Toronto 2019 cz.6. Ostatnia

“Co za niekompetentny sk…yn. Ku…a mać! Ależ mnie wk…ił. No co za niekompetentny sk…yn!”

“Spokojnie, Daryl. Wygraliśmy mecz.”

“Mam to w dupie. Niedługo play-offy. Wyobraź sobie to w play-offach. Albo dziś, jakby mecz był bardziej wyrównany. Co za niekompetentny sk…yn.”

Stałem po meczu, pod szatnią Houston Rockets i czekałem na zielone światło by tam wejść. We wtorkowy wieczór, do Toronto przyjechali Houston Rockets. Który wtorkowy wieczór? No właśnie! Patrz, to już dwa tygodnie z kawałkiem. Trochę mi zeszło z tym wracaniem z Kanady do domu. Ale wiesz, że dwa tygodnie, jak na moje standardy, to nie jest nic nadzwyczajnego. Bohaterem sceny, której byłem świadkiem, był rozwścieczony na sędziów Daryl Morey, GM Rockets. Konkretnie chodziło mu Johna Goble’a i pewną akcję 2+1 dla Leonarda w czwartej kwarcie, po dość wątpliwym faulu P.J. Tuckera. Rockets pokonali Raptors 107:95. Pewnie nie pamiętacie, ale o panu Goble’u pisałem jesienią 2016 roku, po meczu Oklahomy Thunder z Realem Madryt. 

Mówiłem na początku sezonu, kiedy Rockets zaczęli rozgrywki od 1:5, żeby ich nie skreślać. Miałem rację. Melo, gdziekolwiek jest, powinien żałować, że jego historia z tym klubem tak się zakończyła. Szkoda, przede wszystkim dla niego samego, że nie był w stanie wpasować się w ten system. Ale to nie jest ważne. Nie o Melo mam zamiar tu opowiadać. Nie wiem, jak ostatecznie będzie wyglądać przygoda Rakiet w tegorocznych play-offach, ale wiem, że znów mają wszystko, by stanąć przed szansą pokonania Warriors (lub kogoś innego) i wejścia do Finałów. Houston Rockets oglądani w telewizji, a Houston Rockets oglądani z pozycji parkietu, to dwie różne historie. Takie było moje pierwsze spostrzeżenie. W telewizji wygląda to wszystko dość prosto, schematycznie, tak komputerowo. Zasłona, ścięcie, dunk Capeli. Zasłona, ścięcie, penetracja, odegranie, trójka Tuckera, Gordona czy Greena. Zasłona, switch, izolacja dla Hardena. Z bliska wygląda to niesamowicie. Przede wszystkim z racji tego, że dociera do Ciebie, że na te z pozoru łatwe zagrania, Rockets muszą naprawdę pracować. Dopiero z boiska widać jak fantastycznym generałem parkietu jest CP3. To znaczy widać to też w telewizji. Wszyscy wiecie, że Paul jest historycznie jednym z najlepszych rozgrywających w dziejach NBA. Więc przed nikim nie odkrywam Ameryki. Przed samym sobą też nie. Ale na żywo daje to trochę inną, pełniejszą perspektywę. To, jak kieruje tempem, jak czyta grę, jak operuje piłką, jak w okamgnieniu potrafi posłać piekielnie silne i laserowo precyzyjne podanie, to jak samym ruchem gałek ocznych potrafi zmusić kolegów do ruszenia się w miejsce, które ma w zamyśle, to jest poezja koszykówki. Hardena widywałem na żywo już wiele razy. Ale to kim był dla NBA latem 2014 roku podczas Mistrzostw Świata w Hiszpanii, które oglądałem z bliska, a to kim jest teraz, to jak dzień i noc. Mówiłem i pisałem wiele razy, że ludzie generalnie nie doceniają, nie zdają sobie sprawy z tego, jak silnym jest graczem. Rzeczy, które w telewizyjnej transmisji, w jego wykonaniu, w ofensywie, wyglądają bardziej na nieudolną obronę rywali, niż kunszt Hardena, w rzeczywistości są mieszanką jego szybkości, zwinności, świetnego panowania nad piłką oraz ogromnej siły. Z bliska widać ile wysiłku wkładają defensorzy w to, żeby go zatrzymać. Widać też, jak Harden potrafi torować sobie drogę do zdobycia punktów. Mów, co chcesz, James Harden jest jednym z najlepszych w ataku graczy w historii tego sportu. Poza tym Harden jest bardzo potężnie zbudowany. Bez koszulki wygląda jak zawodnik sportów walki, nie koszykarz. Szerokie plecy, mocna klatka, duże bicepsy. To, że koszykówka proponowana przez Rockets wygląda często to na łatwą i czytelną, to kombinacja coachingu D’Antioni’ego oraz talentów Hardena i Paula. 

To był dość dziwny mecz. Pierwszą połowę wygrali goście z Teksasu aż 55:37. Trzecią kwartę wygrali Raps 34:14. Przed ostatnią częścią gry, zdawało się, że momentum przeszło na stronę gospodarzy. Nie przeszło. To nie był wieczór gospodarzy. Harden rzucił 19 ze swoich 35 punktów w IV kwarcie. Była to dokładnie połowa wszystkich punktów Rakiet w tej ćwiartce. 12 ze swoich 26 punktów dorzucił Kawhi, ale tego wieczoru, to było za mało na Rockets.  

Moim innym spostrzeżeniem z tego meczu, jak i innych moich meczów NBA na żywo jest też to, że w obrębie ligi są organizacje powiedzmy zwykłe, które po prostu w niej są, oraz organizacje przez wielki O i te traktuje się nieco inaczej, lepiej. Gospodarze szanują wszystkich swoich rywali. Nikomu na wyjazdach nie brakuje niczego. Eleganckie, czyste, jasne szatnie, ludzie do pomocy przy rozładunku i załadunku bagaży, ludzie do podawania piłek podczas rozgrzewek. Ale gdy do Toronto przyjeżdżają Bostony, Houstony, Spursy a wcześniej Clevelandy z LeBronem, wtedy widać, czuć, że odbiór takich ekip, podejście do nich jest inne. Same te drużyny podchodzą do zawodów na swój indywidualny sposób.  Mają swoje rutyny i szereg zachowań, które realizują, bez w względu na miasto, w którym w danym momencie się znajdują. A gospodarze starają się wszystkie te zachcianki spełnić. 

Rockets wydzielili sobie część korytarza, przez który zwykle można przejść do obu szatni oraz do pokoju dla mediów. Jest to korytarz, który biegnie równolegle do jednej z bocznych linii boiska. Tej, przy której są ławki obu drużyn. W tej zamkniętej części korytarza, Rockets zorganizowali sobie małą siłownię – hantle, piłki gimnastyczne, gumy, maty, piłki lekarskie i tego typu sprzęty. Mediom wyznaczono specjalny szlak, by dostać się do Media Roomu i nie przeszkadzać przygotowującym się do meczu graczom Houston. Z mini siłowni intensywnie korzystał Clint Capela. Inni gracze przeszli przez to miejsce bardziej lub mniej symbolicznie.   

Szatnia tego wieczoru też wyglądała inaczej, niż zwykle. Zwykle, po prostu jest zwyczajną szatnią, dość prostą, dość surową, ale całkiem elegancką i funkcjonalną. Są w niej drewniane szafki, stół na środku, szara wykładziną na podłodze, lodówka z wodą i Gatorade’em. Tego wieczoru była to szatnia Rockets i klub z Teksasu zadbał o to, żebyśmy wszyscy o tym wiedzieli. Nad głowami zawodników, przymocowane były plakietki z ich nazwiskami, na klubowym papierze, w klubowych barwach, z logo Rockets. Zwykle są to proste, papierowe plakietki. Czasem w ogóle ich nie ma. Podłogę zdobiły klubowe ręczniki. Magic tego nie mieli, Grizzlies tego nie mieli. I nie miało tego wiele innych klubów, które miałem tam okazję widzieć na przestrzeni ostatnich trzech lat. 

Przed meczem porozmawiałem z Jeffem Bzdelikiem, defensywnym guru Rockets, jednym z asystentów Mike’a D’Antoni’ego. Nie wiem czy pamiętacie, ale we wrześniu ubiegłego roku, 65-letni Bzdelik ogłosił zakończenie kariery. Chciał skupić się na życiu rodzinnym oraz na rzeczach, których przez ponad cztery dekady pracy w coachingu, trzy w NBA, nie miał czasu robić. Rockets fatalnie zaczęli sezon. Przegrali pięć z pierwszych sześciu meczów. Na początku listopada, Bzdelik dał się namówić na powrót do NBA. Drużynie ewidentnie wyszło to na dobre. Nie rozmawialiśmy o koszykówce. Zapytałem go o jego nazwisko. Ta myśl chodziła mi po głowie od jakiegoś 2003 roku, kiedy Bzdelik prowadził Denver Nuggets. Bzdelik, Bzdelik. Brzmi polsko. Wyjaśnił mi, że jego przodkowie przybyli do USA ze Słowacji, ale od razu dodał, że jego teść jest Polakiem, a teściowa Litwinką. Zapytał co robię w Toronto, jak się nazywam, jak się poprawnie mówi moje nazwisko i czy to słowo coś znaczy. Zdradził mi, że w te wakacje wybiera się z żoną do czeskiej Pragi, że planują zahaczyć także o Polskę. Prosił o rekomendacje kilku miejsc, które mogliby u nas zobaczyć. Już po meczu, w szatni Rakiet, sam podszedł do mnie, podziękował, że dałem mu okazję do porozmawiania o czymś innym, niż koszykówka. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Przede wszystkim nie spieszył się. W mojej historii kontaktów z ludźmi z NBA zauważyłem, że większość ludzi się spieszy. Nawet jeśli odpowiadają na pytania, poświęcają swój czas, to gdzieś tam da się odczuć, że myślami są już w kolejnej sekwencji swojego planu dnia. Jest to oczywiście jak najbardziej zrozumiałe. Ale dlatego właśnie takie rozmowy, jak tę z Bzdelikiem, cenię sobie najbardziej.

Jeśli mówimy o dobrym wrażeniu, to również zrobił je na mnie tego wieczoru Chris Paul. Po tym, jak odbył swoją powinność względem mediów przez wielkie M, dalej siedział w szatni, moczył stopy w wodzie z lodem i odpowiadał na pytania. Już tak bardziej kameralnie, bez wielkich świateł, na luzie. W mojej historii styczności z gwiazdami NBA, nie przypominam sobie, żeby taka sytuacja miała miejsce. Nie w przypadku gwiazdy takiego formatu. No może raz, z Paulem Millsapem w Londynie, ale jak wiecie, Londyn rządzi się trochę innymi, swoimi własnymi prawami. No i Millsap, z całym szacunkiem, to nie ten garnitur gwiazd. CP3 siedział sobie tam ławce i rozmawiał ze wszystkimi, którzy mieli chęć. Ja oczywiście miałem. 

CP3 powiedział bardzo dużo ciekawych rzeczy. I jak czasem mam mały zarzut do graczy, że posługują się wyświechtanymi sloganami, które w zasadzie niczego nie wnoszą, tak tutaj z Paulem, to było jak czerpanie wiedzy prosto ze źródła. Patrzył w oczy, gdy odpowiadał, drapał się po głowie (po swojej legendarnej głowie – kto wie, ten wie), gdy zastanawiał się nad odpowiedzią.

O tym, jak wygląda dzień na wyjeździe gracza NBA. O słynnych rutynach, które różnią się w zależności do gracza.

– Mało śpimy. To przede wszystkim. Ja śpię najmniej. Nie mogę spać. Wchodzę do pokoju hotelowego i przecież nie zasnę w tym samym momencie. Oglądam mecze, myślę o swoim ostatnim występie. Co zrobiłem źle, co zrobiłem dobrze, gdzie mogę poprawić siebie i naszą drużynę. Tak w ogóle, to swoje życie podzieliłbym na trzy części – przed ślubem, po ślubie bez dzieci oraz po ślubie z dziećmi. Kiedy byłem sam, byłem panem swojego losu. Tylko ode mnie zależało co robię, ile śpię przed meczami i po nich. Potem się pozmieniało. A najbardziej pozmieniało się, kiedy pojawiły się dzieci (śmiech). Snu jest coraz mniej, ale za to dużo radości. Temat snu, odpoczynku, regeneracji, to temat złożony, na który moglibyśmy poświęcić wiele godzin. Leki uśmierzające ból, marihuana. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak intensywne są mecze NBA. Czasem prosto z hali wskakujesz do samolotu. Po 3-4 godzinnym locie, meldujesz się w hotelu. Przecież wiadomo, że nie zaśniesz od razu. Jak gramy u siebie, to po powrocie do domu rzadko kiedy zasypiam przed drugą w nocy. Tyle emocji, tyle adrenaliny. Ciężko się wyciszyć.  

Jeśli chodzi o rutyny przed meczem i po, to jest bardzo indywidualna sprawa. Na przykład nasza drużyna nie ma obowiązkowych treningów rzutowych przed meczami. Uwielbiam to u Mike’a D’Antoni’ego. To pokazuje, że zna swoją wartość. To pokazuje, jakiej klasy jest fachowcem. Niczego nie udaje, nie robi z siebie nie wiadomo kogo. No i to też pokazuje świetną, zdrową relację między nim a Darylem. Nie każdy klub ma taki układ. Ja zazwyczaj biorę udział w tych porannych treningach. Bo lubię, bo jest to częścią mojego przygotowania do meczu. Dziś rano czułem się świetnie, wyszedłem z hotelu i zrobiłem sobie rzutówkę. Ale czasem nie chce mi się wychodzić z pokoju. I świetnie, że mamy do tego prawo. Trzeba mieć jaja, żeby takie coś wprowadzić do drużyny. 

Kilka minut po zakończeniu meczu, CP3 wyszedł z szatni, bez koszulki, i udał się w stronę tej wydzielonej części korytarza. Kotara nie była do końca zasłonięta, widać było jak CP robi pompki i inne ćwiczenia. Zapytałem go o to.

Jest to część mojej pomeczowej rutyny. Zestaw ćwiczeń wzmacniających moje ramiona i plecy. Jakieś pięć lat temu doznałem kontuzji przemieszczenia barku. Od tego czasu, cyklicznie, robię ćwiczenia wzmacniające.  Nie po każdym meczu, ale zawsze, kiedy czuję, że trzeba popracować nad tym. 

Wiem, że nigdy nie lubiłeś tego pytania, ale z biegiem lat, kiedy przesuwasz się w rankingach, na przykład asyst, masz pewnie świadomość tego, że jesteś jednym z najlepszych rozgrywających w historii NBA. Gdzie na ten moment widzisz się na liście najlepszych jedynek.

Jasne, mam tego świadomość, ale w moim odczuciu umiejscawianie siebie samego na liście wśród najlepszych, byłoby trochę dziwne. Nie jestem przecież bezstronny w swojej ocenie. Powiem tylko, że jestem studentem tej gry. Doskonale znam historię ligi. Nie sądzę, żeby było wielu ludzi, którzy przygotowują się do meczów tak skrupulatnie, jak ja.

Co byś powiedział fanom, którzy narzekają, że w dzisiejszej NBA nie ma obrony?

To nie jest prawda. Mało tego. Są przecież specjaliści od bronienia. Goście 3 and D, których zadaniem jest tylko bronić oraz dawać dobry spacing. Dziś gracze NBA mają swoje role w drużynach do wypełnienia. Jedni mają punktować, inni bronić. Jest wielu graczy, którzy świetnie bronią. 

Jak naprawiłbyś Mecz Gwiazd?

Nie wiem, naprawdę nie wiem. Wydawało się, że rok temu się nam to udało. Będziemy nad tym myśleć i pracować jako liga, jako związek zawodników.

W pobliżu CP3 siedział Gerald Green. Już ubrany, z zapakowaną kolacją na wynos. Zgodził się jednak na szybkie trzy pytania.

Opowiedz mi o swojej drodze od bycie dunkerem do roli specjalisty od rzutów za trzy punkty.

Zawsze umiałem rzucać za trzy, zawsze trenowałem ten element gry, tylko nie zawsze dostawałem szansę od trenerów, żeby to pokazywać.

Twoja nieprawdopodobna skoczność. To jest naturalny dar, czy ćwiczyłeś wyskok?

Wszystko jest naturalne. Niczego dodatkowo nie trenowałem.

Twój ulubiony dunker spoza NBA?

Nie mam żadnego. Kiedyś śledziłem, co się tam dzieje, ale teraz, już od paru lat tego nie robię, więc nie wiem.

P.J. Tucker też miał mi coś do powiedzenia.

Najlepszy model butów do grania w koszykówkę to…?

Nike Kobe 4.

Najgorszy?

Hmm, nie wiem, dobre pytanie (śmiech) hmm.

No wiesz, takie buty, że wkładasz je, grasz mecz i wiesz, że to nie jest to, że to but nie dla Ciebie.

Nie powiem Ci tego (śmiech).

Robisz kastomizacje butów?

Tak, mam kilka zrobionych par.

Ile par butów masz w domu?

Nie wiem. Po przekroczeniu tysiąca przestałem liczyć.

Od czego zależy, w jakich butach wystąpisz w danym meczu, czy zwyczajnie wyjdziesz na ulicę?

Zależy jak się czuję danego dnia, jaki mam nastrój. Na wyjazdy zabieram ze sobą wiele par butów – i do grania i do chodzenia. Potem wybieram w czym chcę zagrać, w czym chodzić przed i po meczu.

Opowiedz o swojej pasji do butów.

To jest coś,  na czym bardzo mi zależy. Ludzie mają swoje pasje, różne rzeczy, które ich kręcą. U mnie to są buty. Lubię nosić różne modele, próbować nowych rzeczy. Ale też bardzo lubię dawać ludziom buty. Dostarczam butów drużynom AAU. Zwykłym dzieciom, które potrzebują butów i nie tylko. Rocznie przekazuję ludziom i różnym organizacjom bardzo wiele par butów.

Przeniosłem swoje talenty do szatni Raptors. Prawie nikogo już tam nie było. Ale był Danny Green.

Koszykówka bardzo się zmieniła w ostatniej dekadzie. Mocno zatarły się tradycyjne pozycje, dużo więcej rzuca się za trzy punkty. Jak, w opinii trenera koszykówka będzie zmieniać się dalej, jak będzie wyglądać powiedzmy za 5-10 lat? W którym kierunku może to wszystko pójść? To samo pytanie zadałem Greggowi Popovichowi jakiś czas temu. Powiedział mi, że nie jest aż taki mądry, żeby mi odpowiedzieć. Więc pytam Ciebie, jako ucznia jego szkoły.

Nie jestem dobry w przewidywaniu przyszłości, ale wydaje mi się, że będzie bardzo podobna do tego, co oglądamy teraz. To znaczy, nie widzę aspektów gry, które mogłyby ulec jakieś drastycznej zmianie. Nadal będzie grać się w szybkim tempie, dużo rzucać, penetrować. Nadal dominować w lidze będą gracze obwodowi, wysocy nie będą stanowić o sile NBA, jak kiedyś. Będzie dużo small ballu.

Czy myślisz, że dojdziemy do momentu, w którym liczba oddawanych trójek osiągnie swoją “masę krytyczną”, po której drużyny zaczną wracać pod kosz?

Bardzo możliwe. Wszystko będzie zależało od tych wszystkich zaawansowanych analiz i statystyk, bez których nie ma dziś zawodowej koszykówki. Na ten moment statystyki pokazują, że jeśli drużyny kreują sobie otwarte rzuty za trzy, to mają duże szanse na wygrywanie meczów. Ale może niedługo ktoś wpadnie na coś nowego, coś jeszcze bardziej skutecznego. Akcje spod kosza i półdystans, to przecież nadal ważne części ataku.

James Harden skończył swoją powinność wobec mediów. Ubrany w elegancki płaszcz, efektowne buty, przepasany torebką, która swoim fasonem, kształtem i małymi rozmiarami, niebezpiecznie przypominała damską torebkę, pochylił się nad porządnie zastawionym stołem. To też dość charakterystyczny widok w szatniach NBA. Drużyny, które nie nocują w danym mieście, zamawiają sobie kolację u gospodarzy. Zwykle między wyjściem z hali po meczu, a oderwaniem się od ziemi w drodze do kolejnego miasta, mijają ledwie 2-3 godziny. Nie ma czasu na szukanie restauracji. Poza tym są to pory, kiedy prawie wszystko jest zamknięte. Harden wziął dwa styropianowe opakowania na jedzie i dokładnie je wypełnił. Włożył to wszystko do białej, plastikowej reklamówki, naciągnął na uszy słuchawki i wyszedł z hali. Wyglądało to przezabawnie. Milioner, wielka gwiazda NBA, gość ubrany w rzeczy, które pewnie kosztowały tyle, co półroczna pensja przeciętnego człowieka, tak zwyczajnie, po naszemu, nakłada sobie bufetowe jedzenie i wychodzi.

Wyszedł on, wyszedłem i ja. Moja czwarta wyprawa do Toronto dobiegła końca. Raptors są łącznie 13:3 w meczach, w których oglądam ich na żywo w hali. Postaram się przekazać tę statystykę odpowiedniej komórce tej organizacji. Niech wiedzą, niech sprowadzają mnie częściej. A tak poważnie – to już był czas na mnie. Koszykówka nie jest najważniejsza w życiu. Nie wiem, czy chciałbym robić to nieprzerwanie przez cały sezon. Jakaś część mnie mówi mi, że tak, bo przecież to zajęcie, za które większość fanów dałaby się pokroić. Mam otwarte drzwi do miejsc, których zwykli kibice oglądać nie mają prawa. Mam dostęp do ludzi, których większość może tylko oglądać w telewizji. Ale z drugiej strony, jak patrzę na tych wszystkich lokalnych, i przyjezdnych dziennikarzy, we flanelowych koszulach w kratę, którzy są tu dzień w dzień. I dzień w dzień zadają bez pasji w głosie te same pytania, zmieniając tylko daty i nazwiska, to myślę sobie, że chyba jednak lepiej jest dawkować sobie NBA. Jak miałem 5-6 lat, to marzyłem żeby wejść z łyżką do domu zrobionego z lodów i po prostu zacząć ten dom jeść. Dziś mogę kupić sobie tyle lodów, ile chcę, i choć lody jem regularnie, to marzenie o lodowej budowli mnie opuściło. 

Stokrotne dzięki za czytanie moich relacji z Toronto. Jeśli jakaś Cię ominęła, to możesz to teraz nadrobić. Było to tak:

1. Toronto 2019.  

2. Toronto 2019 cz. 2.

3. Toronto 2019 cz. 3.

4. Toronto 2019 cz. 4.

5. Toronto 2019 cz. 5.

 

“Co za niekompetentny sk…yn. Ku…a mać!

Mam w rękawie jeszcze jednego asa z Kanady. Dosłownie. Zrobiłem wywiad z Super Fanem Raptors. Wrzucę go w swoim czasie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.