecz odbywa się tak – pstryk i nie ma pierwszej połowy. Pstryk i nie ma drugiej. NBA na żywo, z pozycji parkietu to coś niesamowitego. Dopiero z takiej perspektywy dostrzegasz jak szybka jest ta wersja koszykówki, jakimi atletami są zawodnicy NBA. 

 

1 comment on “#NBALondon16 – Relacja z wyjazdu

  1. Pingback: Relacja z All-Star Weekend 2016 – Karol Mówi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.